"Pacjenci masowo popełniają przestępstwo". Dziennikarka pokazała absurd medycznej marihuany w Polsce

Mimo uchwalenia ustawy zezwalającej na leczenie konopiami to nadal martwe prawo.
Mimo uchwalenia ustawy zezwalającej na leczenie konopiami to nadal martwe prawo. Fot. Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Gazeta
Dla kogoś chorego na padaczkę lekooporną lub ciężki nowotwór marihuana coraz częściej jest pożądanym rozwiązaniem pierwszego wyboru. Aleksandra Pezda napisała książkę o dramacie pacjentów, którzy przez absurdalne regulacje państwa są skazani na nieskuteczne i drogie terapie. – Skazywanie chorych na męczarnie to dopiero zło – mówi autorka "Zdrowaś Mario".


Od 1 listopada 2017 można leczyć w Polsce marihuaną. W praktyce jest to jednak martwe prawo. Zakaz prowadzenia upraw w kraju nad Wisłą plus długotrwały proces rejestracji firm, które mogłyby zająć się importem i dystrybucją suszu z konopi, skutecznie trzyma pacjentów na przestępczej ścieżce.


Gdy chodzi o życie albo zwalczenie nieludzkiego bólu, czynnik penalizujacy odchodzi na drugi plan. Przez to wielu chorych decyduje się na poszukiwanie rozwiązania na czarnym rynku. Nasze państwo daje im jedynie teoretyczną możliwość leczenia medyczną marihuaną.

Komu najbardziej zależy na tym, żeby marihuana nie była stosowana w lecznictwie?

Aleksandra Pezda: To kluczowe pytanie, myślę jednak, że każdy sam powinien sobie na nie odpowiedzieć. Jeden z moich bohaterów mówi, że od lat leczy się preparatami z marihuany i nie ma pojęcia, dlaczego państwu i społeczeństwu w Polsce zależy na tym, żeby faszerować go kolejnymi porcjami nieskutecznych i drogich leków.


To pytanie popchnęło mnie do napisania książki "Zdrowaś Mario". No bo dlaczego społeczeństwa (różne, to nie tylko polski problem), blokują dostęp do medycznej marihuany? W końcu nie ma najmniejszych wątpliwości co do tego, że ta roślina leczy wiele chorób.

Pamiętam, że kilka miesięcy temu przygotowywałem artykuł o sprzedaży preparatów z marihuany w polskich aptekach. Znalezienie jakichś lekarstw z THC było praktycznie niemożliwe. W jednym miejscu w Częstochowie proponowano mi sprowadzenie leku "Sativex” z Austrii, jednak w absurdalnie wysokiej cenie. Zakładam, że w tym czasie niewiele się zmieniło.

Apteki nie sprzedają tych preparatów, bo ich nie mają i nie mogą ich mieć. To kwestia regulacji prawnych. Teoretycznie używanie marihuany do celów medycznych jest legalne i państwo może się tym szczycić, ale w praktyce to tak naprawdę ściema.

Prawo zostało ustalone w taki sposób, że nie możemy hodować marihuany w kraju. Trzeba ją importować. By tak się stało, potrzeba dostawcy , który zostanie zakontraktowany przez polski rząd. Tylko że polski rząd się o to w wcale nie stara. Jak dotąd tylko jedna firma złożyła odpowiedni wniosek, miesiąc temu. Na jego rozpatrzenie będzie czekała pół roku.

Dlatego apteki w większości nie mogą sprzedawać preparatów z marihuany, ponieważ w tym momencie byłoby to nielegalne.

Martwe prawo.

To efekt naszej narkofobii. Jakiegoś strachu, przez który nasz rząd i Sejm nie zezwoliły na uprawy w Polsce. A to przecież konopie to nie żaden szatan tylko zwykła roślina. Jeden z moich bohaterów mówi, że jego rzadką chorobę leczy "jakieś ziele, które bez specjalnych zabiegów wyrośnie praktycznie w każdym miejscu świata. Ktoś jednak kiedyś uparł się, żeby je zdelegalizować", przez co on teraz nie może się legalnie leczyć.
Przeciwnicy marihuany powiedzą pewnie o uzależnieniu psychicznym powodowanym spożywaniem substancji psychoaktywnej.

No tak, marihuana może uzależnić psychicznie, ale w przypadku długotrwałego używania. Nie uzależnia fizycznie - warto o tym przypomnieć. Jednak, kiedy chorujesz np. na chorobę Leśniowskiego-Crohna, mniej cię obchodzi uzależnienie psychiczne od marihuany niż to, że możesz bez niej umrzeć.

To bardzo ciężka choroba, którą jedynie w krótkotrwałych okresach można leczyć dostępnymi lekami. Marihuana daje o wiele lepsze efekty i potwierdzają to sami chorzy, którzy zdecydowali się na spożywanie konopi oraz obserwacje lekarzy i naukowców. Albo kiedy cierpisz z powodu potwornego bólu, nie masz zbyt wielkiego wyboru. To będzie niewielka cena za życie bez cierpienia.

Mimo wprowadzenia regulacji z listopada 2017 roku pacjenci nadal są skazani na zdobywanie preparatów na czarnym rynku, prawda?

I dzięki temu czarny rynek kwitnie, przy okazji krzywdząc wielu pacjentów. Ceny są bardzo wysokie, do tego dostaje się niezweryfikowany produkt niewiadomej jakości. Mimo to pacjenci stają na głowie, by go zdobyć. Pytanie: "gdzie to znaleźć i za ile?" stawia sobie ogromna liczba Polaków z chorobą nowotworową.

I jak sobie radzą? W jaki sposób docierają do dilerów?

Niektórzy szukają ich w internecie. W sieci można znaleźć naprawdę mnóstwo dilerów RSO. Wystarczy zapisać się do jednej z wielu grup na Facebooku, która w nazwie ma "RSO", "Łzy feniksa" czy "Medyczna marihuana". W takich miejscach dilerzy sami poszukują klientów.

Średnia cena za mililitr oleju RSO to 150 zł. Tych mililitrów od razu trzeba kupić kilkadziesiąt. To bardzo kosztowne, a dodatkowo chory nie ma pewności, że dostanie jakościowy produkt. Receptą byłoby sprawdzenie oleju w laboratorium, jednak żadne nie może go oficjalnie przebadać.

Znam chorych, którzy nielegalnie sprawdzają preparat w znajomych laboratoriach. Inni kupują amatorskie zestawy do przebadania substancji w domu. Jednak najwięcej osób po prostu eksperymentuje na sobie, w zasadzie nie wiedząc, co tak naprawdę przyjmują. I to jest wina naszego państwa.
Są jeszcze jakieś inne metody nabywania leków z konopi?

Część pacjentów, m.in. rodzice dzieci chorych na lekooporną padaczkę, realizuje legalne polskie recepty w Holandii. To dozwolone. No ale co z tego, skoro wracając z marihuaną przez granicę popełniają przestępstwo - bo to nadal jest traktowane jako przemyt? Mamy prawo wykupić preparaty z marihuany w Holandii, ale zgodnie z regulacjami powinniśmy je tam na miejscu chyba zjeść. Czy to nie absurd?

Z tego powodu Bogu ducha winni pacjenci masowo popełniają przestępstwo, bo i tak przywożą te lekarstwa do kraju.

Nie dość, że państwo skazuje ich na cierpienie, to jeszcze dokłada ten czynnik penalizujący. Jakby chorzy mieli jeszcze za mało problemów.

Tak. Prawie wszyscy z nich mówią o konieczności przekraczania kolejnych barier, łamaniu prawa. Pierwszym wyzwaniem jest zmierzenie się ze świadomością: "narkotyk mnie leczy". W naszym społeczeństwie to słowo od razu łapie negatywny wydźwięk.

Dlatego chorzy początkowo sięgają po te preparaty z konopi, które nie mają działania psychoaktywnego - czyli cannabidiol, tzw. CBD. Nawet jeśli wiadomo, że tak naprawdę ich przypadłość leczy ta substancja z konopi, która niestety właśnie daje haj, czyli THC.

Druga bariera to fakt, że marihuana jest nielegalna. Obawa, że przez pomaganie własnemu zdrowiu można pójść do więzienia. I, że przez cały czas trzeba się ukrywać, jak przestępca. Skazywanie chorych na takie męczarnie to dopiero niepojęte zło.