Janina Małgorzata Mazurek. Protestuje przeciw mobbingowi w pracy przed gmachem Ministerstwa Sprawiedliwości
Janina Małgorzata Mazurek. Protestuje przeciw mobbingowi w pracy przed gmachem Ministerstwa Sprawiedliwości Fot. Krzysztof Majdan / naTemat.pl

Nowy sposób na protest? Przed Ministerstwem Sprawiedliwości stanął kolejny namiot. Urszula Rowińska, która prowadziła strajk głodowy w namiocie przed gmachem resortu, w końcu uzyskała "audiencję". Jej miejsce na chodniku zajęła kolejna protestująca – Janina Małgorzata Mazurek. Poznajcie jej historię.

REKLAMA
Urszula Rowińska koczowała w namiocie na chodniku przed Ministerstwem Sprawiedliwości od początku września. Nie jadła, przeżyć pomagali jej warszawiacy. Czekała. Jej zdaniem komornik, wyrzucając ją i jej męża z domu, postąpił niesprawiedliwie. Wczoraj doczekała się audiencji w ministerstwie. Jak twierdzi nasz informator, wróciła do rodzinnego Koszalina. Ministerstwo zobowiązało się przyjrzeć uważnie jej sprawie oraz domniemanym nieprawidłowościom w działaniach komornika. Do czasu rozstrzygnięcia tej sprawy może mieszkać w swoim domu.
Urszula Rowińska była osobą zamożną i straciła wszystko. Takich ludzi jest w Polsce więcej. Za jej przykładem poszła inna oburzona – Janina Małgorzata Mazurek z Rawicza. Mówi, że nie głoduje, bo ministerstwo nie jest tego warte. Pije wodę z pobliskiej fontanny i czeka na interwencję w swojej sprawie. Podczas rozmowy nie wydaje się być załamana czy zdemotywowana. Przeciwnie, walczy już 2 lata i ani myśli przestać.

Presja w pracy

Ta 51-letnia kobieta, z wykształcenia prawnik, przez 19 lat pracowała w sądzie rejonowym w Rawiczu. Była kierownikiem sekretariatu. Z pracy odeszła, gdyż doświadczyła mobbingu – jak nam powiedziała – zagrażającego jej życiu i zdrowiu. Janina Małgorzata Mazurek opowiada, że wszystko zaczęło się od zwrócenia uwagi ówczesnemu prezesowi sądu rejonowego sędziemu Dariuszowi Gibasiewiczowi. Jej zdaniem dopuścił się nadużyć w kwestii rozdzielania sędziom spraw. Wtedy jej sytuacja zaczęła się pogarszać.
– Jedna z moich podwładnych w sekretariacie zaczęła stosować wobec mnie mobbing. Gnębiła mnie, nie słuchała poleceń – mówi Janina Małgorzata Mazurek. Tłumaczy, że sędzia Gibasiewicz widział, co się dzieje. Wezwał ją do siebie i zapytał, czy ma dyscyplinarnie przenieść pracowniczkę, która dopuszczała się gnębienia. Janina Małgorzata Mazurek dodaje, że odmówiła tej propozycji, gdyż miała nadzieję, że sytuacja się polepszy. – Lecz w końcu nie wytrzymałam, poprosiłam sędziego, by ją przeniósł i tak się też stało. Na jej miejsce jednak przyszła Wioleta Ruszczyńska – opowiada pani Małgorzata. Dodaje, że Wioleta wcześniej była przenoszona z jednego wydziału do drugiego właśnie za gnębienie przełożonej.
Nowy kat
– Wioleta Ruszczyńska publicznie mnie znieważała, odmawiała wykonywania poleceń, nakazała stażystkom, by mnie ignorowały – relacjonuje pani Małgorzata. Zaznacza, że ta sytuacja trwała. Dodatkowo wpadła w długi. Samotnie mieszkała z 23-letnią córką. Jak przyznaje, ni z tego ni z owego bank zarządził radykalne spłacenie pożyczki w pięciu ratach po 500 złotych. To była zbyt duża kwota, by pogodzić ją z bieżącymi wydatkami.
– W pracy było coraz gorzej. Myślę sobie, że sędzia Gibasiewicz specjalnie ściągnął do naszego wydziału Ruszczyńską, by mnie wykończyła. A należy dodać, że nie znosił tej kobiety – opowiada Małgorzata Mazurek. Zapytana, czy ówczesny prezes sądu jest czarnym charakterem w tej historii odpowiada: – Działał w białych rękawiczkach, było mnóstwo sytuacji, kiedy tak manipulował ludźmi czy sytuacją, by mi zaszkodzić, w ten sposób dokonał na mnie egzekucji. Byłam na skraju załamania, krok od samobójstwa – mówi. Janina Małgorzata Mazurek dodaje, że współpracowniczki chciały wmanewrować ją w romans z sędzią Gibasiewiczem.
Odchodzę!
– W końcu nie wytrzymałam i postanowiłam odejść. Dariusz Gibasiewicz początkowo chciał mnie zatrzymać w pracy. W sumie złożyłam trzy wypowiedzenia. Pierwsze dwa podawały powód odejścia: mobbing. Zniszczył je. Przyjął dopiero trzecie, na którym nie było podanego powodu – mówi Janina Małgorzata Mazurek. Dodaje, że nie chciała tak zostawić tej sytuacji. Gdy odeszła, postanowiła walczyć z niesprawiedliwością. Złożyła doniesienie do prokuratury. – Nie wszczęto sprawy. Stwierdzono, że ani sędzia Dariusz Gibasiewicz ani pani Wioleta Ruszczyńska nie dopuścili się wykroczeń. Jaki sędzia skaże swojego kolegę? – pyta retorycznie Janana Małgorzata Mazurek.
Plakaty na mieście
Protestująca mówi, że w międzyczasie skończyła się kadencja prezesa Gibasiewicza, urzędowanie rozpoczął jego następca, sędzia Bartłomiej Snela. – W sprawie
Janina Małgorzata Mazurek
mieszka w namiocie pod Ministerstwem Sprawiedliwości

Sędzia Dariusz Gibasiewicz nie przyjął moich dwóch wypowiedzeń, w których opisałam mobbing. Przyjął dopiero trzeci dokument, w którym nie podałam przyczyn mojego odejścia. Wtedy stwierdził, że tak właśnie powinno wyglądać wypowiedzenie.

Gibasiewicza toczyło się utajnione postępowanie prokuratury – dodaje poszkodowana. Podczas rozmowy Janina Małgorzata Mazurek zwraca uwagę na to, że przez dwa lata prowadziła własne śledztwo. Zbierała materiały, przyjmowała ciosy, by być gotową do uderzenia w odpowiednim czasie. W końcu nadszedł. – Dotarłam do informacji, że Wioleta Ruszczyńska w młodości świadczyła usługi erotyczne za pieniądze. Odwiedziłam sąd, w którym pracowałam. Tam publicznie jej to powiedziałam. Nazwałam też sędziego Gibasiewicza "śmieciem" przy jego następcy Bartłomieju Sneli – relacjonuje Janina Małgorzata Mazurek.
Czy jest ktoś, kto nie zna prezesa?
Jak podaje "Życie Rawicza", poszkodowana prowadziła kampanię na własną rękę. W internecie i w mieście, po którym rozwieszała plakaty informujące o sposobie pracy tamtejszego sądu rejonowego. Teraz toczy się przeciw niej postępowanie o oplakatowanie miasta. Protestująca mówi mi, że ciągnie się w nieskończoność. – Każdy sędzia, któremu przypada ta sprawa, zrzeka się jej, bo znają sędziego Snelę. Po to właśnie protestuję w Warszawie. Mam nadzieję, że tu znajdę sędziego, który rozstrzygnie tę sprawę – mówi mi Janina Małgorzata Mazurek. Dodaje, że gdy w końcu pozna wynik rozprawy, ma zamiar wrócić do kwestii swoich prześladowców z pracy.

Czynsz za kawałek chodnika
Jakby tego było mało, grozi jej mandat od straży miejskiej. Nie ma pozwolenia na okupowanie tego skrawka chodnika. Jej znajomy złożył odpowiednie pismo do Zarządu Dróg Miejskich, lecz nie zostało ono rozpatrzone. – Póki co mieszkam na chodniku "nielegalnie" – śmieje się protestująca. Zaznacza, że pod ministerstwem będzie siedzieć do skutku, a jeśli zawiodą polskie metody dochodzenia swoich spraw, skieruje się ze swoim problemem do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Dodaje, że już zbiera konieczną dokumentację.
Zapytałem, czy będzie głosować w przyszłych wyborach na PO. Odpowiedziała, że nie. – Jestem osobą apolityczną, uważam, że politycy kłamią, nie ponoszą odpowiedzialności cywilnej i indywidualnej za swoje działania – kwituje. Popijając herbatę zalaną wodą z fontanny dodaje, że chce tylko sprawiedliwości. – Pragnę, by moja córka mogła spokojnie pracować, żeby jej szef nie doprowadzał jej na skraj wytrzymałości. Chcę skopać parę tyłków – dodaje z uśmiechem.