
"Jeszcze w pierwszej kadencji wola polityczna Jarosława Kaczyńskiego miała nadany status natychmiastowej wykonalności. Przez Sejm i Senat można było przeprowadzić wszystko, łącznie z ustawą mówiącą, że Słońce wschodzi na zachodzie, i to w dodatku w mgnieniu oka. To się definitywnie skończyło" – pisze Karolina Lewicka.
REKLAMA
Zacznijmy od drobnego, acz symbolicznego wydarzenia sprzed dwóch tygodni. Wówczas, po wielu wcześniejszych rozmowach przy winie z Jarosławem Kaczyńskim, Paweł Kukiz podpisał porozumienie programowe z PiS-em, ponoć "bardzo korzystne".
Tym samym obóz rządzący miał się ubogacić o cztery dodatkowe szabelki. Wiadomo, że nawet Władysław Jagiełło nie pogardził krzyżackimi mieczami, choć swoich miał dość, a co dopiero prezes PiS-u, któremu posłuszeństwo nieustannie wypowiada Jarosław Gowin, stąd sytuacja Nowogrodzkiej jest taka, że każdy głos na wagę złota.
Porozumienie zawarto w poniedziałek, by sprawdzić, jak działa, już we wtorek, podczas głosowania nad kandydatami na RPO. Okazało się wtedy, że cztery oznacza trzy, bo muzyk negocjował w imieniu swojej partii, a nie koła poselskiego, a będący w kole Stanisław Tyszka jest bezpartyjny, więc robi, co chce, a akurat chciał zagłosować na kandydata opozycji.
Ów ubytek przeszedł bez echa, bo PiS-owi ostatecznie udało się uzbierać większość dla Lidii Staroń (która przepadła z kretesem w Senacie), ale generalnie łatka w postaci Kukiz’15 na podarte sukno „Zjednoczonej” Prawicy nie wystarczyła na długo.
Trójka posłów odchodzi z PiS
Oto bowiem – z nagła i bez ostrzeżenia – PiS opuściło troje posłów, tym samym zupełnie perfidnie pozbawiając Jarosława Kaczyńskiego większości sejmowej. Większość to nie to samo, co władza. Władzę prezes PiS-u nadal ma i może ją sprawować aż do wyborów. Tyle że owo "sprawowanie" władzy nie będzie już takie przyjemne. A w zasadzie będzie nieprzyjemne.Jeszcze w pierwszej kadencji wola polityczna Jarosława Kaczyńskiego miała nadany status natychmiastowej wykonalności. Przez Sejm i Senat można było przeprowadzić wszystko, łącznie z ustawą mówiącą, że Słońce wschodzi na zachodzie, i to w dodatku w mgnieniu oka.
To się definitywnie skończyło wraz z przejęciem Senatu przez opozycję i nową rolą – języczka u wagi – obu koalicjantów. Ale rozkład postępuje. Wojna, na którą prezes poszedł z Gowinem, generuje same straty i zmusza do szukania zastępczych partnerów, co do lojalności których pewności mieć nie można, także w izbie niższej.
Jakby tego było mało, od kilku miesięcy obserwujemy ferment w samym PiS-ie. Najpierw głowy podnieśli ci, którym do gustu nie przypadła Piątka dla Zwierząt. Wtedy odszedł z klubu Lech Kołakowski. A teraz, w geście sprzeciwu wobec niektórych propozycji Polskiego Ładu (oficjalnie), kolejna trójka. PiS nie jest już jak zaciśnięta pięść.
Pewnie Państwo pamiętają, że kiedy prezes w pierwszej kadencji obniżał poselskie pensje, to w PiS-ie nikt nawet nie sapnął w proteście. Tacy byli karni. A teraz ten sam prezes obiecuje posłom podwyżki. Widać uznał, że i własnych ludzi trzeba przekonywać do siebie gotówką.
Jakby tego było mało, to i wiara w geniusz prezesa jakoś osłabła, zwłaszcza po wydarzeniach z października ubiegłego roku, kiedy to zielone światło dla Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji rozpętało piekło na ulicach i obniżyło PiS-owi notowania o kilka dobrych punktów procentowych.
Zatem w przededniu kongresu, na którym po raz piąty Jarosław Kaczyński zostanie wybrany prezesem swojego własnego, bo od początku całkowicie sprywatyzowanego, ugrupowania, nastroje muszą być niewesołe. Czasy rewolucyjne dobiegły końca, bez dwóch zdań.
Zbigniew Ziobro może straszyć szufladami pełnymi ustaw, które ostatecznie niszczą sądownictwo, ale to strachy na lachy. PiS będzie podejmował, rzecz jasna, próby domknięcia systemu, ale są one skazane na porażkę. Kiedy partia słabnie, kiedy zaczyna się zmierzch władzy, wielu koniunkturalistów dezerteruje z pierwszego szeregu, wczorajsi prowodyrzy wolą przycupnąć na uboczu i czujnie obserwować rozwój sytuacji – a nuż wszyscy zapomną, gdzie byli i co robili wcześniej?
Co oznacza, że PiS nie jest w stanie dalej przekształcać ustroju, z demokratycznego w autorytarny. Muszą się zatrzymać w połowie drogi.
Maleje także szansa na odbicie się w sondażach. Plan był taki, że PiS ogłasza wygraną z wirusem, prezentuje Polski Ład i czeka na społeczny zachwyt, po czym notowania partii idą w górę i, jak zawsze w takim przypadku, partia znów zwiera szeregi, a koalicjanci przestają wierzgać.
Tyle że – tak wynika z badań – Polacy wcale jeszcze wewnętrznie nie odtrąbili końca pandemii, a Polskim Ładem mało kto się na poważnie zainteresował. Choć, jak przekonuje PiS, ma on dać korzyści 80 proc. Polaków, to tylko przez 30 proc. został oceniony pozytywnie. W dodatku wyborcy nie są pewni, że wewnętrznie skłócony obóz będzie w stanie przeprowadzić stosowne ustawy przez parlament. Plan zatem ugrzązł, zanim na dobre wystartował.
Rozkręca się za to afera mailowa. Przyjęta przez rząd strategia przypomina tę Kubusia Puchatka, który schował głowę pod koc i myślał, że jak on nie widzi, to i jego nie widzą. Także milczenie Michała Dworczyka, w siedmiu już chyba językach, nie pomaga. Wszystko, co PiS w opozycji krytykował i czym się tuczył, wraca do niego jak bumerang. Na czele z państwem z kartonu i sznurka, które jeszcze przecież zwątlało i teraz to cienki papier z odrobinką kleju.
Czyli jest pod górkę i wiatr w oczy. Ale to nie taka stromizna i nie taki huragan, by PiS miał się od razu przewrócić, a opozycja mogła go przyklepać łopatką. Przed nami długi proces gnicia władzy, powolnego rozkładu. A ponieważ opisy tegoż procesu siłą rzeczy będą musiały być naturalistyczne, trzeba się szykować na obsceniczne sceny i dużo smrodu. Żadna władza nie upadała z wdziękiem, tej też się nie uda. Poszłoby szybciej, gdyby opozycja była w lepszej formie. Ale to już zupełnie inna historia.
Czytaj także: