Czasem do porównania dochodzi już na poziomie tytułu
Czasem do porównania dochodzi już na poziomie tytułu

Na plakatach, okładkach książek i w recenzjach wciąż znajdujemy jakieś porównania. Nie ma już nowych autorów i świeżych filmów, wszystko jest „jak” coś, albo „prawie” jak coś. Dobry chwyt marketingowy, czy objaw zakompleksionych czasów, w których możesz zaistnieć tylko w kontekście kogoś lepszego, sławniejszego i zdolniejszego?

REKLAMA
Pokolenie prototypów
– Nasze postrzeganie jest uwarunkowane prototypem – tłumaczy mi Jacek Wasilewski, który analizuje to zjawisko od socjologicznej strony. – Każdy z nas ma bazę prototypów, do których przykłada doświadczenia. Tempo, w którym żyjemy, jest tak wielkie, że musimy posługiwać się skrótem, żeby przeżyć.
Zamiast więc nazywać rzeczy po imieniu, bardzo często używamy zwrotów „podobny”, czy „prawie jak”. Dzięki temu wiemy, w jakiej poruszamy się dziedzinie. Nasz mózg jest tak uwarunkowany, że posługuje się obrazem, skrótem myślowym. Widzimy czarno-żółte paski i czujemy zagrożenie, niezależnie od tego czy jest przed nami osa czy tygrys. Współczesna kultura jest tak przeładowana, żeby więc odnaleźć się w tym gąszczu potrzebujemy drogowskazów – dopowiada Wasilewski.
Drogowskazy rzeczywiście się przydają. Pytanie tylko, czy w dzisiejszych czasach zbytnio się nimi nie ograniczamy. Książki o singielkach zawsze już będą jak Bridget Jones, głupie komedie to zwykle „Kac Vegas”, a jeżeli szykuje się coś romantycznego, to z pewnością zostanie przyrównane do „Pretty Women”. Ile w tych opisach prawdy? Zwykle niewiele. Jakie są więc mechanizmy, którymi rządzą się porównania, których trafność bywa często wątpliwa?
Jak to się robi ?
– Najczęściej porównujemy książki do tych, które odniosły już medialny sukces – opowiada mi Monika Bartys z wydawnictwa „Znak”. – Odbywa się to na zasadzie polecenia, czyli działania "na fali" czyjegoś sukcesu. Na okładkach przywołujemy tych autorów, którzy mają swoją publiczność. Dobór jest prosty. Zwykle sugerujemy się tematem albo klimatem książki i szukamy jakiegoś odniesienia. Tak jest chociażby w przypadku Kalicińskiej, która jest ostatnio bardzo popularna. Książki opowiadające o ucieczce z miasta do wsi i rozpoczynania życia na nowo, zwykle na okładce mają hasło "Klimat jak z Rozlewiska" albo coś innego nawiązującego do bestsellera. Odwołanie na okładce potrafi też podnieść "jakość" książki. Jeżeli zobaczymy napis "Polecam. Coetzee" to jest to ważny znak dla czytelników, który równocześnie może podnieść sprzedaż – mówi Bartys.
Oczywiście książka jest towarem. Wiadomo, że „apetyczny” opis może wpłynąć na sprzedaż. Mnie jednak zamiast zachęcać do kupna, zwykle zniechęca. Sięgając po książkę z napisem „nowy Czechow” rosną mi oczekiwania wobec lektury i wyobrażenia na temat książki. Czy w dzisiejszych czasach nie ma już miejsca na książki nie sklasyfikowane? Pozbawione wymyślonych recenzji, spłycających porównań i poleceń od osób, które z książką nie mają nic wspólnego?
Kultura "No name"
– Niestety nie – rozczarowuje mnie Agata Sikora, kulturoznawczyni i krytyczka literacka. – Już sama szata graficzna, okładka, wygląd materialny książki, wydawnictwo i seria wydawnicza w dużej mierze określają, z czym mamy do czynienia. Dalej autor, tytuł, recenzje, polecenia znajomych. Tzw. blurby i reklamy wydawnicze to tylko kolejne elementy dookreślając książkę: pozwalające czytelnikowi wiedzieć, czego się ma spodziewać. Służą one oczywiście reklamie i nie są pisane przez niezależnego recenzenta, choć często cytatami z recenzji się posługują.
Coś takiego jak "nieznana" czy "świeża" książka, której do niczego nie porównujemy, nie istnieje. Można sięgać po książkę, ze względu na dobrą recenzję, bądź dlatego, że należy do kanonu i mamy poczucie, że musimy ją znać. Albo dlatego, że napisał ją dany autor bądź przyjaciel powiedział nam, że jeśli lubimy autora X, to spodoba nam się i autor Y. Na podobnej zasadzie można sięgać również po "nową Grocholę", "Larssona w spódnicy" etc.– dodaje Sikora.
Faktycznie przed określeniami trudno uciec, tym bardziej, że ich brak jak się okazuje, też może być znaczący. Sami na naTemat czasem uciekamy się do porównań. Niedawno na naszych łamach ogłosiliśmy polską Lane del Ray, a komiks Howarda Cruse'a przyrównaliśmy do książki Faulknera. W końcu porównania nie muszą być tylko tępym marketingowym drogowskazem, czy wynikiem naszych kompleksów, ale również sposobem na poszerzenie kontekstu. Cudzej twórczości można używać w dwojaki sposób i z podwójnym skutkiem. "Kac Wawa" to idealny przykład. Mnie odstrasza, ale kina podobno były pełne.