Z Grzegorzem Kalinowskim rozmawiamy o nowej powieści "Śledztwo ostatniej szansy" i o jego miłości do Warszawy
Z Grzegorzem Kalinowskim rozmawiamy o nowej powieści "Śledztwo ostatniej szansy" i o jego miłości do Warszawy Fot. Instagram/ grzegorzkalinowski66

Grzegorz Kalinowski to jeden z najbardziej interesujących współczesnych pisarzy. W przeszłości pracował m.in. jako korespondent wojenny i... komentator sportowy. Jego książki od wielu lat zgarniają doskonałe recenzje i znajdują się w czołówkach list sprzedaży. Właśnie ukazała się jego nowa powieść - "Śledztwo ostatniej szansy".

REKLAMA
To druga część serii z Kornelem Strasburgerem w roli głównej. Tym razem po raz kolejny poznajemy tajemniczy świat międzywojennej Warszawy, pełnej zarówno intryga, jak i celebracji codzienności. Grzegorz Kalinowski doskonale oddaje dawny klimat stolicy, żonglując skojarzeniami, które zgrabnie nawiązują do współczesności. Nam opowiedział o tym jak pracuje i dlaczego tak mocno kocha to miasto.
Czytając "Śledztwo ostatniej szansy” poruszamy się po dawnej Warszawie, opisywanej z wielką dbałością o detal. Na ile to fikcja, a na ile faktyczne odwzorowanie stolicy sprzed lat?

Grzegorz Kalinowski: Jestem warszawiakiem z urodzenia. Fakt, że moi przodkowie tu mieszkali i opowiadali o Warszawie, zobowiązuje mnie do tego, że trzymam się faktów. Nie tworzę miasta magicznego, wymyślonego, do którego mam stosunek baśniowy.
To jest moje miasto, miasto moich bliskich, więc opisuję coś, co w mojej rodzice istniało od dawna i coś, co jest na tyle atrakcyjne, że nie trzeba tego podmalowywać, jakby chodziło o Sin City albo Eldorado. Warszawa nie była ani jednym, ani drugim.
Jaka jest największa różnica między współczesną a międzywojenną Warszawą?

Teraz na pewno brakuje gęstej, zwartej zabudowy, która stanowiła większą część miasta. Dla warszawiaków żyjących w tamtych czasach było to coś, co jednak nie do końca im pasowało.
Trzeba pamiętać, że Warszawa w pewnym momencie była najgęściej zaludnionym i zabudowanym z dużych miast Europy, a pamiątką po tamtych czasach są "pekiny” czyli przeludnione kamienice. Dziś, patrząc choćby na puste przestrzenie Placu Defilad trudno to sobie wyobrazić.
A możemy gdzieś jeszcze zobaczyć fragmenty tej dawnej stolicy?

Najlepiej pojechać na Marszałkowską, przy placu Unii Lubelskiej. Od miejsca, gdzie się zaczyna, aż do placu Konstytucji jest właśnie tą ulicą, którą była pierwotnie. Wąską, na której mieściły się jedynie tory tramwajowe, po jednym pasie ruchu w każdą stronę. Ten odcinek pozwala wyobrazić sobie jak wyglądało całe miasto i jak wszystko zmieniło się po wojnie.
Często dostaję pytanie czy trzeba być warszawiakiem, aby połapać się w topografii miasta. Paradoksalnie, odpowiadam, że łatwiej być nie-warszawiakiem.
To miasto było tak inne w różnych czasach - nawet jeśli nazwa ulicy pozostała ta sama, to zmianie uległ jej charakter. To nie były znane obecnie arterie, a wąskie ulice, często mające inny przebieg i znaczenie. Komuś, kto nie jest obciążony współczesną wiedzą, łatwiej jest wyobrazić sobie te realia niż warszawiakowi, który nie znając szczegółowej historii miasta, może się trocję pogubić w opisanym świecie.
logo
"Śledztwo ostatniej szansy" to drugi tom przygód Kornela Strasburgera Fot. Instagram/ grzegorzkalinowski66
Skupia się pan przede wszystkim na międzywojniu. Ten okres jest od jakiegoś czasu, nazwijmy to, "modny”. Powstają knajpy w tym klimacie, organizowane są imprezy i spacery inspirowane tymi czasami. Z czego może wynikać ta fascynacja?

Jest "moda” na warszawskość i chodzi tu nie o samo życie w mieście, ale i życie miastem.
Myślę, że ma to związek z tym, że warszawiacy znowu się zakorzenili. Tworzą się nowe pokolenia mieszkańców stolicy; również wśród przyjezdnych, często niesłusznie nazywanych "słoikami” - których łączy fascynacja miastem.
"Słoik” to pana zdaniem określenie pejoratywne?

Nie uciekam od sformułowania "słoik”, dla mnie ma po prostu nieco inne znaczenie. To ktoś, kto w Warszawie nie zapuścił korzeni, traktuje ją jedynie jako miejsce pracy, sypialnię, odskocznię, element przejściowy.
Warszawiakiem można zostać już w pierwszym pokoleniu - nie trzeba się nawet tu urodzić, ale po prostu chcieć tu być, lubić to miejsce. Nie dzielę mieszkańców miasta - można być z nim tak samo silnie związanym, bez względu na to czy jest się tu od zawsze czy od kilku lat czy miesięcy.
Tym się Warszawa różni od innych miejsc jak na przykład Kraków i Podhale. Stanie się góralem jest niemożliwe. Choć etnicznie to prawdziwa mozaika, mieszanina, lecz jest zamknięta jako społeczność, czy swoisty naród w XIX wieku. Podobnie jest z Krakowem.
A skąd w panu ta miłość do stolicy?

Ja akurat miłość do Warszawy miałem wpajaną od dziecka - słuchałem najróżniejszych historii od rodziców, babć i dziadków. Samo pisanie o czasach międzywojnia wzięło się zresztą od opowieści, którą podzielił się ze mną mój tata.
W jego dzieciństwie "na dzielnicy”, jak to się wtedy mówiło, na Woli przy Dworskiej, mieszkał człowiek, którego tata nazywa "poważnym bandytą”. To nie był zwykły rozrabiaka, ale ktoś z poważnej ferajny, zawodowy bandyta.
Nosił się jak lord, jak ktoś, kto mieszkał w Śródmieściu. Był majętny, ale dalej mieszkał "na dzielnicy”. Była taka scena w "Donnie Brasco”, w której gangster słyszy: "Jesteś bogaty, mógłbyś mieszkać wszędzie. Dlaczego wciąż jesteś tutaj?”, na co odpowiada "Tak, ale to moja dzielnica, mój biznes, muszę mieć to pod kontrolą” i z tamtym facetem prawdopodobnie było podobnie. Rządził okolicą.
Co się z nim stało?

Policja była jego częstym gościem, aż wreszcie przyszła po niego skutecznie i mężczyzna, tuż przed wojną, zniknął. Zamknęli go i już więcej się tam nie pojawił. Przepadła też jego siostra, którą samotnie wychowywał. Wszelki słuch o nich zaginął.
Ta opowieść zainspirowała mnie na tyle, że chciałem odtworzyć ją literacko i gdy popuściłem wodze fantazji - wszystko potoczyło się już bardzo szybko.
Warszawa kryje chyba całą masę historii i osobowości, które są w zasadzie gotowym materiałem na powieść czy film?

Oczywiście. Jest całe mnóstwo postaci, które uważa się za legendarne, jak tata Tasiemka, Doktor Łokietek, Szpicbródka. Ci ludzie naprawdę istnieli. Tata Tasiemka to Łukasz Siemiątkowski, Doktor Łokietek to Judel Dan Łokieć, a Szpicbródka nazywał się Stanisław Cichocki. Rodzina ostatniego wciąż żyje, niedługo ma się zresztą ukazać publikacja na jego temat, na którą bardzo czekam.
Jest jakaś warszawska postać, która szczególnie Pana ciekawi?

Absolutnie fascynującą postacią jest Alfons Cynjan. Mówi się, że warszawiacy są takimi cwaniakami, że potrafiliby nawet sprzedać Kolumnę Zygmunta. No a jemu rzeczywiście prawie się to udało.
W historii zapisał się jako osobnik na tyle obrotny, że potrafił wydzierżawić wieżyczki Mostu Poniatowskiego, mówiąc, że to specjalne miejsca do pobierania myta. Złapał naiwnego, któremu wystawił dokumenty i facet wierzył, że będzie mógł tam postawić stróży i pobierać opłaty za przejazd.
Cynjan dzierżawił też środki komunikacji miejskiej i w podobny sposób wynajął wspomnianą Kolumnę Zygmunta. Załatwił dokument na to, aby teren wokół kolumny był zarezerwowany dla jednego przedsiębiorcy, który mógłby tam prowadzić swoją działalność.
A na koniec rozkręcił tory kolejki młocińskiej i sprzedał je na złom. Robił to w biały dzień podając się za kierującego robotnikami inżyniera. Wydaje się niewiarygodne, a jednak zdarzyło się naprawdę.
O wielu z tych legend mówi się mało albo wcale. Jak trafia pan na takie historie?

Rodzinne wspomnienia, książki, gazety, archiwa, wreszcie internet - wszystkiego po trochu. Ciekawe jest to, że w zasadzie zawsze podczas szukania materiałów do jednej książki, znajduje się przypadkiem też pomysł na kolejną. Publikacje, artykuły historie. Im więcej się przegląda, tym więcej takich historii "atakuje” człowieka.
Teraz też znalazł pan już pomysł na kolejną książkę?

Tak, to przedwojenny świat filmowy. Jest taki film Mela Brooksa "Producenci”: opowiada o klapie absolutnej, która właśnie przez fiasko przynosi pieniądze. Temat stary jak świat. Żeby było śmieszniej, jeden z bohaterów tej komedii nazywa się Bialystock. Trafiłem na ślady podobnych przedsięwzięć w przedwojennej Polsce.
Dowiedziałem się też o sprawach, które dziś opisałoby hasło #metoo. Przykładowo - był pewien przedsiębiorca w Warszawie, który w ogóle nie kręcił filmów, ale castingi organizował. Można się tylko domyślać, w jakim celu.
Czytanie o produkcjach filmowych, trikach i zapleczu polskiego Hollywood tak mnie wciągnęło, że już piszę kolejną książkę. Interesuję się historią, dla mnie robienie researchu nie jest męczącym obowiązkiem, lecz po prostu kręci.
A jak oceania pan, jako warszawiak z krwi i kości, wyniki ostatnich wyborów?

Jestem zadowolony, bo warszawiacy pokazali, że byle jaki frajer nie weźmie Warszawy na bajer. Po prostu.