
Prokurator miał przy sobie już nie tylko formularze, ale też jakieś zdjęcia i pytał m.in. o znaki szczególne, o rzeczy, które ten człowiek mógł mieć przy sobie. CZYTAJ WIĘCEJ
Ze słów zakonnicy wynika, że identyfikacja ofiar katastrofy smoleńskiej opierała się głównie na pytaniach o rzeczy osobiste i pamiątki znalezionych bezpośrednio przy ofiarach. Niektóre ciała były tak zmasakrowane, że rozpoznanie było możliwe tylko właśnie dzięki np. dokumentom, które jakimś cudem się uchowały. Zdarzały się także przypadki, gdy rodzina bez żadnych wątpliwości rozpoznawała swojego bliskiego.
Czytaj: Ewa Kopacz: Nie byłam przy identyfikacji Anny Walentynowicz. Nie mam problemu ze słowem przepraszam
Co prawda prokuratorzy pytali o znaki szczególne i z tego wynikało, że coś na tym jednym odkrytym fragmencie [krewnemu pokazano tylko łokieć - red.] ciała potwierdza tożsamość ofiary. A jednak pewności nie było. CZYTAJ WIĘCEJ
W pierwszych dniach zidentyfikowano około 40 ciał, potem prokuratorzy poinformowali, że rozpoczyna się "długa i trudna identyfikacja", wiele ciał było rozczłonkowanych.
Widziałam ja wkładali ciała do tych trumien, które miały iść do Polski. Były w foliowych workach. Raz było wyraźnie więcej szczątków, a raz mniej. CZYTAJ WIĘCEJ
Zobacz: Prokuratura po ekshumacji Anny Walentynowicz potwierdza: Zamieniono ciała ofiar katastrofy smoleńskiej
Do tej pory wykonano pięć ekshumacji, ale wojskowi śledczy przyznają się, że będą konieczne kolejne cztery. "Rzeczpospolita" nieoficjalnie dowiedziała się, że wątpliwości jest jeszcze więcej, a ostateczna liczba ekshumacji może sięgać nawet piętnastu.