
Wiele się ostatnio mówi i pisze o menadżerach piłkarskich. Agenci nie mają dobrej opinii wśród władz polskich klubów. A co o nich sądzą trenerzy? Niektórzy mówią, że są oni największym złem polskiej piłki. Że są sępami, które krążą nad ich biednymi klubami, wciskając im słabych piłkarzy. Inni szkoleniowcy mają do agentów ambiwalentny stosunek. Ale są i tacy, którzy twierdzą, że menadżerowie wręcz pomagają im w pracy.
O tym, jaka jest ogólna opinia o menadżerach piłkarskich pisaliśmy niedawno. Można zaryzykować stwierdzenie, że większość właścicieli klubów i trenerów na większości agentów szybciej powiesiłaby psy niż honorowy medal za zasługi w sporcie. Są jednak tacy szkoleniowcy, którzy twierdzą, że praca menadżera bardzo im pomaga.
Czasami tak jest. Piłka nożna to bardzo specyficzne, a do tego małe środowisko. Znajomy menadżer może czasami przekonać zawodnika do transferu, że w danym klubie jest większa szansa rozwoju, niż on początkowo sądził.
Znacie to? Klub miał grać o najwyższe cele w lidze, przed sezonem kupiono kilku zawodników, w których pokładano olbrzymie nadzieje. Kibice uwierzyli, że ich zespół może być wysoko, ale rzeczywistość nie była taka, jaką ją sobie wymarzono. I zaczyna się szukanie winnego. Bardzo często znajduje się on bardzo szybko. "To menadżer! Przecież on wcisnął nam tych wszystkich bezwartościowych zawodników. Zapewniał, że ich słaba gra to chwilowy brak formy." Wyobrażam sobie, że takie słowa czasami padają w gabinetach polskich klubów.
Nie można myśleć w ten sposób. Menadżerowie mogliby przywozić piłkarzy wagonami, ale przecież i tak ostateczna decyzja o transferze należy do trenera.
Jerzy Piekarzewski ma o menadżerach bardzo złe zdanie. Podczas spotkania nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to co o nich powiedział, to bardzo delikatna krytyka. Honorowy prezes Polonii Warszawa, człowiek, który piłce nożnej poświęcił całe życie stwierdził, że menadżerowie nie mają interesu w budowaniu dobrych zespołów, bo oni zarabiają nie wtedy, gdy one odnoszą sukcesy, tylko gdy sprzedają swoich zawodników.
Ciągle odbierałem telefony: „Nie bierz tego z Jagiellonii, nie dotykaj gówna”. Kolejny, z Górnika Zabrze: „Nie dotykaj, bo to jest złom, pijak, rozrywkowy chłopak”. A Wojciechowski nie pytał, tylko ich brał. Ktoś go podpuszczał, pewnie menedżerowie. To jest plaga piłki nożnej. Oni nic nie robią, tylko wszystko psują. Jak jest dobry zespół, to go popsują. Bo oni chcą sprzedać, za wszelką cenę. CZYTAJ WIĘCEJ
Zapytałem więc moich rozmówców, czy spotkali się w swojej pracy z sytuacją, w której menadżer starał się wymusić transfer piłkarza. – Mi się to nie zdarzyło – odpowiada z pewnością w głosie Tarasiewicz. I dodaje: – Zawsze starałem się rozmawiać z piłkarzem o jego przyszłości. Trzeba planować ruchy kadrowe. Nie można przecież zawsze odrzucać ofert zakupu piłkarza. Wszystko jednak trzeba robić z głową – uważa Tarasiewicz i na przykład podaje osobę Sebastiana Mili, z którym klub przedłużył kontrakt właśnie w momencie, gdy przyszła ciekawa oferta z zagranicy.
To jak to jest z tymi menadżerami? Z jednej strony słyszymy, że wszystko w polskiej piłce idzie do przodu, a kulą u nogi są agenci, ci źli, pazerni agenci. Z drugiej dochodzą nas głosy, że są oni bardzo ważnym ogniwem budującym zespoły. Że ich praca to bardzo często pomoc dla szkoleniowców, którzy w natłoku obowiązków albo z powodów finansowych często bez polecenia zawodnika przez menadżera nie dowiedzieliby się o jego istnieniu.
