Fińska szkoła obsesją minister Zalewskiej. Nauczycielka roku opowiada, jak naprawdę wygląda tam nauka

Jolanta Okuniewska, nominowana do nauczycielskiego Nobla w 2016, zna najmocniejsze strony fińskiego systemu edukacji.
Jolanta Okuniewska, nominowana do nauczycielskiego Nobla w 2016, zna najmocniejsze strony fińskiego systemu edukacji. Fot. Robert Robaszewski / Agencja Gazeta
Polscy nauczyciele mogą zazdrościć nauczycielom fińskim tego, w jakich warunkach przyszło im się realizować. Podstawową zasadą w szkole w Finlandii jest szacunek do nauczyciela, zaufanie jego metodom pracy i wizji rozwoju dziecka. Ten system minister Zalewska często podaje za wzór, a nawet powołuje się na niego uzasadniając reformę edukacji. Jak naprawdę wygląda nauka w tamtej szkole i czy rzeczywiście blisko nam do fińskich standardów, pytamy nauczycielkę, która odwiedziła Finlandię.


– Tam, gdzie nie ma zaufania, jest nadzór i jest kontrola – mówi w rozmowie z nami Jolanta Okuniewska. Nauczycielka z Olsztyna, finalistka Global Teacher Prize 2016, nagrody nazywanej nauczycielskim Noblem.

W szkole w Finlandii nie ma ocen i egzaminów. Jest za to mniej lekcji oraz większa swoboda. Mimo tego tamtejsi uczniowie osiągają najlepsze wyniku podczas testów PISA, czyli ogólnoświatowych testów kompetencji. Inaczej wygląda także codzienność tych, którzy ich kształcą.

Minister Zalewska już nieraz podpierała się fińskim systemem edukacji, mówiąc o wzorach przy budowaniu dobrej polskiej szkoły. Czy to jest w ogóle możliwe, aby ich rozwiązania przenieść na nasz grunt?

Wszystkie rozwiązania wiążą się z kulturą społeczeństwa, z jakimiś historycznymi naleciałościami. Nie sądzę, aby można było absolutnie skopiować wzór, ale warto na pewno sięgnąć po dobre wzorce, bo jest z czego czerpać. Wydaje mi się, że jakieś elementy z pewnością można by było zaczerpnąć z tego modelu fińskiego.

Tam jest dobór i taka selekcja pozytywna do zawodu, a martwi mnie to, że tego u nas nie ma i nie sądzę, przy takich nakładach na oświatę i takim uposażeniu nauczycieli, żeby to kiedykolwiek się zmieniło. Nie zmieni się.

Zawsze warto jednak podejmować próby, ale trzeba mieć świadomość, że to się nie stanie w rok. Nie zmienimy i nie zreformujemy systemu w rok. To są lata i to jest długi proces, który powinien odbywać się etapami, a nie na raz. Nie można zakładać, że może jakoś to będzie i może nauczyciele jakoś podołają i zrobią co trzeba. W nas nauczycielach wypaliło się bardzo dużo chęci.


Po zawieszeniu strajku wielu z was mówiło, że nie jest najgorsze to, że nie dostaliście podwyżek, ale to, jak nauczyciele zostali potraktowani.

Tak... Nie słuchano naszych postulatów, a wręcz mówiono tylko o postulatach płacowych. W sporze zbiorowym, jak wiemy, możemy podnosić tylko te postulaty. Natomiast mówiliśmy też o innych sprawach, dużo ważniejszych. Chcielibyśmy, aby ludzie zrozumieli, na czym w ogóle ten protest był oparty, jakie mieliśmy jeszcze inne pomysły i na czym nam zależy.Jakie są największe różnice między polskim a fińskim systemem edukacji?

Pierwsza rzecz to jest prestiż zawodu, który w Finlandii wynika z ogromnego zaufania społecznego. Tam mamy jednak także do czynienia z wysoką kulturą społeczną. Nie wiem, czy my kiedykolwiek będziemy się w stanie tego nauczyć.

A jeśli chodzi o podejście do uczniów?

Mogę powiedzieć tylko o tych najmłodszych uczniach, bo to mnie najbardziej interesowało, więc jest to raczej spójny obraz. Nauczyciele fińscy i nasi nauczyciele pracujący z małymi dziećmi pracują podobnie. Nie ma mowy o wielkiej kontroli i ścisłym nadzorze. Jest za to więcej swobody. Rozumiemy, że dziecko potrzebuje czasu na opanowanie pewnych umiejętności.

Jeśli robimy jakiś sprawdzian, to raczej pod własnym kątem. Chcemy wiedzieć ile dziecko jeszcze potrzebuje czasu, aby pewną umiejętność opanować, i czy aby nie trzeba zmienić metody pracy, by mu pomóc i ułatwić to zadanie.

Taka weryfikacja wiedzy na pewno nie dzieje się na zasadzie porównywania, czy testomanii w młodszych klasach. W polskiej szkole nie jest to jednak norma. Marzy mi się, żeby tak było wszędzie. Znam jednak liczne grono nauczycieli, którzy mają tę samą filozofię.

Co jeszcze przykuło pani uwagę, kiedy odwiedzała pani fińskie szkoły?

Nauczyciel może zdecydować, czy chce pracować w klasie pierwszej, czy w klasie drugiej, czy może w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie. Jeden z nauczycieli stwierdził np. że będzie pracował tylko z uczniami pierwszych klas. Miał taką możliwość. To mnie zaskoczyło. Od klasy szóstej zajęcia prowadzą nauczyciele przedmiotowcy. Duży nacisk kładzie się na umiejętności praktyczne. Zachwyciły mnie pracownie do zajęć technicznych, gotowania. U nas zlikwidowane dawno temu.

Bardzo podobało mi się także, że w klasach mogli uczyć się uczniowie w różnym wieku. Poza tym po stwierdzeniu problemów u dziecka, czy jakichś deficytów, uczeń natychmiast otrzymuje pomoc. Na miejscu są specjaliści, którzy towarzyszą dziecku. Poświęcają mu tyle czasu i tyle uwagi, ile naprawdę potrzebuje. Bardzo się dba, by wszyscy uczniowie byli równo traktowani, mieli dostęp do tych samych materiałów, pomocy, unika się porównywania.

Klasy, w których byłam, nie były liczne. Sale lekcyjne nie były również przeładowane jeśli mowa o dekoracjach, o ozdobach, czy pomocach dydaktycznych przygotowanych przez nauczyciela. Wszystko, co tam można było zobaczyć, to były prace dzieci.

Podczas jednych zajęć nauczycielka tak pracuje z uczniami, że przechodzą oni przez pewnego rodzaju stacje zadaniowe. To była klasa pierwsza, a dzieci same wybierały, od czego chcą zacząć zajęcia i jak ma wyglądać ich działanie. Na początku nauczycielka przedstawiała plan. Mówiła, że np. będziemy malować, liczyć, pisać, i że będą jeszcze zajęcia plastyczne. Później każdy decydował, co chce robić.

Nauczycielka towarzyszyła dzieciom, oczywiście jeśli ktoś miał problem, to podchodziła, ale każde dziecko samodzielnie pracowało nad zadaniem, które sobie wybrało. Zasada była jednak taka, że trzeba skończyć coś, co się zaczęło. Dopiero wtedy uczeń przechodził do następnego punktu.

Nie spotkałam się tam także z typowymi dzwonkami. Nauczycielka regulowała czas właśnie tymi zadaniami. Kiedy widziała, że dzieci są zmęczone, to była przerwa. Wspaniałe było to, że wszyscy uczniowie mają darmowe posiłki i jest to catering na naprawdę wysokim poziomie. Oczywiście nauczyciele jedzą posiłki razem z uczniami.

Zachwycił mnie pokój nauczycielski, gdzie był pokój pracy dla nauczycieli, w którym każdy miał swoje miejsce i mógł sobie tam przycupnąć.

Nauczyciele mają także do dyspozycji doskonale wyposażone zaplecze techniczne, skąd można wypożyczać na zajęcia różne pomoce dydaktyczne i dowolnie korzystać z przeróżnych materiałów. Co ważne, wszystkie książki, zeszyty, pomoce szkolne, przybory itd. są darmowe. Wszystko jest w szkole, ani uczeń, ani nauczyciel nie muszą nic przynosić.

Nauczyciel nie musi zastanawiać się, czy będzie miał z czego korzystać na zajęciach, czy nie. Czy musi sam zaopatrzyć klasę, czy prosić rodziców o finansowanie.

To jest chyba jedna z tych różnic. Polscy nauczyciele często muszą się zastanawiać, jak to wszystko zorganizować i skąd to wziąć?

Tak, tak. Z reguły, to rodzice muszą kupować takie pomoce. Jeżeli potrzebujemy czegoś na zajęcia plastyczne, to dzieci z wyprzedzeniem tygodniowym zapisują, co będzie potrzebne na zajęciach, aby był czas na zgromadzenie materiałów.

Jedni przynoszą, a drudzy nie, ale jakoś się dzielimy. Nie ukrywajmy też, że aby zajęcia wyszły, odbyły się z sukcesem, to sama muszę zadbać o to, aby w klasie znalazło się to, co jest mi na tę lekcję potrzebne.

Wrócę na chwilę do tej możliwości wyboru zajęć, do decydowania o ich kolejności, czemu to sprzyja?

To sprzyja przede wszystkim budowaniu poczucia odpowiedzialności. Dziecko podejmuje się jakiegoś zadania i to jest jego decyzja. Rodzice też powinni w domu stwarzać takie sytuacje, żeby dziecko miało możliwość wyboru i żeby też wiedziało dlaczego decyduje się na to, a nie inne rozwiązanie. Dzieci też mają swoje preferencje. Jeśli ktoś woli malować, to zabiera się za malowanie na początku, albo powiedzmy zostawia sobie to zadanie jako deser na koniec dnia pracy.

Czasem pracy oczywiście reguluje nauczyciel. Mówi np., że na to zadanie uczniowie mają piętnaście minut. Można ustawić timer. W szkole, w której byłam i w klasie, której zajęciom się przyglądałam, była bardzo malutka sala, ale było także takie patio, gdzie dzieci mogły wyjść i się pobawić, kiedy np. stwierdziły, że są zmęczone.

Nie było żadnych zabawek z wyjątkiem szmatek, sznurków, patyków. U nas rodzice pewnie by larum podnieśli, że nie mamy ciekawych zabawek, a tam dzieci sobie z tego budowały coś i były to kreatywne rozwiązania.

Poza tym w fińskiej szkole nauczycielka wie, że dziecko powinno się też ponudzić. Musi mieć czas na reset, żeby dalej pracować lub dalej się bawić. Nie zadaje się prac domowych.

Chciałabym jeszcze porozmawiać o tej różnicy między naszymi systemami, która wydała się pani jedną z najważniejszych i najbardziej widocznych. Mam na myśli prestiż zawodu nauczyciela.

W Finlandii ten zawód cieszy się wysokim zaufaniem społecznym. Na tym to polega. Do szkół nie trafiają ludzie z przypadku. Byłam kiedyś na szkoleniu, na którym było wielu fińskich nauczycieli. Na czterdzieści dwie osoby w grupie stamtąd było chyba siedemnastu nauczycieli.

W ich przypadku można mówić o naprawdę wysokich kompetencjach. Przykład? Grali na instrumentach, a dzięki takim umiejętnościom mogli prowadzić szkolne orkiestry. Byli rewelacyjni.

Myślę, że tam ten dobór do zawodu nie jest przypadkowy. Pracę z dziećmi rozpoczynają ci, którzy są bardzo aktywni już w młodym wieku, ci, którzy są przedsiębiorczy i mają cechy liderów. Do tego zawodu trafiają najlepsi. Ci, którzy się sprawdzą i którzy potrafią podjąć inicjatywę na różnych polach. W szkołach właśnie takich ludzi potrzeba.

Czy patrzy pani na to, jak w Finlandii traktuje się nauczycieli trochę z zazdrością?

Tak. Patrzę też z zazdrością na to. Oczywiście sytuacja zależy też od placówki i od tego jaką autonomią cieszy się w niej nauczyciel. Może być przecież tak, że trafia na dyrektora, który ma zaufanie do swoich pracowników, zostawia im wolną rękę, nie kontroluje. Cieszy się raczej z podejmowania różnych inicjatyw. Może być jednak też tak, że jest dyrektor, który ma w sobie cechy bardzo mocno władcze. Ma swoją wizję i ściśle nadzoruje pracę nauczycieli, co nie sprzyja twórczości.To zaufanie do nauczycieli, zarówno społeczeństwa, jak i rządzących jest podstawą fińskiego systemu edukacji?

Tak, zaufanie właśnie. Jeżeli jest zaufanie społeczne, to bierzemy na siebie jakąś odpowiedzialność. Wiemy, że obdarzono nas nim, dlatego wywiązujemy się z tych swoich obowiązków, najlepiej jak potrafimy.

Tak samo jest przecież, kiedy ja mówię do swoich małych uczniów: "mam do was zaufanie, wierzę w was, wierzę, że sobie poradzicie". Wtedy oni za punkt honoru biorą sobie, aby tego zaufania nie stracić. To jest takie działanie psychologiczne, a że to działa tam od lat i w ogóle tak jest w społeczeństwie, to tym bardziej działa na korzyść.

Tam słucha się tego, co do powiedzenia mają nauczyciele i jaki mają pomysł na edukację?

Na pewno pozostawia się nauczycielom większą swobodę, bo właśnie się im ufa. Skoro są to najlepsi ludzie wybrani do nauczania, to nie zakłada się, że przyjdą do pracy, aby tylko tam być. Zakłada się, że będą chcieli dawać z siebie wszystko co najlepsze, dlatego też ciągle się doskonalą. Mają obowiązek spędzić tygodniowo dwie godziny na samokształceniu. Współpracują ze sobą, uczą się od siebie.

Kiedy miałam częstszy kontakt z tymi nauczycielami, to pamiętam, że oni zaczynali taką przygodę z nowoczesnymi technologiami. Wymyślili sobie, że będzie lider w szkole, który zostanie wysłany na jakieś wartościowe szkolenie i będzie szkolił następną osobę, a one kolejną itd. Mieli na to pomysł, nie zakładali, że stanie się to w rok. Wiedzieli, że jest to proces.

W Finlandii to rząd daje przykład społeczeństwu, jak należy traktować nauczycieli? U nas jest wręcz przeciwnie, czyli podkopuje się autorytet?

Może to jest niezrozumienie tego, na czym polega prestiż zawodu nauczyciela i jak trzeba zadbać o niego. Brak pomysłu na to, co trzeba zrobić, aby było lepiej, bo jest kiepsko.

Być może to, co się działo i dzieje przyczynia się do tego, że ten szacunek jest trochę naderwany. Mówię także o takich krytycznych informacjach, które były podawane, a były często kłamliwe. To niestety działa na naszą niekorzyść. Bardzo dużo czasu zabierze nam odbudowanie jakiejś pozycji i zapoznanie społeczeństwa z tym, jak rzeczywiście wygląda prawda. Są to bardzo smutne rzeczy, bo zaczynamy od zera w tej chwili. Takie mam wrażenie.

A gdyby miała pani porównać status polskiego nauczyciela z fińskim?

Kiepski mamy status. Trzeba przyznać, że jest to niezbyt atrakcyjny zawód. Wszyscy mówią o pensum 18-godzinnym i o wakacjach, ale obawiam się, że za kilka lat nie będzie miał kto pracować w szkołach, bo młodzi ludzie nie będą w stanie rozpocząć swojego samodzielnego życia ze środków, które szkoła oferuje. Tam nauczyciele nie mają najwyższych dochodów w państwie, ale myślę, że liczy się ten prestiż społeczny. On ma znaczenie.

Mówiła pani też o kontroli pracy nauczycieli. W Finlandii jest ona mniejsza?

Myślę, że tu znowu trzeba powiedzieć o zaufaniu. Nauczyciele, którzy pracują, sami sobie przygotowują materiały kontrolne. Nazwałabym je bardziej ewaluacyjnymi. Wszystko po to, aby mieć pewność, że działa to, co proponują uczniom. To w tę stronę idzie bardziej niż takiej stricte kontroli, że wypełniamy tabelki i gdzieś te tabelki sobie wędrują.

W Polsce jest nadzór, bo nie ma zaufania. Tam gdzie nie ma zaufania, jest nadzór i jest kontrola. Jeżeli ufam moim uczniom, to pozwalam im na opanowanie pewnych umiejętności, a kontroluję za czas jakiś i to jest samokontrola, sprawdzam czy, i w jaki sposób umożliwiłam uczniom zdobycie umiejętności.

W Finlandii zaczyna się od planu i wiadomo, jaki jest cel, do czego trzeba dążyć. Oczywiście w trakcie nauczyciele się spotykają i przeprowadzają ewaluację, aby sprawdzić, czy to, co proponują działa, czy nie. Ja też wielokrotnie słyszałam, że z modelu fińskiego trzeba brać przykład. To nie jest takie trudne. Niestety, tutaj chodzi o dużą zmianę w mentalności i w postrzeganiu edukacji w ogóle.

U nas ten plan, to raczej chaos? Każdy rząd chce jakoś ulepszyć system edukacji i wprowadza swoje zmiany?

Do tej pory pokazywaliśmy, że sobie zawsze poradzimy, że staniemy przed ścianą, ale i tak sobie poradzimy, bo mamy w sobie tę chęć i kochamy swoją pracę. To jest cały czas nasza pasja.

Chociaż teraz ta pasja, została troszeczkę zniszczona, a raczej nawet bardzo. Wszystko przez te komunikaty, które szły do społeczeństwa, że tylko wymagamy, że jesteśmy leniami, nierobami. Pracujemy osiemnaście godzin i chce tylko czegoś więcej. Kiedy obrzucono nas błotem, ludzie stwierdzili, że to, co robią ponad tych osiemnaście godzin pensum, nie ma żadnego znaczenia.

Trzeba też jednak powiedzieć, że przed reformą o naszym systemie mówiło się w samych superlatywach i w Europie i na świecie. Nasi 15-latkowie w testach PISA bardzo dobrze wypadali.

Ten system funkcjonował właściwie, nauczyciele byli przygotowani, potrafili pracować ze starszą młodzieżą w taki sposób, żeby ich kompetencje rosły. Właściwie byliśmy już na górnym pułapie tych sukcesów i nagle stwierdzono, że nie, że zawracamy.

Stawiano nas za wzór, przyjeżdżały do nas delegacje podpatrywać, co takiego dobrego się działo. Tym bardziej z dużym zdziwieniem przysłuchiwałam się planom zmian. Skoro coś działało dobrze i nasi uczniowie osiągali sukcesy, a my wiedzieliśmy gdzie są nasze słabe punkty, to wydaje mi się, że należało usprawnić, to co funkcjonowało gorzej niż wywracać wszystko do góry nogami.

A coś z tamtego modelu wykorzystuje pani podczas swoich lekcji? Coś, co udało się pani podpatrzeć?

O dziwo nie musiałam podpatrywać, bo dużo rozwiązań wprowadziłam sama już wcześniej. Nie musiałam jechać, aby coś podejrzeć. Chociaż na pewno podobał mi się wystrój klasy, bo do tej pory też myślałam, że jeżeli ja zrobię, to będzie lepiej. Zawsze jest miło w takiej klasie przebywać, ale okazuje się, że znacznie przyjemniej jest, kiedy uczniowie samodzielnie wykonają jakieś pomoce dydaktyczne.

Moi uczniowie także mają możliwość wyboru zadania, np. czy zacząć od trudniejszego, czy od łatwiejszego. Stosuję ocenianie kształtujące, samoocenę i ocenę koleżeńską. Uświadamiam, że błędy są potrzebne. Daję dzieciom wsparcie i cieszę się z każdego sukcesu. Podkreślam, że są dla mnie ważne.

Uczniowie z Finlandii wypadają najlepiej na testach PISA, a przebywają w szkole zdecydowanie krócej niż polscy uczniowie.

Mają czas na odpoczynek, czyli mają czas na wywietrzenie mózgu, a to jest bardzo istotne dla higieny pracy umysłowej. Nasi uczniowie są przeciążeni. Pracują w szkole wiele godzin, pracujemy dwuzmianowo, a później są jeszcze prace domowe. To też jest obciążające. Kiedy dziecko wraca po szkole o godzinie siedemnastej, to już jest bardzo późno.

Rozmawialiśmy o tym problemie już dawno, zanim wchodziła reforma. Nauczyciele Roku wystosowali pismo do minister Zalewskiej z różnymi pytaniami. Teraz powtórzyli to pismo z pytaniami, z odpowiedziami, z dopowiedzeniami, które stworzyli po obserwacji tego co się dzieje w edukacji. Niby konsultacje się odbywały w szerokim gronie, jak słyszymy, ale okazuje się, że niektórych głosów nie wzięto pod uwagę, albo nie chciano wziąć pod uwagę.

Skoro w fińskiej szkole nie stawia się ocen, to jak weryfikowana jest tam wiedza i jak mobilizuje się do nauki?

Dzieci w młodszym wieku szkolnym mają motywację wewnętrzną, bo to jest związane w ogóle z ciekawością świata. Trzeba więc dbać, aby tej motywacji nie zabić. Na motywacji wewnętrznej dzieci buduje się zajęcia.

Jeżeli ucznia traktuje się jak partnera w procesie nauczania i uczeń wie, po co przyszedł do szkoły, a to też jest związane z kulturą społeczeństwa, to nie musimy motywować go ocenami. Po prostu cieszymy się z sukcesów, które uczeń odnosi i pokazujemy co potrafi, a czego jeszcze nie, ale jest na dobrej drodze, żeby się tego nauczyć.

To nie polega tylko na tym, że się wyłącznie chwali, tylko na konstruktywnym budowaniu informacji zwrotnej. Uczniowie przez to, że są oceny, też się porównują. Można powiedzieć, że nawet kolekcjonują oceny.

W Finlandii nie ma tej rywalizacji. Ja tego nie widziałam. Uczniowie sobie pomagają. Poza tym trenuje się też kompetencje miękkie, więc jest się na czym wzorować. Tam bardzo współpracują ze sobą także nauczyciele. Pracują w zespołach zadaniowych, wypracowują plany pracy, uzgadniają wspólne działania, omawiają postępy uczniów, pomagają sobie w rozwiązywaniu problemów.

Dzielą się swoimi pomysłami, czego u nas często nie ma, bo w tym systemie ciągłej kontroli i rywalizacji o miejsce pracy, to gdzieś ginie. Powinniśmy się tego uczyć. Oczywiście pewnie są i w Polsce placówki, gdzie tak się dzieje. Chwała za to dyrektorom, którzy potrafią swoich nauczycieli do tego zachęcić, bo generalnie my mamy uczyć też współpracy uczniów. To jest dosyć długa droga.

Jolanta Okuniewska Finalistka konkursu Global Teacher Prize 2016. Wieloletnia ambasadorka programu eTwinning. Trenerka w programie Mistrzowie Kodowania. Honorowy Profesor Oświaty. Nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej w Szkole Podstawowej w Olsztynie.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...