Jak wygląda leczenie w Szpitalu Narodowym?
Jak wygląda leczenie w Szpitalu Narodowym? Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Te rozmowy dowodzą, że de facto nie jest to szpital, lecz propagandowa hucpa. Renata Kim w "Newsweeku" opisuje, jak wygląda leczenie w szpitalu tymczasowym na Stadionie Narodowym w Warszawie.

REKLAMA

Leczenie na Narodowym

Kiedy tymczasowy szpital na Stadionie Narodowym ruszał na początku listopada, zapowiadano, że przyjmie 1200 covidowych pacjentów – przypomina tygodnik. Rzeczywistość wygląda zgoła inaczej.
Za grube miliony urządzono propagandową pokazówkę. Kancelaria Premiera raz po raz z dumą obwieszczała każdy kolejny etap prac nad uruchomieniem szpitala. Wyliczano, ile kilometrów przewodów elektrycznych położono, ile kilometrów rur miedzianych do tlenu zamontowano. W stadionowych pomieszczeniach ustawiono 300 łóżek, w tym 45 stanowisk intensywnej terapii. I co? I w większości świecą pustkami.
Kryteria przyjęć pacjentów są bardzo wyśrubowane. W efekcie na SOR-ach innych szpitali w Warszawie jest nadal tłok, a na Narodowym cisza i spokój. Lekarze przyznają, że raz po raz dzwonią tam z prośbą o przyjęcie pacjenta, dla którego w ich placówce nie ma miejsca. Właściwie zawsze spotykają się z odmową.

Jesteśmy wszyscy bardzo źli na Szpital Narodowy, umieszczenie tam pacjenta graniczy z cudem. Jeśli ma niewyrównaną cukrzycę – nie wezmą, zaburzenia gazometryczne – nie wezmą. Próbowałem przenieść tam chorego, bo u nas nie było miejsca, ale po półgodzinnej rozmowie telefonicznej dostałem odmowę. A pracujący tam kolega radiolog narzeka, że nie ma komu robić badań, bo pacjentów jest tak mało. Śmiejemy się gorzko, że chory musi być zdrowy, żeby tam trafić.

Wbrew zapewnieniom władz w szpitalach na Mazowszu nie ma wolnych miejsc, wręcz przeciwnie, placówki są przepełnione. A Narodowy nie przyjmuje.


Trudno w tym odnaleźć sens i logikę. Także wśród pacjentów, którzy spełnili kryteria i trafili na Narodowy. Oni przyznają, że mogą tam liczyć na opiekę wyśmienitą. Personel lekarski to w zdecydowanej większości młodzi rezydenci, którzy z poświęceniem zajmują się chorymi.

Chorzy na Narodowym

"Newsweekowi" udało się skontaktować z 50-letnim panem Tomaszem. Gdy trafił na Narodowy, był jednym z 20 pacjentów. Teraz zajętych łóżek jest nieco więcej, około 35. Jedyne, na co może narzekać, to na ciągły hałas. I brak jakiejkolwiek intymności, bo wszyscy leżą obok siebie, bez przedzielenia choćby parawanami.
– Wiem wszystko o dolegliwościach kilkunastu osób z sąsiedztwa, bo leżymy blisko siebie, bez żadnych parawanów. Wszyscy w dwóch boksach, po 16 łóżek. Spać można tylko na boku albo na brzuchu, więc siłą rzeczy patrzysz na sąsiada, który cierpi bardziej lub mniej niż ty. Ewentualnie chrapie – opowiada pan Tomasz.
Mężczyzna trafił na Narodowy z SOR-u szpitala przy Lindleya z rozpoznaniem obustronnego zapalenia płuc. Na miejscu czekał na niego cały sztab medyków. I tak pozostało.

Opieka jest znakomita. O cokolwiek poproszę, dostaję. (...) I wszystko z uśmiechem, serdecznie. To młody personel, prawie sami rezydenci, wielu z nich już przeszło COVID, niektórzy nawet dwa razy. Podziwiam ich. Chcą nas leczyć, ale nie mają wpływu na to, ilu pacjentów dostaną. Chcieliby więcej, bo wiedzą, że mają tu warunki do leczenia. Szkoda, że ktoś to blokuje. Dla nas, pacjentów, to dobrze, ale inni ludzie niepotrzebnie cierpią.

Czytaj także:
Po tym, jak wyciekły informacje, w jakich warunkach odbywa się leczenie w Szpitalu Narodowym, postanowiono nieco poluzować kryteria przyjmowania chorych. Wykreślono m.in. warunek, że chory nie może mieć zapalenia płuc.
logo
Więcej na ten temat w najnowszym wydaniu tygodnika "Newsweek".