"Polska jest krajem na peryferiach cywilizacji europejskiej". Twardoch ostro rozlicza się z ojczyzną

Szczepan Twardoch w noworocznym wydaniu "Newsweeka" o współczesnej Polsce, o jej historii i o tym, dlaczego nie czuje, że jego pokolenie ma za co być wdzięczne III RP.
Szczepan Twardoch w noworocznym wydaniu "Newsweeka" o współczesnej Polsce, o jej historii i o tym, dlaczego nie czuje, że jego pokolenie ma za co być wdzięczne III RP. Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta
"Moja przestrzeń wolności nie zmniejszyła się jakoś szczególnie od 2015 r., a Polska pod rządami PO tak samo nie była moja, jak nie jest moja ta pod rządami PiS" – mówi Szczepan Twardoch w wywiadzie opublikowanym w noworocznym, podwójnym wydaniu "Newsweeka". Autor "Morfiny", "Króla" czy "Królestwa" bezkompromisowo ocenia polską rzeczywistość i historię naszego kraju.


W przyszłym roku Szczepan Twardoch skończy 40 lat. Pisarz przyznaje, że ludzie z jego pokolenia – chodzący do szkoły zarówno jeszcze w PRL, jak i potem w III RP, mają za sobą szczególne doświadczenia.

"Nie miałem powodów kochać III RP"

– Gdy wchodziłem w dorosłość z bezpiecznego inkubatora studiów, imprez i beztroski, okazało się, że większość miejsc pracy jest zajęta. I wcale nie jest tak, jak przekonywali nas bazujący na swoich doświadczeniach z PRL rodzice i dziadkowie, że wystarczy skończyć studia, a praca się znajdzie – wspomina Twardoch w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką. Tamten czas to był okres potężnego bezrobocia.

Dla mojego pokolenia III RP nigdy nie była krajem szans możliwości, jakim była dla ludzi starszych ode mnie o dziesięć czy piętnaście lat, którzy w początkach lat 90. robili zawrotne kariery w warszawskich korporacjach, bo rynek pracy był tak chłonny, że wystarczyło mówić po angielsku, aby prosto po filozofii trafiać do najlepszych agencji reklamowych.

Kiedy my wchodziliśmy na rynek pracy, starsi o dekadę koledzy już na nim byli i z oczywistych względów nie wybierali się na emeryturę. Takie jest moje doświadczenie. Nie miałem powodów kochać III RP. Nie mówiąc o tym, że w kwestiach, które są dla mnie ważne, rządy PO zachowywały się dokładnie tak samo jak PiS.

Twardoch stwierdza, że po 2015 r., po przejęciu pełni władzy przez PiS w Polsce, jego przestrzeń wolności się nie zmniejszyła. – Polska pod rządami PO tak samo nie była moja, jak nie jest moja ta pod rządami PiS – mówi.


"Coś fałszywie mi brzmi w tych wszystkich demonstracjach"
Wyjaśnia, że w kwestii istotnej dla niego, czyli w sprawie Śląska, za rządów PO sytuacja była taka sama jak i dziś. – Przecież stosunek Bronisława Komorowskiego do uznania przez państwo prawa do samoidentyfikacji etnicznej Ślązaków jest taki sam jak ten Jarosława Kaczyńskiego, w którego PO nie omieszkało tłuc do znudzenia zakamuflowaną opcją niemiecką – mówi.


Twardoch dowodzi, że za rządów PO też stosowano tzw. areszty wydobywcze "i jakoś nikomu to nie przeszkadza". Dlaczego?

Bo Polska jest krajem na peryferiach cywilizacji europejskiej. (...) Dlatego coś fałszywie mi brzmi w tych wszystkich demonstracjach w obronie demokracji, konstytucji i tak dalej. Nie neguję szlachetnych pobudek uczestników tych protestów ani ich cywilnej odwagi, ale jednak dopuszczam taką możliwość, że demonstrują bardziej w obronie swoich biografii, swojego pokolenia, swoich politycznych i moralnych wyborów z przeszłości, do czego mają oczywiście prawo, lecz kiedy z tej partykularnej obrony swojej godności czynią obronę uniwersalnych wartości wyższego rzędu, to uważam to jednak za nadużycie.

– Konstytucja to nie tylko paragrafy o wymiarze sprawiedliwości. Są też inne, łamane od dawna – dowodzi Twardoch, podkreślając, że na żadne protesty np. w obronie sądów się nie wybiera. – To nie moja forma ekspresji – ucina.

"Rządzący prowadzą politykę samobójczą"

Autor dostrzega jednak różnice w polityce prowadzonej przez PO i przez PiS – szczególnie w dyplomacji. – To nie była dobra polityka zagraniczna (przed 2015 r. – przyp. red.), jednak wydaje mi się, że o tysiąc razy lepsza niż to, co dzieje się teraz – uważa Szczepan Twardoch.

Dziś rządzący prowadzą politykę samobójczą. Na przykład: gdy myślę o tym, że Polskę, a więc również mnie, reprezentuje w Berlinie ambasador Przyłębski, to robi mi się słabo. Groteskowa postać jak z kabaretu została wytypowana do kontaktów z najważniejszym partnerem gospodarczym i drugim, jeśli nie pierwszym, gwarantem bezpieczeństwa militarnego Polski. A przecież wielkoskalowa wojna w Europie nie jest czymś, czego nie można sobie wyobrazić. To może się wydarzyć za naszego życia.

W wywiadzie dla "Newsweeka" pada wiele mocnych ocen dotyczących polskiej historii. Gloryfikację Powstania Warszawskiego Twardoch określa jako "toksyczną i niszczącą, zatruwającą polskie myślenie polityczne". Mniej ostro ocenia mit Żołnierzy Wyklętych: "mniej groźny, bo to zjawisko o mniejszym znaczeniu niż całkowite zniszczenie stolicy".
Cała rozmowa w najnowszym, podwójnym numerze noworocznym tygodnika "Newsweek".

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...