
Leki przeciwbólowe czy maseczki ochronne, a może pensje dla pracowników? Z czego zrezygnować? Teresa Kocbach, dyrektorka olsztyńskiego hospicjum, w rozmowie z naTemat przyznaje, że placówka znalazła się w trudnej sytuacji ze względu na konieczność wprowadzenia dodatkowych zabezpieczeń związanych z epidemią koronawirusa. To wszystko wymaga dodatkowych środków, a tych na koncie stowarzyszenia, które prowadzi Centrum Opieki Paliatywnej "Palium" po prostu nie było. – Każdą złotówkę i każdą rękawiczkę przyjmujemy z ogromną wdzięcznością – podkreśla nasza rozmówczyni.
REKLAMA
Co oznacza brak morfiny w przypadku pacjentów hospicjum?
Nie umiem sobie nawet tego wyobrazić. Chyba nikt tego nie potrafi. Nie chciałabym nawet szukać słów, które mogłyby opisać, co oznaczałoby to dla pacjentów, u których wdrożono leczenie przeciwbólowe. To nie jest tylko morfina, to jest cały szereg leków.
Ale pojawiła się obawa, że będzie trzeba dokonać wyboru: albo środki ochrony, albo morfina, albo może pensja dla pracowników?
Tak, jak każdy ośrodek opieki zdrowotnej, jesteśmy w trudnej sytuacji. Niczym nie różnimy się od każdego innego oddziału szpitalnego. Przyjmujemy na bieżąco pacjentów. Teraz mamy komplet, 20 osób.
Sytuacja jest trudna dla wszystkich instytucji, które zajmują się ludźmi chorymi, starszymi, potrzebującymi opieki. Jest to nadzwyczajna sytuacja dla nas wszystkich. Nie czujemy się niekomfortowo.
Czego wymaga ta nadzwyczajna sytuacja?
Musimy przyjąć inne zasady pracy, zabezpieczenia, trzeba wprowadzić inne procedury. Potrzebujemy dodatkowych masek, fartuchów, bo do tej pory w naszym ośrodku wykorzystywaliśmy je w znikomych ilościach. To wymaga dodatkowych środków finansowych. Nie mamy ich gdzieś w zanadrzu. Hospicjum jest prowadzone przez stowarzyszenie. Jesteśmy instytucją non profit, która na bieżąco wydaje pieniądze na leczenie pacjentów.
A ceny środków ochronnych, np. maseczek, są duże wyższe niż wcześniej...
To dlaczego to tyle kosztuje, nie jest już moją działką. Powinny się tym zająć inne instytucje i służby, bo rzeczywiście jest tak, że w ciągu tygodnia takie środki podrożały kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy.
Jeżeli więc my nie mamy dodatkowych środków na ten cel, to stajemy przed trudnym wyborem, z czego zrezygnować. Na wszystko nie wystarczy. Tak jak wspomniałam, jesteśmy instytucją, która na bieżące funkcjonowanie, na prowadzenie pacjentów, dostaje środki finansowe z NFZ. Jednak w tej sytuacji potrzeba więcej pieniędzy.
Dlatego właśnie wystąpiliśmy z prośbą o wsparcie do przyjaciół hospicjum i wtedy nastąpiło poruszenie. Wcześniej nikt nie zwrócił się do nas z żadną propozycją, z żadnym zapytaniem, czy czegoś potrzebujemy, czy nam starcza, czy nam nie starcza...
Dziś jestem już spokojniejsza, mogę zasnąć w nocy, wiedząc że personel będzie miał się w co ubrać i że pacjenci nie będą czuli zagrożenia. Sytuacja trochę się poprawiła. Dostaliśmy parę złotych od darczyńców. Dostajemy także środki ochronne od wielu instytucji. Wsparli nas wojewoda, Polski Czerwony Krzyż, Stowarzyszenie Wyjątkowe Serce i inne organizacje. Jestem niezwykle wzruszona tym, co się wydarzyło.
Wsparcie nadal jest potrzebne?
Można nas wesprzeć w bardzo prosty sposób, albo zrobić przelew, albo kupić środki ochronne i nam je dostarczyć. Każdą złotówkę i każdą rękawiczkę przyjmujemy z ogromną wdzięcznością.
Jeśli mówimy o koronawirusie, to pacjenci hospicjum znajdują się w grupie szczególnego ryzyka zakażeniem?
Wprowadziliśmy ogromne obostrzenia, ogromne restrykcje, bo nasi pacjenci – w tej chwili prawie 100 proc. – są pacjentami onkologicznymi i po leczeniu onkologicznym. Nie trzeba się szczególnie wysilać, aby zrozumieć, jak bardzo są narażeni nie tylko z powodu koronawirusa, ale i innych czynników.
Obecna sytuacja jest też dla nich dodatkowym stresem, a to nikomu nie służy. Wczoraj, kiedy przyjęliśmy nową pacjentkę do hospicjum, pani psycholog ubrała się w fartuch, w maseczkę, w rękawiczki i zaczęła rozmowę od przeprosin, bo nie jest to sytuacja komfortowa dla żadnej ze stron. Pacjentka odpowiedziała: "Proszę pani, gdyby pani nie była tak zabezpieczona, to ja bym nie chciała z panią rozmawiać". Świadomość pacjentów jest rzeczą bardzo istotną.
Jest jeszcze ta wizja, że wirus może nam w każdej chwili zajrzeć w oczy. Pacjentów przyjmujemy ze szpitala, z domu, z rożnych środowisk. Nie wiem, kto i skąd dokładnie przychodzi, dlatego te dodatkowe zabezpieczenia u nas są niezbędne.
Wsparcie pozwoli nam przez jakiś czas funkcjonować bezpiecznie. Na ile bezpiecznie? Tego nie wiemy. Nie jesteśmy w stanie dać gwarancji, nikt nie jest w stanie.
Wspomniała pani o rozmowie pacjentki z psycholog. Leczenie pacjenta w hospicjum, to nie tylko podawanie leków. Jak obostrzenia wpływają i na to?
Nasi pacjenci nie mogą pozostać sami. Nie wstrzymaliśmy przyjęć. Oprócz tego, że mamy 20 pacjentów w najtrudniejszych stanach, to sytuacja komplikuje się dodatkowo, ponieważ nie mogą oni być odwiedzani przez najbliższych.
Tylko w skrajnych przypadkach, w takich nadzwyczajnych, pozwalamy rodzinom przychodzić. Również odpowiednio się zabezpieczają, przebierają, dezynfekują, wkładają maseczki, rękawiczki. Tylko w takiej sytuacji mogą być przez moment razem. Trzeba zabezpieczyć jedną i drugą stronę, a to też wiąże się z kosztami.
Nasi pacjenci są w najtrudniejszym dla nich momencie życia i w tej sytuacji są pozbawieni kontaktu z bliskimi. Poza wyzwaniami, które stoją przed nami codziennie, opieka, pielęgnacja, leczenie, zastępujemy chorym ich rodziny.
W normalnych warunkach zawsze nakłaniamy bliskich do kontaktu, bo to jest najważniejsze... Nie ma nic ważniejszego niż obecność drugiego człowieka w tak ciężkiej sytuacji. Pacjent umierający najbardziej potrzebuje kogoś bliskiego.
Ręka żadnej pielęgniarki, lekarza, czy psychologa, nie jest w stanie zastąpić ręki męża, córki, syna, żony... Jednak teraz, kiedy są ograniczenia, kiedy również rodziny ze względu bezpieczeństwo chorych i troskę o nich, ograniczają kontakty – co jest zrozumiałe – stajemy przed wyzwaniem uzupełnienia tej potrzeby.
Pani poza troską o pacjentów, jest również strach o zdrowie personelu?
Personel jest nieprzypadkowy. To jest zespół dobierany przez lata. Ludzie, którzy tutaj pracują, mają ogromną wiedzę i doświadczenie. Gdyby cokolwiek się wydarzyło, to nie znajdę nikogo takiego, kto ich nagle zastąpi, bo to nie jest kwestia zrobienia zastrzyku, podania leku, to jest kwestia bardzo specjalistycznej pracy, do której trzeba się przygotowywać całymi miesiącami, całymi latami.
Czytaj więcej: Pielęgniarki i położne chcą robić zakupy poza kolejnością. Mają apel do przedsiębiorców
