
Jaki był ten pierwszy dzień? Na początku piękny, bo pierwsze srebro w Londynie zawisło na szyi Polki. Potem ... wciąż piękny, bo w kolarstwie jadący zespołowo Brytyjczycy ponieśli totalną klęśkę. Wreszcie, zakończony sensacją, bo Michael Phellps w finale nawet nie zdobył medalu.
REKLAMA
Gdyby ktoś powiedział mi dzisiaj rano, że pierwszy medal dla Polski zdobędzie Sylwia, cóż wzruszyłbym ramionami. Sylwia Gruchała nie należała do faworytek, ale wszyscy mówili, że to może być jej czas. Że ma właściwe nastawienie, że odpowiednio trenuje. Gdy jakieś dwa tygodnie przed ceremonią otwarcia próbowałem umówić się z nią na wywiad, usłyszałem: - Bardzo chętnie, ale już po moich występach. Bo ja teraz muszę się skoncentrować tylko na moim treningu.
Sylwia, tylko nie ta
Gruchale nie wyszło, szkoda. Ale furorę w konkurencji, która nie jest jej koronną, zrobiła Sylwia Bogacka. Srebro i Polska przez pewien czas była wiceliderem klasyfikacji medalowej Igrzysk. To mi od razu przypomniało pewną historię. Pewien himalaista, chyba Krzysztof Wielicki (mam nadzieję, że nie pomyliłem) opowiadał kiedyś taką historię: „1996 rok, byliśmy na wyprawie, akurat spotkaliśmy kilku zagranicznych wspinaczy. Oni do nas podchodzą, słyszą, że jesteśmy z Polski i mówią nam, że prowadzimy w klasyfikacji medalowej. Ja myślałem, że zwariowali, że to choroba wysokościowa. Ale nie”.
Gruchale nie wyszło, szkoda. Ale furorę w konkurencji, która nie jest jej koronną, zrobiła Sylwia Bogacka. Srebro i Polska przez pewien czas była wiceliderem klasyfikacji medalowej Igrzysk. To mi od razu przypomniało pewną historię. Pewien himalaista, chyba Krzysztof Wielicki (mam nadzieję, że nie pomyliłem) opowiadał kiedyś taką historię: „1996 rok, byliśmy na wyprawie, akurat spotkaliśmy kilku zagranicznych wspinaczy. Oni do nas podchodzą, słyszą, że jesteśmy z Polski i mówią nam, że prowadzimy w klasyfikacji medalowej. Ja myślałem, że zwariowali, że to choroba wysokościowa. Ale nie”.
Wtedy w Atlancie złoto, też w strzelectwie, zdobyła Renata Mauer. A potem kolejne medale dokładaliśmy w zapasach.
Horror z udziałem Wandżiego
Strzelectwo jest dla mnie sportem nudnym, który, pokazywany w telewizji, zyskuje dramaturgię. Strzelają jednocześnie, kamera koncentruje się na jednej, dwóch, potem najeżdża na pojedyncze sportsmenki i pokazuje ich wynik. Jest oczekiwanie, jest napięcie, jest reakcja widzów.
Strzelectwo jest dla mnie sportem nudnym, który, pokazywany w telewizji, zyskuje dramaturgię. Strzelają jednocześnie, kamera koncentruje się na jednej, dwóch, potem najeżdża na pojedyncze sportsmenki i pokazuje ich wynik. Jest oczekiwanie, jest napięcie, jest reakcja widzów.
Badminton? Już oglądając trening Roberta Mateusiaka i Nadieżdy Zięby, wiedziałem, że to się świetnie ogląda. Teraz tylko utwierdziłem się w tym przekonaniu. Podobnie jak w tym, że badminton to sport bardzo trudny, skomplikowany. Nie dość, że musisz trafiać, to jeszcze cały czas myśleć, obserwować rywali. Być niebywale skocznym i odpornym psychicznie.
Wieczorem w pingponga grał Wang Zeng Yi, mistrz naszego kraju. Niewykluczone, że na Facebooku, w zakładce „Ludzie, którzy mnie inspirują”, ma Alfreda Hitchcocka, bo dziś wygrał 4:3 w setach choć kilka razy mógł przegrać. W przedostatnim i ostatnim secie przegrywał po 6:8. A zwyciężał, choć gra się do jedenastu. Bronił po drodze dwie piłki meczowe. Mecz z Brazylijczykiem Hoyamą był bardzo emocjonujący, choć dodać też trzeba, że stał na bardzo niskim poziomie. Serwis, siatka. Serwis, aut. Tak było najczęściej.
Moi chłopcy byli niesamowici, nie mogliśmy nic więcej zrobić. Ofiary naszego własnego sukcesu
Dobrze tak Brytyjczykom, dobrze Csehowi
Niby nie należy cieszyć się z tego, że coś komuś nie wyszło, ale ja bardzo się raduje, że wyścigu kolarzy nie wygrał Marc Cavendish. Swoją drogą, zastanawiam się, co on musiał czuć przejeżdżając metę. Wiedział, podobnie jak inni, że jeśli będzie finiszował cały peleton, na 99 procent nie będzie miał sobie równych. Wiedział, że jest u siebie, w stolicy swojego kraju, że to na niego będzie skierowany wzrok widzów i obiektyw kamery. Wiedział, że do pomocy będzie miał swoich rodaków, dwóch najlepszych zawodników Tour de France. Brytyjczycy mieli w ręku wszystkie atuty, a jednak ponieśli klęskę.
Niby nie należy cieszyć się z tego, że coś komuś nie wyszło, ale ja bardzo się raduje, że wyścigu kolarzy nie wygrał Marc Cavendish. Swoją drogą, zastanawiam się, co on musiał czuć przejeżdżając metę. Wiedział, podobnie jak inni, że jeśli będzie finiszował cały peleton, na 99 procent nie będzie miał sobie równych. Wiedział, że jest u siebie, w stolicy swojego kraju, że to na niego będzie skierowany wzrok widzów i obiektyw kamery. Wiedział, że do pomocy będzie miał swoich rodaków, dwóch najlepszych zawodników Tour de France. Brytyjczycy mieli w ręku wszystkie atuty, a jednak ponieśli klęskę.
Czemu mnie to cieszy? Bo nie lubię rozgrywania wyścigów pod jednego kolarza z danej ekipy. Pomagania mu, robienia wszystkiego, byle tylko on mógł samotnie pokonać ostatnie kilkaset metrów. Komunikowania się co chwilę z dyrektorem sportowym. Tu tego nie było, była za to kwintesencja kolarstwa. Wygrał Kazach Aleksander Winokurow, wybitny zawodnik,od lat nie tylko sportowiec, ale i taki ambasador swojego kraju. Zarazem kolarz, który podobnie jak wielu innych, wpadł już na dopingu. Wygrał po swojemu. Dołączył do ucieczki, który wyglądała poważnie. A potem zaatakował, w idealnym momencie. Z taktyki szóstka. Teraz może godnie zakończyć karierę.
Cieszy mnie też porażka Węgra Laszlo Cseha, który w eliminacjach na 400 metrów stylem zmiennym naiwnie myślał, że wystarczy być zaraz za Michaelem Phelpsem, by wejść do finału. Mógł przyspieszyć, miał mnóstwo sił, ale po co to robić. Nie chciał się męczyć. Efekt? Zamiast walczyć wieczorem o medal, decydujący wyścig oglądał w telewizji albo z trybun obiektu. Nienawidzę takiego kunktatorstwa, zadowalania się byle czym. To trochę tak, jakby dziennikarz uznał, że jak już powiadomił czytelnika przyjęciu jakiejś ustawy, nie musi pytać ekspertów co to dla nas wszystkich oznacza.
Najciekawsza statystyka dnia: Michael Phelps po raz pierwszy od 12 lat na igrzyskach był w finale, ale nie zdobył medalu. W 2000 roku w Sydney miał 15 lat. Był piąty.

