
Ludzie z obozu nowego prezydenta Ukrainy Wołodomyra Zełenskiego - jak wynika z informacji docierających z Kijowa - chcą nadać okupowanym przez Rosję republikom specjalny status. W praktyce może to oznaczać drugi Majdan, jeśli obywatele Ukrainy nie pogodzą się z myślą o utracie Donbasu.
REKLAMA
Tzw. Euromajdan, czyli bunt obywateli przeciwko władzy, wybuchł w 2013 r. – wtedy, gdy Ukraińcy mieli już dość wspieranego przez Rosję prezydenta Wiktora Janukowycza. Doszło do walk, zginęło blisko sto osób, 3 tys. zostało rannych. Po tamtych wyborach zapanowała nadzieja na demokratyzację kraju i zbliżenie z Unią Europejską. Po ostatnich głosowaniach natomiast - jak się wydaje - Ukraina znów częściej obiera kurs na Moskwę.
Michał Potocki w "Dzienniku Gazecie Prawnej" pisze, że ekipa nowego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego wstępnie zgodziła się na tzw. plan Steinmeiera. Plan ten przewiduje nadanie specjalnego statusu okupowanym częściom Donbasu po wcześniejszym przeprowadzeniu tam wyborów.
Przypomnijmy, że chodzi o zbuntowane republiki, w których od kilku lat toczą się walki między wojskami rządowymi a siłami separatystów wspieranych przez Rosję. W wojnie zginęło już około 13 tysięcy ludzi i nie widać jej końca. Rosja wspiera separatystów, ale tak naprawdę chodzi o kontrolę nad tymi republikami, tak samo jak wcześniej Federacja Rosyjska zajęła Krym.
Ustawa forsowana przez ekipę Zełenskiego przewiduje amnestię dla separatystów, nadanie obszarom o specjalnym statusie prawa do wybierania własnych sędziów i prokuratorów oraz przekształcenie oddziałów wojskowych separatystów w legalne "milicje ludowe".
Dodatkowo plan zakłada, że zbuntowane republiki będą mogły zawierać umowy z rosyjskimi obwodami. Obywatele Ukrainy mogą się obawiać, że w praktyce wprowadzenie plany Steinmeiera oznacza zgodę prezydenta na oderwanie w przyszłości Donbasu przez Rosję.
– Efekty będą dramatyczne. Poprzez wybory zalegalizują bojowników i dadzą im autonomię – wyjaśnił "DGP" Taras Berezoweć, ukraiński ekspert w dziedzinie bezpieczeństwa, bliski poprzedniej ekipie prezydenckiej. – Myślę, że rządzących czeka reakcja społeczeństwa. Nie wykluczam akcji siłowych – dodał Berezoweć w wywiadzie dla dziennika.
Jak informuje "DGP", jest tylko jeden problem z wprowadzeniem planu Steinmeiera w zbuntowanych republikach. Nikt nie ma pomysłu, jak przeprowadzić wybory w czasie, gdy stacjonują tam wojska rosyjskie. Można jednak przypuszczać, że prezydent Rosji Władimir Putin znajdzie jakieś rozwiązanie.
źródło: "Dziennika Gazeta Prawna"
