Zdjęcie poglądowe
Zdjęcie poglądowe Fot. Shutterstock.com

Może to naiwność, ale sądziłam, że nic gorszego niż 2020 rok nie może nam się już przytrafić. Z nowym rokiem wszystko miało się odmienić jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Szczepionki miały przecież przegonić wirusa. Ale po trzech miesiącach tego roku wiem, że jest jeszcze gorzej. I nie ma widoków na lepsze.

REKLAMA
Wiosną 2020 roku, siedząc na balkonie, bo nie można było ruszyć się nawet do parku czy lasu, myślałam sobie: "spokojnie, do lipca wszystko się skończy". Następna Wielkanoc będzie normalna – jajkiem nie będziemy dzielić się przez szklany ekran monitora.
Tęskniłam za rodziną i przyjaciółmi, tęskniłam nawet za... pracą z biura. Za normalnym wyjściem na spacer, zakupami, za wakacjami, a nawet za podróżami tramwajem. Tęskniłam za normalnością. Byłam pewna, że to tymczasowe, chwilowe, przejściowe.
Miałam w sobie pewnego rodzaju pokorę i spokój: jeszcze trochę się przemęczymy, odsiedzimy swoje w domach i ten pandemiczny koszmar się skończy. Ściągniemy maseczki, wyleczymy dłonie wysuszone od spirytusu i rzucimy się w ramiona bliskich. Zaczniemy żyć normalnie.
Wyjedziemy daleko, wyjdziemy do knajp, pójdziemy na koncert. Napijemy się wina, zapomnimy o tym wszystkim. I wreszcie będziemy mogli porzucić maseczki, płyny odkażające i myśl, że przyjaciel może cię zakazić.
Myślałam, że w grudniu na dobre pogrzebiemy w pamięci ten nieszczęsny 2020 rok. Nie sądziłam, że będziemy grzebać bliskich, których pokonał COVID-19. Nowy rok miał być jak nowe otwarcie. Oczekiwałam na niego nawet nie z nadzieją, ale z pewności, że "cały ten koszmar się skończy".
Minęło dokładnie 12 miesięcy. Przed nami kolejna Wielkanoc. I to taka sama albo i gorsza niż zeszłoroczna (zakażeń dużo więcej, sytuacja w szpitalach tragiczna). Mam wielu przyjaciół, którzy nie mają już dokąd wyjechać, nie mają już z kim celebrować tych świąt. W Wielkanoc będą wspominać tych, którzy odeszli na Boże Narodzenie.
Wielu bliskich, którzy od roku siedzą w wynajmowanym mieszkaniu i jedynym ich marzeniem było spotkanie z rodziną, znów tego nie zrobi. Przyjaciel, którego ojciec zachorował na białaczkę (i nie widzieli się od 1,5 roku), modli się, by go wreszcie zobaczyć. Boi się, że nie zdąży, że będzie za późno. Trzy razy anulowali mu bilety z Londynu.
Koleżanki w ciąży boją się o siebie, bo kto i czym w razie zakażenia będzie je leczył? Przecież one też przy wielkanocnym stole mogą zakazić się od dziadka. A koronawirus jest chorobą sprawiedliwą – nie odpuszcza też 30, 40-latkom.
Niektórzy wybierają samotność i w te święta. Wcześniej połączą się online z terapeutą i przegadają, jak bardzo im z tym źle. I będą odpychać myśli, że 2021 rok będzie inny, że ludzie przestaną umierać, przedsiębiorcy plajtować. Że w maju – jak zapewniał profesor Horban – bez stresu usiądziemy w restauracyjnych ogródkach.
Powoli dociera do mnie coś, o czym nikt nam otwarcie nie powiedział: dotychczas znany nam świat runął, skończył się, pandemia zostanie z nami na kolejne lata. Musimy się do tego przygotować i nie wyczekiwać, że za pół roku będzie lepiej. Bo nie będzie. To długi proces: a sceptycyzm Polaków co do szczepień nie daje dobrych widoków na przyszłość.
Ale powtarzam sobie cały czas w myślach: wszystko kiedyś mija, nawet najdłuższa żmija.