
– Kiedy usłyszałam o historii tego chłopca, to wszystko wróciło. Wróciły przeżycia, które przez wiele lat ciążyły na naszej rodzinie – mówi Urszula, siostra Sebastiana, 11-latka, którego SB zabrało ze szkoły prosto na przesłuchanie. Wspomnienia sprzed 35 lat odżyły, gdy nasza rozmówczyni usłyszała o tym, co spotkało 14-letniego Maćka z Krapkowic.
Sprawa wyglądała tak, że dziś możemy mówić, że był to niewinny żart ze strony dwóch chłopców. Żart, który przerodził się w wielką aferę polityczną, zakończoną sądem dla nieletnich.
Busko-Zdrój. Marzec 1985 rok
Pytali o datę urodzenia, imię ojca, imię matki, adres zamieszkania. Były też groźby. Właściwie wyglądało to jak klasyczne przesłuchanie w latach 80. Z tą różnicą, że przesłuchiwaną osobą był 11–letni chłopiec.Z lekcji do siedziby SB
Starszy chłopiec następnego dnia nie pojawił się w szkole. Sebastian i owszem. Jednak nikomu się nie przyznał do tego, co się stało. – Nikt nie wiedział, co przeskrobali. Z lekcji wyprowadzili go panowie w cywilu. Wszystko działo się za zgodą nauczycielki i pewnie dyrekcji szkoły. Wprowadzili go na przesłuchanie do komendy milicji – wspomina Urszula.Mama wróciła do domu, a Sebastian znowu był w rozsypce. Poszła więc na jakąś radę pedagogiczną i złożyła w szkole pisemne zastrzeżenie. Później poszła z awanturą do szefa SB.
Była bardzo waleczna i się nie przestraszyła. Była gotowa tam szyby powybijać, ale ją przyjęli. Ów szef zapewnił ją, że wszystko działo się tak, jak należy, że pan który przesłuchiwał mojego brata miał wykształcenie pedagogicznie, a do tego przy wszystkim obecny był inspektor oświaty.
Sprawa w eterze
– Mama była bezradna w tym wszystkim. Nie umiała znaleźć drogi do wyjścia, ale opowiadała o tym na prawo i lewo. Któregoś dnia zjawił się u niej dziennikarz tygodnika "Niedziela", pierwszego katolickiego pisma, które można było kupić w kiosku. Uznał, że opisze historię, bo jest wstrząsająca. Nie gwarantował jednak, że artykuł się ukaże, bo działała cenzura. Oczywiście nie ukazał się... – zaznacza Urszula.Sprawa była na tyle bulwersująca, że zainteresował się nią mec. Andrzej Rozmarynowicz - adwokat, który non profit świadczył pomoc prześladowanym przez komunistyczny reżim. Był między innymi pełnomocnikiem rodziny zamordowanego Stanisława Pyjasa.
Pomógł nam tu były szef mojego męża - harcmistrz Ryszard Wcisło - człowiek niezwykle prawy i szlachetny, no i oczywiście działacz opozycji. Mecenas uważał, że powinniśmy wystąpić do sądu, mama jednak się na to nie zdecydowała. Bała się, że Sebastian może nie udżwignąć opowiadania o tym co przeżył.
"Podniesiono wrzawę, że organa dręczą dzieci przesłuchaniami. Jerzy Urban podał, że sprawa dotyczy kilkunastu wyrostków z czterech szkół w Busku-Zdroju, którzy założyli organizację o zabarwieniu profaszystowskim. Jej celem było malowanie swastyk w miejscach publicznych, demonstracyjne noszenie opasek ze swastykami, bicie nieletnich pochodzących z rodzin chłopskich, niszczenie mienia, grożenie nauczycielom przez telefon.
Znaleziono mundury milicyjne i strażackie przefarbowane na czarno dla upodobnienia do mundurów SS, hełmy ze swastykami (…) Grupa nazywała się 'Nienawiść - Tajna Anarchia'".
Ciągle się zastanawiam, o co chodziło tym nauczycielkom i co miały w głowach. Właściwie to im należał się proces. To one wydały dziecko w ręce obcych i naraziły je na szwank. Z Sebastianem przez wiele lat na ten temat nie rozmawiałam, bo przez wiele lat nie dało się z nim o tym rozmawiać. To było straszne przeżycie dla nas wszystkich.
