
– Wszystko odbywało się z zimnym profesjonalizmem. Nikt nie robił żadnych awantur, nie straszył. Byłem raczej przez 3,5 godziny konsekwentnie zniechęcany do tego – mówi Marcin Lewicki, prezes Press Club Polska, który, po zatrzymaniu dziennikarki Agaty Grzybowskiej próbował na komendzie na Wilczej złożyć zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Przyznaje też, że ostatnie zdarzenia z udziałem dziennikarzy budzą niepokój.
REKLAMA
Jak ocenia pan to, co działo się wczoraj?
Nie było mnie wczoraj na miejscu podczas protestu, więc opierałem się na relacji kolegów, fotoreporterów, którzy byli przy zatrzymaniu Agaty Grzybowskiej, i na filmach z tego zatrzymania.
Według tego, co widziałam i co usłyszałem, mogło dojść do sytuacji – podkreślam, mogło, bo nie rozstrzygam czy doszło, od tego są odpowiednio instytucje – w której policjanci, zatrzymując Agatę Grzybowską, dopuścili się przekroczenia uprawnień i naruszenia art. 44 prawa prasowego, czyli utrudnienia lub tłumienia krytyki prasowej. Dlatego właśnie zdecydowałem się złożyć w tej sprawie zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa.
Od razu pojechał pan na komendę?
Pojechałem na Wilczą, ponieważ skoro była tam Agata i policjanci, którzy ją zatrzymali, to, kierując się m.in. nadzieją, że będzie można od razu na miejscu wykonać odpowiednie czynności procesowe, chciałem złożyć zawiadomienie u źródła.
Z relacji Press Clubu na Twitterze wynika, że nie było tak łatwo to zawiadomienie złożyć.
Było bardzo trudno. Nikt wprost nie odmówił przyjęcia zawiadomienia, nic takiego się nie zdarzyło. Natomiast na zmianę byłem odsyłany do prokuratury albo na jutro, albo na inny termin, albo uprzedzano mnie, że będzie trzeba długo czekać. Jeden z policjantów dodał, że pewnie do rana, bo wszyscy są zajęci.
Odpowiedziałem, że mam dużo czasu i poczekam nawet do rana. Wszystko odbywało się z zimnym profesjonalizmem. Nikt nie robił żadnych awantur, nie straszył. Byłem raczej przez 3,5 godziny konsekwentnie zniechęcany do tego, aby to zawiadomienie złożyć.
Kiedy po godzinie 20 na miejscu pojawiła się pani dr Hanna Machińska, zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich, która przyjechała na komendę w sprawie zatrzymanych demonstrantów, i kiedy poinformowałem ją, że od kilku godzin próbuję uzyskać informację, kiedy zawiadomienie zostanie przyjęte, to wtedy w 15 minut znalazła się wolna policjantka.
Policjantka zaprosiła mnie do siebie do pokoju. Tam nastąpiła ostatnia próba odwiedzenia mnie od złożenia tego zawiadomienia, a raczej przekierowania do prokuratury.
Żeby było jasne, policja ma obowiązek przyjąć każde zawiadomienie, nawet składane ustnie. Może najwyżej później przesłać to do odpowiedniej instytucji, w tym przypadku do prokuratury. Wiedziałem więc, że działam na podstawie prawa i że takie zawiadomienie policja ma obowiązek przyjąć bez dyskusji. Kiedy więc wyjaśniliśmy sobie tę kwestię, zawiadomienie zostało przyjęte.
Rozmawiał pan z Agatą Grzybowską?
Nie. Fizycznie nie mieliśmy możliwości spotkania się. W czasie, kiedy czekałam w dyżurce komendy, nie mogąc wyjść – wiedziałem, że jak ją opuszczę, to już nie wejdę i policja będzie miała problem z głowy – wtedy z Agatą była jej prawniczka, a później Agata wyszła.
Czy w ostatnim czasie jest gorzej, jeśli mówimy o pracy dziennikarzy?
Zawiadomienie, które złożyłem wczoraj, nie jest oderwane od kontekstu zdarzeń, które miały miejsce w ostatnich tygodniach. Chodzi m.in. o to, co działo się 11 listopada, czyli postrzelenie fotoreportera i atak na dziennikarzy na stacji kolejowej Warszawa Stadion. Oni byli oznakowani, więc było wiadomo, że wykonują swoje obowiązki. To budzi ogromny niepokój.
Do tego dochodzi wczorajsza sytuacja z Agatą Grzybowską, którą pewnie oceni sąd, my nie rozstrzygamy, kto tu zawinił. To też kolejny sygnał dla nas, że źle się dzieje. Nie należy jednak zapominać o tym, że jest to efekt generalnie rosnących emocji i agresji.
Pamiętajmy też o operatorze TVP Info pobitym w Gdyni przez syna Ryszarda K., w czasie wykonywania obowiązków zawodowych, pamiętajmy, że również uczestnicy demonstracji atakowali operatorów Telewizji Polskiej.
Bardzo nas ta rosnąca agresja martwi, bo w pewnym momencie może dojść do nieszczęścia, którego nikt by nie chciał, ale im bardziej rozhuśtane są emocje, tym prawdopodobieństwo jest większe.
Insp. Mariusz Ciarka, rzecznik KGP, powiedział, że Agata Grzybowska nie była tylko "obiektywną dziennikarką", a właściwie, że sama przyznała się do tego w swoim oświadczeniu. "Nawet to oświadczenie jest dosyć emocjonalne i pokazuje, że ma ona sympatie po konkretnej stronie" – stwierdził w TOK Fm. Jakie to w ogóle ma znaczenie?
Żadnego. Od oceny dziennikarzy są ich odbiorcy, to po pierwsze. Po drugie są sądy, jeśli ktoś poczuje się dotknięty pracą dziennikarską, może złożyć pozew.
To jest rzecznik policji, więc przedstawia punkt widzenia policji. Ja mam przyjemność być w organizacji, która przedstawia punkt widzenia dziennikarzy. Nie będę oceniał poszczególnych wypowiedzi, zwłaszcza że mam wrażenie, że ostatnio wszyscy za dużo mówią i robi się z tego niezbyt przemyślany szum.
Serwisy społecznościowe przynoszą zdecydowanie więcej szkody niż pożytku, bo również tam tworzy się nieprawdopodobny szum informacyjny i trudno z niego wyłuskać rzeczy prawdziwe i wartościowe.
Pojawił się też film, na którym Agata Grzybowska wykonuje ruch nogą. Nie jestem w stanie ocenić czy było to kopnięcie, utrata równowagi, czy coś zupełnie innego. I mówię to absolutnie poważnie.
Popadamy ze skrajności w skrajność. Poczekajmy. Po to właśnie wszczyna się postępowania karne, cywilne, czy jakiekolwiek inne, aby sąd ocenił, do czego doszło i czy w ogóle doszło.
Jednak Agata Grzybowska była w pracy. Wykonywała swoje obowiązki zawodowe. Zanim została zatrzymana – choć pokazywała legitymację prasową – bo miała wykonać ten ruch nogą, doszło do szarpaniny z policjantami. Dziennikarka twierdzi, że została tak potraktowana za użycie flesza w aparacie, a zdaniem policji chciała celowo oślepić funkcjonariusza.
To jest zupełnie inna historia. Policjanci powinni się zdecydować albo zatrzymywali osobę ze względu na to, że ich zdaniem dopuściła się przestępstwa, albo zatrzymywali osobę – dziennikarkę. Rzeczywiście tłumaczenie, że nie wiedzieli, że jest dziennikarką, gdy pokazywała im legitymację z odległości kilkunastu centymetrów, jest naiwne.
Jak rozumiem, tutaj jednak nie chodziło o to, czy jest to dziennikarka, czy nie. Tylko o to, że podobno miała się dopuścić naruszenia nietykalności cielesnej policjanta. Mówię podobno, bo ona się nie przyznaje. Policja ma swoją wersję, a Agata Grzybowska ma swoją wersję. Jak było naprawdę, to pewnie rozstrzygnie sąd.
Słyszał pan wypowiedź, wicerzecznika PiS Radosława Fogla, który powiedział: "Na przykład zastanawia mnie, czemu pani redaktor uczestnicząca w tej demonstracji ubrana była w sposób zgodny ze wszystkimi wytycznymi dla uczestników tej demonstracji?".
Nie będę się odnosił do tego, co mówi pan Radosław Fogiel. Dziennikarz wykonujący swoje obowiązki musi legitymować się stosownym dokumentem. Tym dokumentem jest legitymacja prasowa. Może być ubrany w czarny dres, strój kąpielowy, albo suknię balową, nie ma to kompletnie żadnego znaczenia. I tyle.
Czytaj także:
