Książki skrojone z blogów, czyli wędrówka słów z sieci na papier

Fragmenty okładek książek blogerów. "Kto wyłączy mój mózg?" Joanny Opiat-Bojarskiej, "Blog osławiony między niewiastami" Artura Andrusa, "Jędrne kaktusy" Wawrzyńca Pruskyego i "Dziennik ciężarowca" Tomasza Kwaśniewskiego
Fragmenty okładek książek blogerów. "Kto wyłączy mój mózg?" Joanny Opiat-Bojarskiej, "Blog osławiony między niewiastami" Artura Andrusa, "Jędrne kaktusy" Wawrzyńca Pruskyego i "Dziennik ciężarowca" Tomasza Kwaśniewskiego
– Jak mi ktoś powiedział: teraz jesteś pisarzem, to się uśmiałem – wspomina Paweł Klimczak, bloger roku 2005. Jego publikacje „Jędrne kaktusy” i „Ballada o chaosiku” były jednymi z pierwszych książek w Polsce, które powstały na podstawie bloga. Udowodniły, że czytelnicy chętnie zapłacą za coś, co jest też za darmo dostępne w internecie. Po nim z sieci do księgarń przenieśli się autorzy kilkudziesięciu stron, a także znani felietoniści, dla których notki na blogach stały się równie ważne, co cotygodniowe kolumny w gazetach.

Joanna Opiat-Bojarska zadebiutowała książką opartą o bloga – zapis walki z ciężką chorobą. Paweł Klimczak, w sieci znany jako Wawrzyniec Prusky, debiutował dwoma zbiorami notek o swojej najbliższej rodzinie. Tomasz Kwaśniewski blogerem został przypadkiem, kiedy zaczął opisywać oczekiwanie na narodziny swojego pierwszego dziecka. Bestsellerowy „Dziennik ciężarowca” to niemal literalnie przeniesione na papier notatki z internetowego pamiętnika. Artur Andrus, znany satyryk, zebrał i wydał wpisy ze swojego bloga, bo uznał, że publicystyka w serwisie wp.pl jest warta tyle samo, co dla dobrego tygodnika. Ciekawy blog coraz częściej może być biletem wstępu na półki w topowych księgarniach.

Czekając na odzew
Wawrzyniec Prusky (wawrzyniecprusky.blog.onet.pl) był pionierem. Podbił raczkującą blogosferę krótkimi historiami o sobie, MŻonce, Dziedzicu i Potomce oraz ich dziadkach. Humorystyczne, autobiograficzne opowiastki z życia rodziny autora zaprowadziły go do zwycięstwa w konkursie Blog Roku 2005 i otworzyły drogę na łamy najbardziej poczytnych polskich pism. Prusky, a w realu Paweł Klimczak na tym jednak nie poprzestał. – Wiele osób mówiło mi wtedy, że drukuje swoje blogi dla rodziców czy dziadków, żeby ci też mogli je przeczytać. Dzięki nim wpadłem na pomysł, by moje notki z bloga zebrać i porozsyłać do wydawnictw – wspomina.

Chwyciło. Po trzech miesiącach Klimczak dostał od wydawnictwa Zysk i S-ka odpowiedź, że jego blogowe historyjki nadają się na książkę. I tak powstały „Jędrne kaktusy”. Po kolejne części bloga zgłosiło się wydawnictwo Grashopper. Zostały wydane w 2009 roku pod tytułem „Ballada o chaosiku”.


Podobną drogę przeszła Joanna Opiat-Bojarska. Kiedy udało jej się wygrać z rzadkim schorzeniem, syndromem Guillaina-Barrégo, swoje obserwacje dotyczące choroby zaczęła spisywać na blogu. – Odzew, z jakim się spotkałam pozwolił mi uwierzyć, że ktoś mnie czyta, że ludzi interesuje to, co mam do powiedzenia – mówi i przyznaje, że wtedy pojawiła się pokusa, by wydać wspomnienia drukiem. W przeciwieństwie do Klimczaka nie zebrała jednak zapisków z bloga, ale postanowiła oprzeć na nich pisaną przez siebie książkę. – Choć mój blog (gbsczyja.onet.pl) był wtedy popularny, nie odezwał się do mnie żaden headhunter – żartuje. – Kiedy już skończyłam pisać, rozesłałam książkę do kilku wydawnictw i czekałam na odzew. Choć dla mnie ten czas był wiecznością, później dowiedziałam się, że miałam szczęście, bo zwykle trwa to nie trzy miesiące, jak w moim przypadku, a nawet do roku. A w większości przypadków wydawnictwa w ogóle nie odpowiadają. Podobno więcej osób chce teraz pisać, niż czytać – mówi.

Praca u podstaw
Czas pracy nad przygotowaniem książki zależy przede wszystkim od blogera. Paweł Klimczak materiały opracowywał kilka tygodni. – Gdybym chciał przerabiać wszystko na powieść, zajęłoby to mnóstwo czasu. Zdecydowałem się więc jedynie na niewielką redakcję notek. Poprawiłem oczywiste, rażące błędy, wyciąłem niektóre fragmenty. Dodałem oś fabularną – wspomina.

Podobnie było w przypadku Tomasza Kwaśniewskiego, który przez kilka miesięcy podbijał internet pod blogowym pseudonimem Paweł Grodzki (dziennikciezarowca.blox.pl). Dziennikarz „Dużego Formatu” przyznaje, że blogerem stał się trochę z przypadku, kiedy oczekiwał narodzin córki. – Chciałem zapisywać zdarzenia w swoim notatniku i publikować fragmenty w „Wysokich Obcasach”. Ale redakcja postawiła warunek: masz założyć bloga – mówi Tomasz Kwaśniewski. Kiedy okazało się, że dziennik może ukazać się drukiem, został niemal żywcem przeniesiony na papier.

Joanna Opiat-Bojarska pisała natomiast książkę bazującą na treści swojego bloga przez pół roku. – Jestem bardzo uporządkowana, skończyłam studia ekonomiczne. Zrobiłam więc sobie ścisły plan i dłubałam co dwa, trzy dni, wieczorem, kiedy dziecko szło spać – mówi w rozmowie z naTemat.

Sama praca autora, to jednak dopiero początek starań o wydanie książki. – Kiedy dowiedziałam się, że Zysk i s-ka wyda moją książkę, przeżyłam prawdziwą eksplozję radości… Później musiałam uspokoić emocje, bo cały proces wydawniczy trwał około 10 miesięcy – dodaje Opiat-Bojarska. Tyle zabierają negocjacje i podpisanie umowy, redakcja tekstu, ustalanie okładki, zbieranie recenzji, które pojawią się na okładce i sam druk. – To trwało tak długo, że zdążyłam napisać kolejną książkę – śmieje się autorka.

Parcie na wynik
Blogerzy, którym udało się wydać swoje notatniki przekonują, że dla debiutującego autora pierwsza książka wcale nie oznacza jednak jeszcze ani wielkiej kariery, ani wielkich zysków. – Mi też wydawało się, że wydanie jednej pozycji otwiera drzwi do wydawnictw, ale to jest mit, na pozycję trzeba pracować bardzo długo – mówi Joanna Opiat-Bojarska i przypomina, że ta zależy przede wszystkim od wyników sprzedaży.

Przeczytaj też: Wybierasz się w podróż? Weź ze sobą bloga. Bywają lepsze niż nawet najbardziej dokładne przewodniki

– Mój pierwszy wydawca, mimo że nakład ładnie się rozszedł, nie był zainteresowany kontynuowaniem współpracy. Drugi natomiast próbował mnie namówić, żebym coś tam jeszcze sklecił – wspomina Paweł Klimczak. – Ale ja, po okresie bardzo intensywnego blogowania, przestałem spinać się na wynik. Wcześniej wpadłem w pułapkę: sprawdzałem oglądalność, kiedy spadała wytężałem się, żeby znów wzrosła. Po pięciu latach pisania okazało się, że zaczynałem z przyjemności, a kończyłem z obowiązku – dodaje i, choć przyznaje, że bez bloga długo nie wytrzymał, teraz myśli raczej o prozie, niż o kolejnym zbiorze notatek.

Wawrzyniec Prusky
Bloger, pisarz

Papier to kwestia przyzwyczajenia, czegokolwiek by nie mówić, on nobilituje.

Tomasz Kwaśniewski wspomina, że śledząc popularność bloga liczył na lepszą reakcję czytelników. Choć zdradzić dokładnych wyników sprzedażowych „Dziennika ciężarowca” nie może, przyznaje, że książka rozeszła się w tysiącach, a nie dziesiątkach tysięcy egzemplarzy. Jedna z telewizji chciała natomiast zrobić oparty na jego notatkach serial. Pomysł upadł, ale mimo to dziennikarz napisał już kolejną książkę, już nie oparty na blogu „Dziennik taty”.

A jeśli wyłączą prąd?
Jeśli nie ma pewności, że w druku dziennik znajdzie odbiorców, to po co w ogóle go wydawać? – Papier to kwestia przyzwyczajenia, czegokolwiek by nie mówić, on nobilituje. W internecie można napisać wszystko, ale jeśli coś już jest wydane w formie książkowej, automatycznie staje się cenniejsze. A sam autor, choć niekoniecznie trafi od razu do Związku Literatów Polskich, będzie miał fajną, cenną pamiątkę – przekonuje Paweł Klimczak i dodaje, że teraz zdarza mu się namawiać blogerów, by wysyłali swoje próbki do wydawnictw. A jeśli nikt im nie odpowie, by wydawali blogi na własną rękę, bo w dzisiejszych czasach nie jest to ani bardzo drogie, ani bardzo trudne.

O tym, że blog warto wydać w formie książki, przekonuje też satyryk Artur Andrus (arturandrus.bloog.pl), którego zbiór felietonów z prowadzonego przez sześć lat bloga trafił niedawno do sprzedaży. – Kiedyś pisało się do gazet, teraz do internetu, to naturalne. Przed wydaniem książki „Blog osławiony” już czytałem przeniesione z internetu na papier felietony między innymi Magdy Umer i Andrzeja Poniedzielskiego – mówi Andrus i dodaje: – Poza tym, ja nie wierzę w internet. Moim zdaniem, jak coś jest podłączone do prądu, to zawsze może ktoś ten prąd wyłączyć, odciąć. A jak coś jest na papierze, w wielu domach, to z pewnością zostanie tam już na długo.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...