
Producenci kamperów mogą otwierać szampana i szykować się na poważne świętowanie. Rynek tych domów na kółkach przeżywa prawdziwy renesans. To, co kiedyś było raczej offowe, dziś jest na białym koniu wjechało do mainstreamu. I nic dziwnego, skoro możecie spędzać wakacje w samochodach tak kultowych jak Volkswagen California.
REKLAMA
Spędzałem wakacje, podróże czy przedłużone weekendy naprawdę na różne sposoby i w różnych miejscach. Robienie tego przy pomocy kampera jest bez wątpienia w ścisłej czołówce najlepszych pomysłów. Jest klimat, nowa przygoda, ciekawe doświadczenie i zupełnie inne możliwości planowania wyjazdu.
I wygląda na to, że takich jak ja jest Polsce coraz więcej, a kamperowa świadomość rośnie. Z danych Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego „Samar” wynika, że w 2020 roku padł rekord, jeśli chodzi o ilość zarejestrowanych w Polsce samochodów typu kamper. Z kolei w 2021 roku wystarczyło zaledwie sześć miesięcy, by wynik z 2020… przebić.
„Samar” wyliczył, że od stycznia do czerwca zarejestrowano w Polsce dokładnie 1195 kamperów. To wzrost o 152 proc. w porównaniu do tego samego okresu rok wcześniej i więcej niż kupiliśmy kamperów w całym 2018 i 2019… łącznie.
– Rynek kamperów przeżywa boom. Jak się okazuje, w dobie pandemii możliwość wykorzystania auta do podróży, zwiedzania i biwakowania, przy ograniczonym kontakcie z innymi staje się istotną wartością. Własny dom na kółkach, to jest to. Z boomu korzystają nie tylko ci, których stać na zakup takiego pojazdu, bo trzeba wyraźnie powiedzieć, że to nie jest tani produkt, ale także firmy, które użyczają kampery do wakacyjnych podróży, oferując je na bardziej przystępnych warunkach – twierdzi Wojciech Drzewiecki, prezes IBRM „Samar”.
Pod względem rejestracji pierwsze dwa miejsca zajmują firmy Roller Team (198) i Benimar (190). To takie typowe kampery. Ja chciałbym skupić się jednak na ostatni stopniu podium, czyli Volkswagenie, który jest tuż za nimi ze 175 sprzedanymi kamperami w Polsce. A wynik ten mógłby być jeszcze wyższy, bo jak piszą autorzy raportu: „nie każdy egzemplarz VW California jest oznaczony w kolumnie "przeznaczenie" jako kempingowy, a tylko takie były brane pod uwagę w naszej analizie”.
Wynika z tego, że realny wynik Volkswagena mógłby być lepszy. Dlaczego skupiam się na nim? Bo tak się składa, że niedawno mieliśmy okazję przetestować jedną z wersji Volkswagena Californii. Mowa o wariancie Beach, bardzo bazowej odsłonie, która na pierwszy (i nawet drugi) rzut oka nie przypomina kampera i domu jeżdżącego na czterech kołach.
Pewnie, najbardziej zagorzali fani caravaningu, dla których to styl życia zakrzyczą, że to żaden kamper, ale powiedzmy sobie szczerze, większość z nas to żadni nomadzi i hardcorowi kamperowicze. Raczej nie kupimy „prawdziwego kampera”, bo to w końcu spory wydatek i dużo zachodu z jego ogarnianiem. Co innego taka California, która jest absolutnie idealnym połączeniem „normalnego” samochodu z wakacyjnym kamperem. Typowy kamperovan.
Rok temu testowaliśmy Californię Ocean, najbardziej wypasioną wizualnie i technicznie wersję tego auta z całą kuchenną zabudową, dlatego tym bardziej byłem ciekawy jej skromniejszego brata o nazwie Beach.
Volkswagen California Beach może być zwykłym vanem, który dla niewprawnego oka nie różni się niczym od innych vanów. Ot, szalenie przestronne auto z dwoma kapitańskimi fotelami z przodu i szeroką kanapą z tyłu z trzema samodzielnymi siedziskami z obrzydliwie dużą ilością miejsca z każdej strony. Mówię poważnie, gdy jechaliśmy, celowo przysunęliśmy kanapę bliżej, bo tylny rząd siedział tak daleko od pierwszego, że trudno się nawet rozmawiało. Komfort podróży 10/10 niezależnie od tego gdzie usiądziecie. My jechaliśmy we czwórkę, ale generalnie wygodnie pojedzie tam cała piątka, co wbrew pozorom wcale nie jest takie oczywiste, bo np. w „dużej Californii” nie ma na to szansy, a w „małej” Californi Ocean wejdzie tylko czwórka.
Czytaj także: No ale właśnie, niby kamper i dom na kółkach, a zaglądasz do środka i nie ma tam nic, co by na to wskazywało. Ani łóżek, ani nic do gotowania. To tylko pozory. Dwa ruchy ręką i ze ściany wynurza się kuchenka i mini miejsce do gotowania. Projektanci naprawdę zgrabnie to upchnęli wewnątrz auta. W tej wersji nie ma jednak zlewu (no i oczywiście toalety, ale jej nie uświadczycie w żadnej Californii).
Tylną kanapę po złożeniu możecie zamienić w jedno łóżko. To mniejsza „sypialnia” z dwóch, które czekają na was w tym samochodzie, ale realnie prześpią się tam dwie dorosłe osoby. Jej rozłożenie wraz z materacem schowanym w bagażniku nie jest jednak lekkie. Za pierwszym razem musieliśmy się z tym sporo posiłować. Potem było już łatwiej.
Główna sypialnia i największy aut Californii czeka nas jednak na górze. To łóżko na dachu, z którego możecie mieć widok na… właściwie co tylko chcecie i zapewniam was, że robi to oszałamiające wrażenie (kojarzycie foty tego typu z Instagrama, prawda?). Jeśli wolicie jednak więcej prywatności, możecie się pozasłaniać na amen za pomocą rolet na szybach.
W wersji Ocean górę rozkładało się jedynie klikając odpowiedni przycisk. Tutaj jednak to już robota ręczna. Musicie odciągnąć zatrzaski, wypchnąć całość ręcznie i zabezpieczyć.
Elektryczne podnoszenie dachu jest zdecydowanie wygodniejsze, ale z drugiej strony bardziej narażone na awarie. Tutaj działa sama mechanika.
Gdy już wdrapiecie się na górę, macie tam wygodny materac, który leży na specjalnych sprężynach i śmiało komfortowo prześpią się tam dwie osoby. Uważajcie jednak, jeśli głowę położycie z tyłu, bo podczas pobudki regularnie będziecie uderzali w sufit.
Sam środek możecie też zaaranżować na mini domek np. odwracając przednie fotele do tyłu. Pamiętajcie jednak, żeby w trakcie ich obracania nie mieć zaciągniętego hamulca ręcznego, bo będzie wam blokował ich obrót. Wbrew pozorom po zmęczeniu podróżą dojście do tego, dlaczego do jasnej cholery nie możemy obrócić łatwo fotela, nie jest takie proste.
Wrażenia i stylu dopełnia markiza i dwa fotele, które czekają schowane w klapie bagażnika. Markiza rozkłada się ręcznie i tworzy klimatyczny przedsionek przedłużający wnętrze auta. Zastanawiam się jednak, co w przypadku, gdy w jakiś sposób się zepsuje i nie będzie można jej złożyć? Do tego na szczęście nie doszło.
Wewnątrz jest oczywiście cała masa praktycznych schowków, które przydają się w trakcie podróży, jak i postoju. Widać, że zaprojektowano je w przemyślany sposób.
Dwulitrowy diesel na 400-kilometrowej trasie, głównie po autostradzie, spalił 11,5l/100km. Całkiem sporo, ale jechaliśmy przeważnie 140 km/h. Przy wolniejszym zakresie prędkości spalanie spada nieco poniżej 10l/100 km. California Beach nie jest demonem dynamiki i zwinności, regularnie czujecie jej gabaryty. Niemniej, przecież nie jest to samochód do tego typu jazdy. Ma przewieźć nas wygodnie i sprawnie z punktu A do punktu B, gdzie możemy się przespać. I w tej roli sprawdza się doskonale.
Minusy? Myślę, że w sytuacji, w której chciałbyś zatrzymać się na dłużej w jednym miejscu i tam „pomieszkać”, sanitarno-kuchenne braki takiej Californii na dłuższą metę mogą dać się we znaki. No i nie jest też tanio, taki Beach zaczyna się od 217 tys. złotych brutto. Na obronę tej ceny można powiedzieć, że akurat w tym przypadku w niewakacyjne miesiące mamy normalnie funkcjonującego vana. Jeśli jednak nie chcecie ponosić jednorazowego kosztu, zawsze możecie wynajmować. Jest masa wypożyczalni z Californiami i to one w dużej mierze odpowiadają za wzrost rejestracji w skali roku. Wtedy taka kamperowa przygoda wydaje się już dużo rozsądniejsza.
Czy warto? Jeśli szukacie świetnego pomysłu na wakacje, chcecie dużo jeździć i zatrzymywać się w jednym miejscu na dzień, góra dwa, właśnie znaleźliście idealny przepis na udany urlop. A to, jaką wersją Californii na niego pojedziecie, to już kwestia drugorzędna i zależna od waszych indywidualnych potrzeb.
Czytaj także: