
W Chinach Wang Zeng Yi nie miał łatwego życia. Z trzema innymi osobami musiał tłoczyć się w mieszkaniu o powierzchni 12 metrów kwadratowych. W Polsce ma swój raj - żonę, córeczkę, tutaj jest "Wandżim". Ma też sport. Jest mistrzem Polski w tenisie stołowym. Właśnie przebywa w Londynie, gdzie już w sobotę zacznie walkę o medal.
Wtedy było pięknie. Nie miał trenera, który powtarzał mu nad głową, co dokładnie ma robić. Mógł trenować, kiedy i ile chciał. Szedł pobiegać, robił sobie przerwy. Sam był dyrygentem.
Na początku, jak byłem jeszcze bardzo mały, głównie się bawiłem. Nie zauważałem takiego problemu, dopiero potem stopniowo uświadamiałem sobie, jak bardzo cierpią moi rodzice. Bo finansowo nie działo się dobrze.
W wieku 13 lat postanowił się usamodzielnić. Wyjechał z kolegami do specjalnej szkoły tenisa stołowego. Ktoś dostrzegł jego talent, wśród rówieśników przy stole nie miał sobie równych. Potem pięć lat ciężkiej harówki tam i jako osiemnastolatek trafia do Polski. „Wandżi”: - Co wiedziałem o Polsce? Tyle co nic. A, sorry, wiedziałem, że od was jest Andrzej Grubba. A trafiłem tak, że mój były trener akurat w Polsce pracował. Gdyby nie to, pewnie byśmy teraz nie rozmawiali.
Ani razu poważniej nie myślał o powrocie do Chin. - Mi tu jest dobrze, może poza momentami, gdy przegrywam mecz. Wtedy lepiej nie wchodzić mi w drogę – śmieje się. Tym bardziej, że „Wandżi” niemal do perfekcji opanował nasze przekleństwa. Mówi, że to właśnie od tych wyrazów zaczynał swego czasu naukę polskiego.
Na początku pobytu w Polsce miewał problemy. - Zdarzało się, że na ulicy podchodził do mnie łysy dresiarz i krzyczał: „Ty, Bruce Lee, chcesz się bić? Pokaż kung fu!” - wspominał w „Przeglądzie Sportowym”. Teraz o całej sprawie mówi nieco ogólniej, z dystansem: - Zdarzało się, że podchodził jakiś człowiek, albo na ulicy albo w pociągu i wiesz, wyraźnie było widać, że szukał problemów. Ale ja jestem łagodnym, spokojnym człowiekiem i ustępuję. Bo po co mi awantura? - tłumaczy.
Anię poznał w dość nietypowych okolicznościach. W pociągu, rozmawiał akurat przez telefon z kolegą, Chińczykiem. Gdy skończył rozmowę, siedząca obok atrakcyjna blondynka zapytała: "Po jakiemu pan rozmawiał?". -Wziąłem od niej numer telefonu, umówiliśmy się na kawę i tak to się stało. Historia jak na film, taką komedię romantyczną, nie? - pyta.
On lubi Lady Pank, córka "Billie Jean"
Ania nas opuszcza po kilku minutach. - Jak wsiądziecie do auta, tatuś ci puści „Billie Jean” - mówi do zniecierpliwionej córeczki. Z miejsca zadziałało, bo mała szczególnie uwielbia tę właśnie piosenkę.
Hmmm, Lady Pank, Dżem. Jest taka piękna piosenka, „Zawsze tam, gdzie ty”. Ona mi przypomina wiele radosnych chwil.
Europejczycy mają większy talent, serio
Uprawia dyscyplinę, którą totalnie zdominowali Chińczycy. Pytam, czy wynika to z jakichś predyspozycji, naturalnego talentu mieszkańców tego kraju. - Zaskoczę cię. Widzisz, dla mnie Europejczycy maja większy talent do tego sportu. W Chinach jest po prostu świetny system szkolenia, znakomici trenerzy. Oni tam mają dużo czasu by się rozwijać. W Chinach liga trwa tylko trzy miesiące, przez resztę czasu można sobie trenować. A w Europie? Tu się gra osiem, dziewięć miesięcy. Non stop mecze. O to chodzi – analizuje „Wandżi”.
Po zakończeniu kariery chce założyć w Polsce coś na kształt akademii pingponga. Ściągnąć trenerów z Chin i wprowadzić elementy najlepszego systemu świata. - Wierzę, że za kilka, kilkanaście lat Polacy mogą zdobywać regularnie medale największych imprez. Co tak na mnie patrzysz? Naprawdę uważam, że to jest możliwe – mówi z pewnością w głosie.

