To BMW ma tak duży grill, że gdy inni widzą go w lusterku, od razu uciekają na bok

BMW X5 to model, który sporą popularność zyskał m.in., dzięki obecności w serii książek Remigiusza Mroza o mecenas Chyłce. Fot. naTemat
Jeśli czytałeś powieść Remigiusza Mroza o mecenas Chyłce, BMW X5 jest ci znane aż za dobrze. Jeśli nie… nic straconego. Ta ogromna X5-tka to auto, o którym nigdy w życiu bym nie pomyślał, a które chciałbyś mieć na własność już po przejechaniu pierwszego kilometra.


A po tym pierwszym kilometrze trafisz na parking i zaklniesz pod nosem, bo wciśnięcie się z tym kolosem w miejsce parkingowe wcale nie jest łatwe. I to nawet z jakimś milionem czujników i kamer, które pomagają kierowcy z każdej strony. Aż boję się pomyśleć, jak wielkie musi być X7, które lada chwila trafi na polskie drogi. Jeśli X5 jest potężnym samochodem, X7 musi być pożeraczem asfaltu i… wszystkiego, na co trafi na swojej drodze. I to nie bez powodu, bo w końcu grill jest tak duży, że zmieści się w nim sporo.
Choć duży to delikatnie powiedziane. Nerki z przodu nowego BMW X5 są ogromne, gigantyczne, przeraźliwie wielkie. BMW nigdy wcześniej nie zrobiło większego grilla. Projektanci skromność odłożyli na odległą półkę i w przypadku BMW X5 M50d postanowili w jej stronę w ogóle nie patrzeć. Ten samochód koło skromnego nawet nie stał.
Słyszałem sporo głosów, że te nerki są za duże, że wręcz karykaturalne i przesadzone. Eee tam – przy aucie o tych gabarytach dają radę i pasują w sam raz. Nie zazdroszczę jedynie tym, którzy widzą je w lusterku wstecznym. Jakimś cudem wszyscy szybko zjeżdżają na bok.


A wtedy widzą też fenomenalne i zjawiskowe reflektory. Paradoksalnie, wąskie, wręcz zmrużone światła kontrastują ze wspomnianym grillem. Są bardzo charakterystyczne z niebieskimi elementami, które nie tylko rzucają się w oczy, ale i fajnie komponują się z tym kolorem nadwozia. Za laserowe światła trzeba dopłacić nieco ponad 10 tys. złotych, ale to gra warta świeczki.

Kto raz w trasie przejedzie się z tego typu rozwiązaniem, zatęskni za nim za każdym następnym razem bez nich. Światła „długie” sięgają nawet 500 metrów. Są to światła adaptacyjne, które dostosowują się do tego, co w danym momencie mają oświetlić i potrafią wybrać fragment drogi, który oświetlać, a którego lepiej nie oślepiać np. nadjeżdżającego auta lub pieszych.
Mógłbym tutaj wypisać wymiary X5-tki, ale niewiele by wam to powiedziało. Musicie jednak wiedzieć, że to auto, którym pierwszy raz od dawna miałem problem by sprawnie wcisnąć się w swoje miejsce parkingowe. A parkowałem tam już naprawdę różne samochody.
Nie byłem fanem poprzedniej X5-tki, jako trochę zbyt kwadratowo-klockowatej. Czwarta generacja nie przeszła wielkiej wizualnej rewolucji, nadal jest konsekwentnie kanciasta, ale jest znacznie lepiej i… podoba mi się.

Poza wspomnianym grillem popracowano także nad tyłem auta, które teraz wygląda znacznie lepiej. Pewnie dlatego byłem tak bardzo zaskoczony tym autem. X5 to model, o którym w życiu bym nie pomyślał, że chciałbym go mieć. Nie był zupełnie na mojej orbicie zainteresowań. Do czasu pierwszej przejażdżki czwartą generacją.
Z tyłu mamy także bagażnik, do którego załadujecie połowię swojego mieszkania i do tego nie będziecie musieli rozkręcać mebli. Pokrywa bagażnika otwiera się od góry do dołu, dzięki czemu „paszcza” jest naprawdę szeroka, a sam załadunek śmiesznie prosty. Możecie go otworzyć charakterystycznym ruchem stopą pod tylnym zderzakiem.
Ale w przypadku tego testu nie mówimy jedynie o zwykłej X5-tce, a najmocniejszej wersji M50d, która paradoksalnie jest… w dieslu. Bawarski producent zdaje się nie przejmować w tym przypadku antydieslową atmosferą i pakuje tu wszystko co fabryka dała. Jeśli właśnie zakląłeś pod nosem i chciałeś wyłączyć artykuł, bo uważasz, że diesel w aucie o sportowym charakterze to bluźnierstwo, poczekaj jeszcze chwilę. Nie będziesz zawiedziony.
BMW X5 M50d zaczyna się cennikowo od 440 tysięcy złotych i jest o sto tysięcy droższe od najtańszych bardziej cywilnych jednostek. Testowany egzemplarz jednak koło tych 440 tysięcy nawet nie stał, bo ze wszystkimi dodatkami cena została wywindowana do kosmicznych 600 tysięcy! Zapomnijmy o tym szybko, żeby nie psuć sobie wrażenia i wróćmy do samego auta.
Wersja M50d – choć ma M w nazwie – nie jest typową „M-ką”, o której cześć z was może pomyśleć. To najmocniejsza wersja silnikowa z ekskluzywnym pakietem M Performance, który możecie poznać także po charakterystycznym logotypie na klapie bagażnika lub z boku auta.


Auto dostaje wtedy specjalny pakiet aerodynamiczny, sportowy układ wydechowy, lusterka, wloty powietrza, końcówki rur wydechowym czy inne elementy ozdobne są utrzymane w eleganckim kolorze w odcieniach szarości. Wrażenia dopełniają masywne (a jakby inaczej) 22-calowe felgi na równie potężnych oponach, które wyglądają jak walec drogowy (315mm).
I jeśli ten samochód na zewnątrz jest obrzydliwie wielki, to w środku jest dodatkowo obrzydliwie luksusowy. Pierwszy rzut oka na te brązowe skóry nie daje możliwości innej interpretacji. Widać, gdzie poszły te dziesiątki tysięcy złotych w dodatkach wyposażenia.

Dyskretnym, ale znaczącym elementem jest drążek zmiany biegów, który wygląda jak kryształowy kieliszek czy np. zatyczka do karafki. Swoją „delikatnością” nie pasuje może do wizerunku masywnego SUV-a, ale tutaj odpowiada raczej za aspekt luksusowy. Jeśli spojrzycie na niego pod odpowiednim kątem, zobaczycie pięć X-ów, jak na X5-tkę przystało. Wnętrze kabiny jest wykonane z miękkich i przyjemnych w dotyku materiałów. Luksus i komfort pełną gębą.
Siedzimy wysoko i nawet opuszczenie fotela nie sprawi, że będzie nisko. Na wszystko i wszystkich patrzy się z góry dosłownie i w przenośni. A, właśnie, fotele. Są wręcz nieprzyzwoicie wygodne. Mięsiste z opcjami masażu nie dają plecom możliwości zmęczenia czy narzekania.

Mięsista jest także sama kierownica, która okej, wielkością może pasuje do dużego auta, ale nie zostanę jej wielkim fanem. Jest trochę „za bardzo”. Dodatkowo gdy porównam ją także do np. Range Rovera Velara, Mercedesa czy nawet Audi, odstaje nieco nowoczesnością.
To jednak kwestie wizualne, użytkowo na tej samej kierownicy mamy magiczny przycisk, który aktywuje asystenta kierowcy. Jedno proste kliknięcie, na zegarach pojawia się ikonka zielonej kierownicy i już kontrolę nad autem przejmuje automat. Samochód utrzymuje ustaloną prędkość od auta przed nami, trzyma się pomiędzy liniami drogowymi i od kierowcy wymaga jedynie co jakiś czas pokazania, że nad wszystkim czuwa.
W X5-tce mamy także system sterowania gestami, który zawsze robi wrażenie na osobach, które wcześniej go nie widziały. Pokręcisz palcem kółka – posterujesz głośnością. Wskażesz kciukiem w bok – zmienisz stację. Rozwiązanie jest na tyle wygodne i przyzwyczaja się do niego tak szybko, że gdy potem wsiadłem do innego auta odruchowo zmieniałem stacje machając palcem.
X5 w tej odsłonie jest właściwie autem do wszystkiego. To z jednej strony komfortowa i elegancka limuzyna (można robić w niej tysiące kilometrów z przyjemnością zarówno za kółkiem, jak i z tyłu).

Z drugiej sportowe auto nie tylko z nazwy, ale i z osiągów. 400 koni mechanicznych z momentem obrotowym 760 Nm wystrzeliwuje tego ponad 2300-kilogramowego SUV-a do pierwszej setki w zaledwie 5,2 sekundy. To osiągi, których może pozazdrościć niejedno mniejsze i lżejsze auto.

A z trzeciej to wciąć kawał terenowego auta, które poradzi sobie tam, gdzie asfalt się dawno skończył.
Za kierownicą nie czuć tej wagi i gabarytów. Auto prowadzi się bardzo pewnie i jedynie przy ostrzejszych zakrętach odczuwamy jego bryłę. To ten typ samochodu, który w ogóle nie prowokuje i nie zdradza swoich zapędów ani możliwości, gdy tego nie chcemy. W trybach Eco Pro czy komfort jest cichutko i spokojnie.

Szatan uruchamia się w trybie Sport i Sport+. Wtedy także dodatkowo z głośników płynie brzmienie silnika. To rozwiązanie często krytykowane, ale mi zupełnie nie przeszkadza. Ma sprawiać przyjemność kierowcy i właśnie to robi.
Adaptacyjne zawieszenie sprawia, że auto jest jeszcze bardziej sztywne. Nie wiem, czy to ta sztywność czy duże obręcze kół, ale jak na takie auto, na większych „śpiących policjantach”, było nieco zbyt brutalnie. Mimo swoich rozmiarów, X5 może być zwinniejsze niż się wydaje. To za sprawą skrętnej tylnej osi.
80-litrowy bak wystarcza na stosunkowo długo. W trybie mieszanym, z czego sporą cześć stanowiła stosunkowo dynamiczna jazda, auto paliło ok. 11l/100km, co uważam, że niezły wynik. Bez większego problemu uda się tutaj zejść do wyniku jednocyfrowego, co sprawia, że auto może być nawet względnie ekonomiczne.
BMW X5 M50d to samochód, który kupi ktoś, kto zdrowy rozsądek zostawił w domu i nie wziął go ze sobą do salonu. Albo ktoś, dla kogo 600 tysięcy na rodzinnego SUV-a, który wygląda całkiem normalnie, nie będzie irracjonalnym wydatkiem.

Patrząc z boku, cena wydaje się absurdalna. Ale gdyby kwestie finansowe odłożyć na bok, trzeba powiedzieć, że jest to samochód wszechstronny i nietuzinkowy. Łączy w sobie trzy światy i przeczy powiedzeniu, że jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. W BMW X5 M50d łatwo się zadurzyć. I to już po pierwszych kilometrach. Tutaj nie ma kompromisów.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...