Jakub Stefaniak z PSL w rozmowie z naTemat.pl zdradza kulisy kręcenia jego głośnego klipu z Warszawą.
Jakub Stefaniak z PSL w rozmowie z naTemat.pl zdradza kulisy kręcenia jego głośnego klipu z Warszawą. Fot. Jakub Stefaniak / mat. własne

PSL kandyduje wielu młodych ludzi, którzy są zupełnie nowymi twarzami w polityce. Oni mają nową energię, świeże spojrzenie i mnóstwo pomysłów. Sądzę więc, że znowu stać nas na dobry wynik. Taki, który potwierdzi, iż nie ma znaczenia kolejność na karcie, a chodzi po prostu o to, że PSL "umie w samorządy" - mówi #TYLKONATEMAT rzecznik PSL i kandydat tej formacji na prezydenta Warszawy Jakub Stefaniak.

REKLAMA
Zaczynimy od najnowszego sondażu CBOS. Rządowa fundacja twierdzi, że nic nie zostało z PSL-owskiej siły w samorządzie i w sejmikach wojewódzkich dostaniecie ledwo 5 proc. poparcia.
Jak patrzę na takie sondażowe różnice, mam wrażenie, że ktoś tutaj chyba zaczyna manipulacje. Wydaje mi się, iż należy poważnie zastanowić się możliwością zmiany sposobu finansowania CBOS. Bo gdyby miało okazać się, że to sondażownia pracująca w formule
służalczości wobec tych, którzy aktualnie rządzą, nie ma to wszystko najmniejszego sensu.
Przypomina mi się komentarz Andrzeja Dudy z czasów, gdy był on w opozycji. Wtedy też tylko uśmieszkiem kwitował sondaże CBOS, wskazując na ich podległość ówczesnemu rządowi. Wiarygodność tej instytucji jest więc podważana nawet przez prominentnych polityków PiS.
A jeśli chodzi o te ostatnie wyniki, najbardziej dziwi mnie, że gdy w innym sondażu PSL ma 14 proc., według CBOS możemy liczyć tylko 5 proc. Dziewięć punktów procentowych różnicy to już chyba gruba przesada...
A co, jeśli CBOS jednak się nie myli? W jednym z poprzednich odcinków #TYLKONATEMAT prof. Chwedoruk stwierdził, że słaby wynik w samorządzie będzie dla PSL oznaczał konieczność wstąpienia do Koalicji Obywatelskiej.
Co by było gdyby... Gdyby babcia miała wąsy, oczywiście byłaby dziadkiem. Nie wróżmy z fusów, od tego mamy profesjonalnych wróżbitów i innych magików. Większym problemem jest dziś to, że mamy w Polsce do czynienia z PiS i premierem "Mateuszkiem Kłamczuszkiem", który różne bajki opowiada.
Na polityczną rzeczywistość nie zamierzam patrzeć przez pryzmat sondażów CBOS, a tego, co widzę na spotkaniach z wyborcami. A jest tych spotkań mnóstwo i widzę, że nastoje wśród Polaków zupełnie nie odzwierciedlają wyników prognozowanych przez rządową instytucję.
I na tych spotkaniach wyborcy nie mówią już, że będąc u władzy też ich okłamywaliście? Wszakże właśnie w takich emocjach wraz z PO przegrywaliście w 2015 roku.
Tyle, że tamte emocje nie były wywołane faktami, a gigantyczną propagandą, która zalała całą Polskę niczym jakaś plaga. Takie bajki, jakie PiS opowiadało wówczas Polakom... Chyba nawet bracia Grimm nie powstydziliby się takich!
Przypomnę tylko jedną z takich "bajek". PiS w 2015 roku opowiadało ludziom, że koalicja PO-PSL chce prywatyzować lasy, a przecież to była kompletna bzdura! Niestety, wiele osób w te kłamstwa PiS uwierzyło. Co na pewno miało istotny wpływ na ostateczny wynik
wyborczy...
A propos wpływu na wyniki... Rozlosowano już numery decydujące o kolejności na kartach do głosowania. Cztery lata temu powszechnie przekonywano, że wasz wynik mocno poprawiła pierwsza pozycja, w tym roku jesteście drudzy z kolei. Spodziewacie się więc "bonusu"?
Cztery lata temu w Polsce narodziła się nowa choroba o nazwie spiskoza. Wielu na nią zachorowało, szczególnie wśród polityków obecnej partii rządzącej, ale objawy tej choroby nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.
Pamiętam bardzo dobrze, jak niektórzy krzyczeli o "sfałszowanych wyborach", ale żadnych fałszerstw nie udowodniono potem w sądach. Aż 80 proc. z tej sporej liczby głosów nieważnych, na taki status zasłużyło dlatego, że ktoś po prostu wrzucił pustą kartkę. Jak
więc ktoś miałby fałszować puste karty?!
Co do innych wątpliwości, pretensje należy kierować do PKW i KBW. Przecież żadna partia nie miała wpływu na to, jaką formę przybrały karty do głosowania. O tym decydowały organy wyborcze. Tak samo było z tym systemem informatycznym, który spowodował
opóźnienia w ogłoszeniu wyników.
Przestańmy szukać więc kolejnych spiskowych teorii, bo i tak za dużo mamy tego w Polsce. Przecież Polacy wiedzą, że tak naprawdę liczą się nie cyferki na kartach do głosowania, tylko ludzie, którzy kandydują.
Cieszą się bardzo, że w przypadku PSL kandyduje wielu młodych ludzi, którzy są zupełnie nowymi twarzami w polityce. Oni mają nową energię, świeże spojrzenie i mnóstwo pomysłów. Sądzę więc, że znowu stać nas na dobry wynik. Taki, który potwierdzi, iż nie ma znaczenia kolejność na karcie, a chodzi po prostu o to, że PSL "umie w samorządy".
Przejdźmy do tego tematu, na który pewnie czekają wszyscy czytelnicy... Na pierwszy rzut oka pański klip wyglądał na typowy wyboczy paździerz, ale okazał się hitem, bo sprytnie wbija pan szpile konkurencji. Sam pan to wymyślił, czy to efekt ciężkiej pracy sztabu?
Nie zatrudniamy żadnych super speców od PR. Była to po prostu praca zespołowa kilku młodych i kreatywnych osób z PSL. Myślę, że wyszło całkiem nieźle. A co najważniejsze, mój klip można interpretować bardzo różnie. O to nam właśnie chodziło, by każdy miał wolność interpretacji. Każdy może usłyszeć to, co chce i interpretować po swojemu.
I to jest fajne. Jestem przeciwnikiem narzucania Polakom jakiegoś odgórnego toku myślenia. Nie chcę, byśmy szli w stronę dziwnych krajów, gdzie ludzi ubiera się w mundurki i każe się im paradować w takt jedynie słusznej idei. Cieszy mnie więc, gdy czytam komentarze na temat tego mojego spotu, z których wynika, że zawarte w nim smaczki wyborcy interpretują na setki sposobów.
A rozmawiał pan z Rafałem Trzaskowskim po premierze tego nagrania...?
Jeszcze nie miałem takiej okazji.
Koledzy z PO nie przychodzą z pretensjami?
Pewnie pana zaskoczę, ale nie. Najlepszym dowodem na to, że ta idea nowego podejścia do politycznej rywalizacji się sprawdza jest chyba fakt, iż na Twitterze ten klip polubił prezydent Lech Wałęsa. Natomiast na Facebooku lajkują go... sztabowcy Patryka Jakiego. Fajnie, że jeszcze tego dystansu nam wszystkim nie zabrakło.
Co prawda pewna gazeta napisała, że tym klipem "uderzam" w jednego z konkurentów... Mogę jednak wszystkich zapewnić, że kierując Warszawą podczas nagrania w nikogo nie uderzyłem. Podczas kręcenia tego filmiku nikt nie ucierpiał nie ucierpiała żadna Warszawa.
Jako wygadany były dziennikarz zapewne już nie może się pan doczekać przedwyborczej debaty...
Bardzo zależy mi na tym, by kampania samorządowa była jak najbardziej merytoryczna. Dlatego proponuję włączenie do debaty także "jedynek" kandydujących w Śródmieściu. i proponuję, by tematem była warszawska reprywatyzacja.
Bo przecież prezydent musi być w drużynie z radą miasta. Jeśli nie będzie miał jej wsparcia, to właściwie nie będzie mógł nic zrobić. Dlatego jestem pewien, że taka rozszerzona debata byłaby dla warszawiaków bardzo
ciekawa.
Tylko, czy w ogóle dojdzie do debaty z udziałem wszystkich kandydatów na prezydenta?
Ja jestem gotowy, by do niej stanąć. Dobrym znakiem jest fakt, że sztaby kontrkandydatów zaakceptowały złożoną przeze mnie propozycję dotyczącą "jedynek". Czy ostatecznie do tej debaty dojedzie? Pewności nie mam, ale ze swojej strony deklaruję, iż na pewno się na niej stawię. Pytanie, co zrobią inni...
Uparcie powtórzę tezę z naszej poprzedniej rozmowy, że nie ma pan wielkich szans na zwycięstwo. Może więc nie jest za późno na pójście w ślady Piotra Guziała i przejście w rolę kandydata na wiceprezydenta pod skrzydłami jednego z wielkich graczy?
Po pierwsze, nie jestem pewien, czy ci gracze są tacy wielcy. Po drugie, uważam, że z punktu widzenia własnego dobra politycznego Piotr Guział zrobił raczej dobry ruch, gdy zrezygnował z kandydowania na prezydenta Warszawy. A to dlatego, że prawdopodobnie nie zarejestrowałby swoich list do rady miasta.
Z tym, że ja na jego miejscu pewno nie poszedłbym pod skrzydła Patryka Jakiego. Gram do końca. Choćby dlatego, że od początku nie miałem żadnych wątpliwości, że mam dobry pomysł na Warszawę i chcę kandydować na prezydenta tego miasta.
Oczywiście wiem, że nie będzie łatwo. Przecież nie jestem jakimś politycznym wariatem. Mam świadomość, że do osiągnięcia dobrego wyniku będę musiał się nieźle natrudzić, znacznie bardziej niż moi konkurenci. Jednak nie zamierzam się poddawać, bo wierzę, że warszawiacy zasługują na to, by mieć jak najlepszą ofertę i alternatywę. Nie chciałby, by Warszawa musiała wybierać tylko między mniejszym złem.