11-latek został zabrany ze szkoły. Nauczyciele i dyrekcja nie protestowali.
11-latek został zabrany ze szkoły. Nauczyciele i dyrekcja nie protestowali. Fot. Pixabay

– Kiedy usłyszałam o historii tego chłopca, to wszystko wróciło. Wróciły przeżycia, które przez wiele lat ciążyły na naszej rodzinie – mówi Urszula, siostra Sebastiana, 11-latka, którego SB zabrało ze szkoły prosto na przesłuchanie. Wspomnienia sprzed 35 lat odżyły, gdy nasza rozmówczyni usłyszała o tym, co spotkało 14-letniego Maćka z Krapkowic.

REKLAMA
14-letni Maciek udostępnił w sieci wpis dotyczący Strajku Kobiet. Była to zapowiedź lokalnego marszu w obronie praw kobiet i przeciwko polityce PiS. W efekcie do drzwi jego mieszkania zapukali policjanci. – Usłyszałem, że przyszli w związku z moją aktywnością na Facebooku, a dokładnie tym, że udostępniłem dalej post dotyczący "krapkowickiego spaceru" – wyjaśniał w rozmowie z "Nową Trybuną Opolską".
Funkcjonariusze oświadczyli mamie chłopca, że jeśli ten pojawi się na zapowiadanym proteście, zostanie uznany za jego organizatora, a ponieważ było to nielegalne zgromadzenie, 14-latkowi mogło grozić 8 lat więzienia i grzywna. O sprawie policja powiadomiła szkołę, gdzie złożono także skargę na ucznia.
– Historia zatoczyła koło. Kiedy usłyszałam o historii tego chłopca, to wszystko wróciło. Wróciły przeżycia, które przez wiele lat ciążyły na naszej rodzinie. Oczywiście najtrudniejsze było to dla mojego brata, a raczej braciszka, ponieważ, gdy to się stało on chodził do 5 klasy, a ja byłam już dorosłą osobą, mężatką – zaznacza Urszula, dziennikarka i siostra bohatera zdarzeń sprzed trzydziestu pięciu lat.
Zdarzeń, o których mówiło Radio Wolna Europa, o których pisały gazety. Głos w tej sprawie zabrał też rzecznik ówczesnego rządu Jerzy Urban.
Urszula

Sprawa wyglądała tak, że dziś możemy mówić, że był to niewinny żart ze strony dwóch chłopców. Żart, który przerodził się w wielką aferę polityczną, zakończoną sądem dla nieletnich.

Busko-Zdrój. Marzec 1985 rok

Pytali o datę urodzenia, imię ojca, imię matki, adres zamieszkania. Były też groźby. Właściwie wyglądało to jak klasyczne przesłuchanie w latach 80. Z tą różnicą, że przesłuchiwaną osobą był 11–letni chłopiec.
Dramat ten zapoczątkował wybryk dwóch chłopców. Dzień wcześniej Sebastian i jego o rok starszy kolega zaraz po szkole przyszli do domu rodziców Sebastiana. Nudzili się, więc postanowili zadzwonić do dwóch nauczycielek. Kiedy te podniosły słuchawkę, usłyszały, że są skazane na Sybir. Ważny w tej sprawie jest fakt, że jedna z nich była szefową komórki PZPR.
– Nauczycielka zachowała trzeźwość umysłu i czujność rewolucyjną, zapytała: "A z jakiego telefonu chłopcy dzwonicie?". Kolega brata odczytał numer telefonu - dawniej telefony miały specjalne okienko, a w nim karteczkę z 4-cyfrowym numerem. Sebastian się przestraszył, wyrwał słuchawkę i powiedział: "Ale to nie ja dzwonię" i tu padło nazwisko tamtego chłopca – opowiada nasza rozmówczyni.
Tę część historii Urszula zna z opowieści, ale bardziej mamy niż brata. On przez dłuższy czas nie chciał wracać do szczegółów tamtych wydarzeń. Wracając jednak do telefonu... Po takiej wymianie zdań z dziećmi nauczycielka miała już wiedzę, którą oczywiście wykorzystała. Powiadomiła odpowiednie służby, milicję lub bezpośrednio SB.
logo
Fot. archiwum prywatne

Z lekcji do siedziby SB

Starszy chłopiec następnego dnia nie pojawił się w szkole. Sebastian i owszem. Jednak nikomu się nie przyznał do tego, co się stało. – Nikt nie wiedział, co przeskrobali. Z lekcji wyprowadzili go panowie w cywilu. Wszystko działo się za zgodą nauczycielki i pewnie dyrekcji szkoły. Wprowadzili go na przesłuchanie do komendy milicji – wspomina Urszula.
Komenda milicji była też siedzibą SB. Dziecko spędziło tam dobrych kilka godzin. Ani matka, ani ojciec chłopca nie zostali o niczym powiadomieni. – Kiedy mama wróciła do domu, to zastała go z gromnicą, książeczką do nabożeństwa i różańcem, ale nie było z nim kontaktu - woskowa twarz. Nie był w stanie wydobyć z siebie głosu, dlatego wezwała pogotowie – wraca wspomnieniami do tamtych chwil siostra wtedy 11-latka.
Później pomocy musiał udzielić też psychiatra. Mama Sebastiana kroki skierowała także do szkoły. Nie od razu, bo najpierw walczyła, aby przywrócić chłopca do żywych. Poprosiła, żeby następnym razem nie wydawać dziecka obcym ludziom bez jej wiedzy. Powiedziała, że sobie tego nie życzy. Rozmawiała z nauczycielką i z dyrektorką szkoły. Wszystko jest zapisane w dokumentach, bo część z nich zachowała się do dzisiaj.
Po wizycie w placówce mama uspokoiła chłopca, że nikt go ze stamtąd już nie wyprowadzi, a jeśli ktoś próbowałby to zrobić, ma się temu stanowczo sprzeciwić. Do tego czasu Sebastian nie brał udziału w lekcjach, trwało to jakieś dwa tygodnie. Miał lęki. Na samą myśl o szkole wymiotował.
– Wrócił do szkoły i scenariusz się powtórzył. Panowie przyszli, a on powiedział, że z nimi nie pójdzie, że mama go tak poinstruowała. Wtedy usłyszał taką odpowiedź: "Ty mały sk***, jak nie pójdziesz po dobroci, to przyjdą tu mundurowi i skują cię w kajdanki". Znowu był przesłuchiwany, znowu szkoła nic nie zrobiła, żeby go uchronić, a przecież taka chyba jest jej rola – zaznacza Urszula.
Podczas przesłuchania dziecku grożono. Słyszał, że dostanie wilczy bilet i nie będzie mógł wrócić do szkoły, że grozi mu poprawczak, że rodzice będą mieli kłopoty i że odbiorą im telefon – wtedy dobro luksusowe. Telefon, który stał się przyczyną całego nieszczęścia.
Urszula

Mama wróciła do domu, a Sebastian znowu był w rozsypce. Poszła więc na jakąś radę pedagogiczną i złożyła w szkole pisemne zastrzeżenie. Później poszła z awanturą do szefa SB.

Była bardzo waleczna i się nie przestraszyła. Była gotowa tam szyby powybijać, ale ją przyjęli. Ów szef zapewnił ją, że wszystko działo się tak, jak należy, że pan który przesłuchiwał mojego brata miał wykształcenie pedagogicznie, a do tego przy wszystkim obecny był inspektor oświaty.

Zapewnienia szefa SB okazały się kłamstwem. Inspektor Oświaty zaprzeczył, że uczestniczył w przesłuchaniu. Nie chciał jednak zaświadczyć o tym na piśmie. Zbliżał się już do emerytury, więc obawiał się, że po czymś takim na pewno by go wykończyli, złamaliby mu karierę.
logo
Fot. archiwum prywatne

Sprawa w eterze

– Mama była bezradna w tym wszystkim. Nie umiała znaleźć drogi do wyjścia, ale opowiadała o tym na prawo i lewo. Któregoś dnia zjawił się u niej dziennikarz tygodnika "Niedziela", pierwszego katolickiego pisma, które można było kupić w kiosku. Uznał, że opisze historię, bo jest wstrząsająca. Nie gwarantował jednak, że artykuł się ukaże, bo działała cenzura. Oczywiście nie ukazał się... – zaznacza Urszula.
Kiedyś z wypiekami na twarzy do jej mamy przybiegła sąsiadka, która powiedziała, że o Sebastianie mówią w Radiu Wolna Europa. – Zrobiło się duże poruszenie, nawet jakiś list poparcia przyszedł ze Stanów Zjednoczonych. Sebastian o niczym nie wiedział, bo staraliśmy się go przed tym chronić. Był tak znerwicowany, że ilekroć ktoś obcy wchodził do klatki schodowej, to barykadował się w swoim pokoju – mówi rozmówczyni naTemat.
Urszula

Sprawa była na tyle bulwersująca, że zainteresował się nią mec. Andrzej Rozmarynowicz - adwokat, który non profit świadczył pomoc prześladowanym przez komunistyczny reżim. Był między innymi pełnomocnikiem rodziny zamordowanego Stanisława Pyjasa.

Pomógł nam tu były szef mojego męża - harcmistrz Ryszard Wcisło - człowiek niezwykle prawy i szlachetny, no i oczywiście działacz opozycji. Mecenas uważał, że powinniśmy wystąpić do sądu, mama jednak się na to nie zdecydowała. Bała się, że Sebastian może nie udżwignąć opowiadania o tym co przeżył.

W międzyczasie szef SB awansował. Z Buska-Zdroju przeniesiono go do Kielc. Jednak sprawa była wykorzystana przez komunistyczną propagandę. Zajął się nią m.in. rzecznik prasowy ówczesnego rządu Jerzy Urban. Podczas jednej z cotygodniowych konferencji prasowych zrelacjonował, że w Busku-Zdroju wykryto organizację profaszystowską, złożoną z uczniów tamtejszych szkół. Uczniów, którzy terroryzowali miasto, rozwalali stodoły i bili dzieci ze wsi.
Fragment artykułu z "Gazety Krakowskiej"
11 września 1985

"Podniesiono wrzawę, że organa dręczą dzieci przesłuchaniami. Jerzy Urban podał, że sprawa dotyczy kilkunastu wyrostków z czterech szkół w Busku-Zdroju, którzy założyli organizację o zabarwieniu profaszystowskim. Jej celem było malowanie swastyk w miejscach publicznych, demonstracyjne noszenie opasek ze swastykami, bicie nieletnich pochodzących z rodzin chłopskich, niszczenie mienia, grożenie nauczycielom przez telefon.

Znaleziono mundury milicyjne i strażackie przefarbowane na czarno dla upodobnienia do mundurów SS, hełmy ze swastykami (…) Grupa nazywała się 'Nienawiść - Tajna Anarchia'".

logo
– Proces odbył się w sądzie dla nieletnich. Na szczęście mądra pani sędzia nie wzywała dzieci na tę rozprawę i orzekła, ze rokują poprawę. Zaleciła zwiększony nadzór rodziców i szkoły nad Sebastianem. Sebastian był oczywiście zrujnowany psychicznie. Kiedy już mówił, kiedy był w stanie to robić, wspomniał, że podczas przesłuchań pytano także o to, czego uczą go na religii. Padło również nazwisko katechety... – słyszę od Urszuli. Kobieta przypomina, że mówimy o 1985 roku, czyli o czasie, w którym bardzo aktywny był Departament IV zwalczający Kościół.
– Cała ta sprawa wyjęła z życiorysu naszej rodziny kilkanaście miesięcy. Do dziś nie mogę o tym spokojnie mówić. Myślałam, że coś takiego nigdy więcej się nie powtórzy, że nie jest to możliwe, a później usłyszałam o tym 14-latku... Po co były te ofiary, bunty, protesty w tamtych czasach? Ludzie płacili życiem za to, żeby innym mogli żyć w innej rzeczywistości. Po co to? Żeby teraz wróciło? Nie uczymy się na błędach, nie mamy pamięci historycznej. Zwłaszcza ci, którzy chcą sprawować władzę – mówi siostra Sebastiana.
Dodaje jednak, że nadzieją napawa ją fakt, że dziś bardzo prawdziwe jest hasło: "Nigdy nie będziesz szła sama". Widzi, że osoby, którym dzieje się coś złego, mogą liczyć na wsparcie, że media nagłaśniają takie przypadki. – Świat szybko dowiaduje się, że zdarzyło się takie draństwo, a myśmy wtedy byli z tym sami – podsumowuje Urszula.
Urszula

Ciągle się zastanawiam, o co chodziło tym nauczycielkom i co miały w głowach. Właściwie to im należał się proces. To one wydały dziecko w ręce obcych i naraziły je na szwank. Z Sebastianem przez wiele lat na ten temat nie rozmawiałam, bo przez wiele lat nie dało się z nim o tym rozmawiać. To było straszne przeżycie dla nas wszystkich.