Karolina Lewicka o rozpadzie Zjednoczonej Prawicy
Karolina Lewicka o rozpadzie Zjednoczonej Prawicy Fot. Albert Zawada / AG

Królestwo za szczerość! - chciałoby się rozpaczliwie zawołać, słuchając przekazów dnia. Tej codziennej politycznej papki, obłych zdań, zadających kłam rzeczywistości. I oto raptem - stało się! Polityczni aktorzy zaczęli mówić własnym głosem.

REKLAMA
Na przykład Joachim Brudziński raczył oznajmić wszem wobec, że młodzi od koalicjantów pasują do swych posad jak wół do karety. Dokładnie szło to tak, że przyboczni ministra Ziobry i Gowina piastują "czasami nad wyrost bardzo wysokie stanowiska państwowe", które "niejednokrotnie przekraczają ich kompetencje".
Dla postronnych obserwatorów to tajemnica poliszynela, ale miło, że politykowi PiS w końcu ta powszechnie znana prawda przeszła przez usta. Nawet jeśli było to motywowane wyłącznie chęcią dogryzienia dotychczasowym wspólnikom w dziele dojenia Ojczyzny, to ma swoje brzemienne konsekwencje – prawa ręka prezesa wyznaje publicznie, jak wygląda polityka kadrowa rządzących.
W skrócie to połączenie nomenklatury z nepotyzmem. Najpierw rozdziałem stanowisk w spółkach Skarbu Państwa pomiędzy frakcje Zjednoczonej Prawicy zajmuje się Ministerstwo Aktywów Państwowych.
Gdy łup – np. Pekao, PZU, Orlen itd. - ma już właściciela, wtedy rusza nań szturm „krewnych i znajomych Królika”: kuzyn Kaczyńskiego, brat Ziobry, stryj Dudy, siostra Morawieckiego, syn Kamińskiego, żona Sobolewskiego, ojciec Jakiego. Lista nominatów jest nieskończona i zadaje tym samym kłam powiedzeniu Alberta Einsteina, że nieskończone są tylko dwie rzeczy: wszechświat i głupota ludzka.
Odkąd w koalicji zaczęło trzeszczeć, zapewne setki osób ma gorszy sen i apetyt. Ziobro i Gowin zdają sobie sprawę, ilu nominatów jest pod nich podwieszonych i że jakby to rozrysować, to drzewo genealogiczne Radziwiłłów może się schować razem z korzeniami.
A zatem to walka nie tylko o zakres władzy w ramach Zjednoczonej Prawicy i o schedę po Jarosławie Kaczyńskim, ale przede wszystkim o dostęp do koryta. Koryto oznacza gigantyczne pieniądze i spektakularne awanse dla ludzi, którzy w swej znakomitej większości w warunkach wolnej konkurencji nigdy by do tego nie doszli. Dlatego na pewno wywierają ogromną presję na liderów, by poszli na Nowogrodzką jak do Canossy.
Gdyby patrzeć na czysty interes, Gowin i Ziobro już nakładaliby na grzbiet wór pokutny. Ale polityka nie jest nauką ścisłą, czasami sytuacja wymyka się spod kontroli i zyskuje własną dynamikę lub zaczynają rządzić silne emocje. Tak może być i tym razem. Dla polityki kadrowej rezultat tych zmagań jest jednak bez znaczenia.
Jeśli Zjednoczona Prawica się rozpadnie, to najpierw ruszy karuzela zwolnień i odwołań, a potem będzie po prostu jeszcze więcej posad dla krewnych i znajomych Królików z PiS-u. Jeśli koalicja przetrwa, benefity nadal trzeba będzie dzielić pomiędzy PiS, Solidarną Polskę i Porozumienie.
Dlatego warto tutaj zwrócić uwagę na trzy - współwystępujące z nomenklaturą i nepotyzmem - zjawiska, degenerujące do cna naszą sferę publiczną, a na które mamy świeżutkie przykłady.
Po pierwsze: „naszyzm”, czyli nikt spoza sitwy nie ma szans. Nie załapie się, choćby przez przypadek, żaden bezpartyjny fachowiec. Ostatnio MSZ zablokował polskim dyplomatom możliwość ubiegania się o stanowiska ambasadorów UE na świecie. Oficjalnie z powodu „restrukturyzacji resortu”. A naprawdę dlatego, że chętni nie byli „od nas”. A „naszych”, czyli pisowskich kandydatów nie było.
Wyszedł zatem pies ogrodnika: sam nie wziął, bo nie ma kadr, ale „obcemu” nie dał. Całość godzi w polską racją stanu, bo w interesie kraju jest posiadanie jak najliczniejszych personalnych wpływów w strukturach Unii.
Po drugie: zło popełnione w interesie partyjnym zostanie wynagrodzone. Hunwejbinom Kaczyńskiego nigdy nie może stać się krzywda. Muszą wypłynąć na powierzchnię, bo to jasny komunikat dla wszystkich pozostałych: róbcie, co trzeba, a partia będzie jak matka - nigdy was nie zostawi.
Przykłady? Łukasz Piebiak, były wiceminister sprawiedliwości od szukania haków na sędziów, po urlopie „dla poratowania zdrowia”, odnalazł się w Instytucie Wymiaru Sprawiedliwości. Jakub Iwaniec, z tej samej brzydkiej bajki, został od września delegowany do Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury. Krzywda im się nie dzieje, niedostatku nie cierpią.
Po trzecie: drenowanie instytucji. Z jednej strony mamy uderzenie w korpus urzędniczy, co w długofalowej perspektywie pozbawia poszczególne resorty pamięci instytucjonalnej i jest dysfunkcjonalne dla całego państwa, którego szkieletem jest właśnie administracja publiczna. Ta administracja, którą rząd właśnie planuje dodatkowo przetrzebić masowymi zwolnieniami.
Z drugiej strony ministerstwa pozbawiane są podmiotowości. Stawia się na ich czele ludzi posłusznych, którzy albo intelektualnie nie są zdolni kreować polityki, albo też wolą się nie wychylać i tylko karnie realizować wytyczne z Nowogrodzkiej. Przykładem ostatnich lat jest MSZ pozbawiony jakiejkolwiek mocy sprawczej i twórczego kierownictwa.
Jeśli czeka nas na dniach rząd mniejszościowy, to pewne jest jedno – powyższe patologie zostaną wzmocnione, a dojenie Ojczyzny nabierze jeszcze większego tempa. Brak większości w parlamencie zarysuje bowiem perspektywę końca tej władzy, a zatem kto żyw będzie próbował się maksymalnie dorobić w jak najkrótszym czasie. Na państwowe stołki załapią się nawet piąte wody po kisielu.
Jeśli pragnienie synekur przeważy, Ziobro z Gowinem posypią głowy popiołem. A ich pretorianie będą tłumaczyć, że to „dla dobra Polski”. Jak bowiem wiemy, każdy polityk chce się utrzymać na stołku tylko z najszlachetniejszych pobudek. Cała reszta pozostanie bez zmian – zmierzamy gładko ku oligarchii.