PiS ma powód, by się bać lemingów. Z wyborów samorządowych płynie ważny wniosek

Nowy etap politycznej walki już wkrótce. Wybory do Parlamentu Europejskiego odbędą się w maju 2019 r.
Nowy etap politycznej walki już wkrótce. Wybory do Parlamentu Europejskiego odbędą się w maju 2019 r. Fot. Dawid Zuchowicz, Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Lemingi się obudziły – tak w nieformalnych rozmowach politycy PiS komentują słaby wynik kandydatów Zjednoczonej Prawicy w większości dużych miast. Zdają sobie przy tym sprawę, że jeśli owe "lemingi" nie pozostają w uśpieniu także wiosną przyszłego roku, to wynik obozu dobrej zmiany może nie być rewelacyjny. Spróbujmy zatem przełożyć to, co stało się w niedzielę, na to, co może stać się za parę miesięcy.

– Jeśli "lemingi" znów zmobilizują się na wybory europejskie w maju, to mogą pozostać w tym ożywieniu do jesieni i wyborów parlamentarnych. A wtedy jest po nas, możemy się pakować – przyznawał anonimowo w rozmowie z "Faktem" polityk z otoczenia premiera Mateusza Morawieckiego. Z obozu władzy docierają informacje, iż rządzący z dużymi obawami na przyszłość przyjęli wyniki wyborów samorządowych w dużych miastach.

Kolejny wyborczy sprawdzian to wybory do Parlamentu Europejskiego zaplanowane na ostatnią niedzielę maja 2019 r. Czy wynik wyborczy z ostatniej niedzieli może przełożyć się na wyniki głosowania do europarlamentu? O tym w rozmowie z naTemat mówi socjologiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego, dr hab. Jarosław Flis.

Najnowsze nieoficjalne informacje prawicowych mediów z Nowogrodzkiej są takie, że Patryk Jaki będzie kandydatem PiS do Parlamentu Europejskiego. Czy to oznacza, że kampania przed wiosennymi wyborami właśnie ruszyła?

Na pewno zaczęły się układanki list wyborczych. Zanim jednak zostaną one ostatecznie zatwierdzone, sporo może się pozmieniać i wiele nazwisk jeszcze padnie.

Dla poszczególnych partii te wybory są na pewno będą znacznie ważniejsze niż dla samych wyborców. Dla polityków są one o tyle istotne, że tu gra idzie o prawdziwe pieniądze, jakie czekają na nich w Strasburgu i Brukseli.

Da się przełożyć niedzielne wyniki w wyborach samorządowych na to, co może się stać w maju?

Nie da się. Oczywiście, jest to pewien sygnał, jak mogą się potoczyć wydarzenia polityczne. Ale ten sygnał jest mocno zatarty. Tegoroczne wybory samorządowe były bowiem wyraźnie inne od wszystkich pozostałych i trudno wyciągać z ich wyników jednoznaczne wnioski.


W 2010 i 2014 r. akurat tak się złożyło, że na parę miesięcy przed wyborami samorządowymi odbywały się wybory krajowe, odpowiednio – prezydenckie i do Parlamentu Europejskiego. Wyborcy zainteresowani ogólnokrajową polityką mieli więc okazję, by wyrazić swoje zdanie o tym, jak oceniają sytuację polityczną. Dlatego wtedy zainteresowanie wyborami samorządowymi było mniejsze.
Teraz wyborcy przez trzy lata nie mieli możliwości, aby kartką wyborczą pokazać, co sądzą o aktualnej sytuacji. Dodatkowo w społeczeństwie narosły różne istotne napięcia i w związku z tym nastąpiło unarodowienie polityki samorządowej. Samorządy zostały potraktowane jako swego rodzaju poligon walki politycznej.

Tyle że w tej walce obaj główni gracze mają prawo czuć się wygrani. PiS świętuje zwycięstwo w sejmikach, Koalicja Obywatelska cieszy się z wygranej w dużych miastach.

Przed wyborami wszyscy tę rywalizację traktowali jako grę zerojedynkową. Liczono, że w niedzielny wieczór będzie tak, jak we wrestlingu, że jeden znokautowany przeciwnik będzie musiał się spektakularnie wyłożyć, a drugi wzniesie ręce w geście triumfu. Tymczasem otrzymany wynik wyborczej rywalizacji z wrestlingiem nie ma nic wspólnego, raczej z szachami: tu coś się ugrało, tam trzeba było poświęcić figurę, ale nikt nikomu nie powiedział szach-mat.

Nawet jeśli PSL, boleśnie bity przez PiS w czasie kampanii, odnotował w sejmikach stratę, to nie jest tak, że teraz leży na łopatkach i nie jest się w stanie podnieść. Na pewno zaś efektem takiego postępowania jest to, że jeszcze nigdy żadna partia nie była tak osamotniona jak PiS, bo konsekwentnie zraziła do siebie wszystkich innych graczy.

Owszem, w wyborach do Parlamentu Europejskiego zdolność koalicyjna jest zupełnie bez znaczenia i można się tym nie przejmować. Ale chwilę później są wybory do parlamentu krajowego i tu już możliwość budowania koalicji ma znaczenie fundamentalne.

Ogromne znaczenie dla wyniku wyborów ma frekwencja. W niedzielnych wyborach samorządowych wyniosła sporo ponad 50 proc. W wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 r. wyniosła niecałe 24 proc.


Trzeba pamiętać, że w wyborach samorządowych gra się toczy o realną władzę. Odkąd wyborcy mają możliwość głosowania na prezydentów, burmistrzów i wójtów, wybory są bardziej spersonalizowane, a to zawsze przyciąga elektorat. W wyborach europejskich nie toczy się gra o realną władzę. Jeden mandat w te czy we wte w Parlamencie Europejskim niczego tak naprawdę nie zmienia.

Do tej pory w wyborach europejskich wyższa frekwencja była raczej w większych miastach.

Tak, badania wskazują, że frekwencja w wyborach do Parlamentu Europejskiego jest związana choćby z poziomem wykształcenia czy wysokością dochodów.

Można więc wysnuć taki wniosek, że skoro w dużych miastach PiS-owi poszło gorzej, to w wyborach do Parlamentu Europejskiego będzie mu trudniej o dobry wynik?

Może tak być, ale nie musi. Dotychczasowe obserwacje wskazują, że do tych wyborów elektoraty różnych ugrupowań w podobnym stopniu się mobilizują lub demobilizują. W efekcie nie ma jakichś gwałtownych zmian w procentowym wyniku.

A fakt, że okręgi w wyborach europejskich mają inny kształt, będzie tu miał znaczenie? Przecież tu na przykład w jeden okręg połączone są województwa podlaskie - które "wziął" PiS - i warmińsko-mazurskie zdobyte przez KO.

Ale to tylko na mapkach w gazetach wygląda tak, jakby jedni lub drudzy w całości przejęli dane województwo, bo zamalowano je na niebiesko lub pomarańczowo. Tymczasem w podlaskiem PiS zdobył ponad 41 proc., zaś KO łącznie z PSL-em prawie 40 proc. W warmińsko-mazurskiem przewaga samej Koalicji Obywatelskiej nad PiS-em wynosi zaledwie 2 pkt. procentowe.

To nie są takie różnice, jak na Podkarpaciu, gdzie PiS pokonał KO 52 do 13 proc.

Akurat województwo podkarpackie w wyborach do Parlamentu Europejskiego stanowi samodzielnie jeden okręg.

Ale to też jest bez większego znaczenia. Mandaty do PE się dzieli w skali kraju, wyniki w poszczególnych województwach są tu więc mniej istotne.
Na pewno zaś istotne przed wyborami do PE będzie to, jak poszczególne partie poradzą sobie z powstałymi po wyborach samorządowych wewnętrznymi nastrojami i emocjami czy z relacjami z ich twardym zapleczem.

W nieoficjalnych relacjach z wieczoru wyborczego padła taka opinia, że jeśli "lemingi" sprawią, iż w wyborach europejskich PiS przegra, to będzie to początek fali – w parlamentarnych i prezydenckich też czeka ich porażka. To możliwe?

Do tej pory wybory europejskie były traktowane jako dobry prognostyk przed wyborami krajowymi, więc jest to scenariusz prawdopodobny. Takie zjawisko jest nazywane miesiącem miodowym – po jednym triumfie wyborczym następuje przypływ sympatii do zwycięzcy.

Mówi się też, że w szeregach PiS pojawiły się obawy związane z tym, iż "lemingi się obudziły". Uzasadnione?

Uzasadnione. Jak się porówna wzorce mobilizacji elektoratów, to sytuacja jest bardzo podobna do tej z okresu 2005-2007. Im bardziej PiS będzie obrażał swoich przeciwników, tym mocniej będzie się ten elektorat budził. To jest sprawdzona metoda na sukces. Sukces przeciwnika.

Dr hab. Jarosław Flis, socjolog, adiunkt w Instytucie Dziennikarstwa, Mediów i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek Zespołu Ekspertów Wyborczych Fundacji Batorego.

Zimą 2015 r., gdy wszystkie sondaże dawały dużą przewagę Bronisławowi Komorowskiemu, na podstawie analizy wyników wcześniejszych wyborów samorządowych w 2010 i 2014 r. oraz wyborów prezydenckich w 2010 r., zaprezentował prognozę wskazującą, że zwycięstwo Andrzeja Dudy jest możliwe.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...