Czterech byłych policjantów ma trafić do więzienia. Byli oni oskarżeni o przekroczenie uprawnień oraz psychiczne i fizyczne znęcanie się nad Igorem Stachowiakiem. Wyrok wrocławskiego Sądu Okręgowego jest już prawomocny.
Dziennikarz zajmujący się tematyką społeczną, polityczną i kryminalną. Autor podcastów z serii "Morderstwo (nie)doskonałe". Wydawca strony głównej naTemat.pl.
Łukasz R. został skazany na 2,5 roku bezwzględnego więzienia i ośmioletni zakaz wykonywania zawodu policjanta. To ten funkcjonariusz trzykrotnie raził Igora Stachowiaka paralizatorem. Owa "interwencja" miała miejsce w toalecie na komisariacie.
– Wyje**łem na niego całą baterię! – tak, według występującego w "Superwizjerze" TVN świadka miał powiedzieć policjant, który używał tasera wobec Stachowiaka. Trzy razy przez ciało ofiary przepłynął impuls o napięciu 1200 woltów. 25-latek miał założone kajdanki.
Pozostali trzej policjanci Paweł G., Paweł P. i Adam W. usłyszeli wyrok dwóch lat pozbawienia wolności i sześcioletni zakaz wykonywania zawodu policjanta.
Policjanci odpowiadali za przekroczenie uprawnień oraz psychiczne i fizyczne znęcanie się 25-latkiem. Rodzina Igora Stachowiaka domagała się rozszerzenia zarzutów o nieumyślne spowodowanie jego śmierci oraz o znęcanie się nad nim ze szczególnym okrucieństwem. Wówczas funkcjonariuszom groziłoby do 10 lat więzienia. Sąd do tego wniosku się nie przychylił.
– Gdyby mój syn nie spotkał policjantów na swojej drodze, to by żył. Walczyliśmy o trochę inny wyrok – skomentował Maciej Stachowiak, ojciec Igora Stachowiaka. Poznańska prokuratura, która prowadziła w tej sprawie dochodzenie, jest usatysfakcjonowana orzeczeniem.
Igor Stachowiak zmarł w maju 2016 r. po zatrzymaniu i przewiezieniu na komisariat policji Wrocław Stare Miasto. Tragedia ta poruszyła wówczas mocno opinię publiczną, ulicami Wrocławia przeszedł "Marsz przeciwko brutalności policji".
Jednak sprawa ucichła. Śledztwo utknęło. Jeden z policjantów, który początkowo został na 3 miesiące zawieszony, wrócił do służby. Pozostałym od początku włos nie spadł z głowy – wciąż pracowali. Ze sporym prawdopodobieństwem można by stwierdzić, że gdyby nie dziennikarskie śledztwo Wojciecha Bojanowskiego z "Superwizjera" TVN, ta sprawa mogłaby nie znaleźć swojego finału w sądzie.