Żołnierze nie dopuszczają nikogo do uchodźców.
Żołnierze nie dopuszczają nikogo do uchodźców. Fot. Maciej Kaczmarski/REPORTER

– Zachowałbym się tak, jak trzeba. Ale łatwo mi się to mówi, gdy sam nie jestem na miejscu. Nas uczy się, abyśmy byli posłuszni – mówi w rozmowie z naTemat były żołnierz, który ocenia sytuację na granicy Polski z Białorusią. Jego zdaniem zarówno żołnierze, jak i migranci, stali się zakładnikami polityków.

REKLAMA
Jest pan byłym żołnierzem, który planuje wrócić do czynnej służby, co myśli pan, kiedy patrzy na to, co się dzieje na granicy z Białorusią?
Czuję się z tym źle. Bardzo źle. Patrzenie na cierpienie niewinnych ludzi jest trudne. Cały czas myślę o tym, co by było, gdybym to ja się tam znalazł — na granicy, w hełmie, z bronią. Armia ma zadanie strzec granic, więc nasza obecność nie jest tam przypadkowa.
Gdybym trafił do Usnarza, na pewno chciałbym jakoś ulżyć tym ludziom, podzielić się z nimi jedzeniem i wodą, bo tak po prostu trzeba. To ludzie i trzeba ich traktować po ludzku. Sytuacja skomplikowałaby się, gdybym dostał rozkaz, że nie mogę im pomagać. A taki ponoć dostali na miejscu nasi chłopcy. Wtedy musiałbym go wykonać.
Wojsko to nie jest świat cywili. Tu nie mogę robić tego, na co mam ochotę. Nie mogę też rzucić wszystkiego w cholerę i odejść. Za niewykonanie rozkazu grozi do 3 lat więzienia. Taka kara ma odstraszać tak, by w szeregach zachować dyscyplinę.
Bez dyscypliny w wojsku nastąpiłby chaos. A chaos w grupie uzbrojonych ludzi kończy się zwykle tragedią. Dlatego każdego młodego żołnierza uczy się bezwzględnego posłuszeństwa. Tak by żołnierze nie zastanawiali się nad wykonaniem rozkazu, tylko po prostu go wykonywali.
Według informacji Fundacji Ocalenie do tragedii, ale innego rodzaju może dojść właśnie w Usnarzu, migranci chorują, czują się coraz gorzej. Gdybym tam był, a stan ludzi na granicy pogorszyłby się na tyle, że ich życiu zagrażałoby niebezpieczeństwo przez głód, choroby lub wyziębienie, jeżeli po prostu zaczęliby gasnąć na moich oczach, to wtedy musiałbym zdecydować się na mniejsze zło.
Przed chwilą mówiłem, jak ważna jest dyscyplina w wojsku, ale proszę mnie dobrze zrozumieć — nie mógłbym inaczej, sumienie nie pozwoliłoby bezczynnie się przyglądać i świadom konsekwencji musiałbym działać.
Czy to oznacza, że złamałby pan rozkaz?
To znaczy, że zachowałbym się tak, jak trzeba. Ale łatwo mi się to mówi, gdy sam nie jestem na miejscu. Tak jak mówiłem wcześniej — nas uczy się, abyśmy byli posłuszni. To bardzo trudna sytuacja dla żołnierza.
Niestety, nie wiem, czy przedłużający się pat na granicy nie postawi w takiej sytuacji naszych chłopców. Sytuacji, gdy będą musieli decydować, co jest dla nich ważniejsze: obowiązek i realizacja rozkazu, który im wydano czy człowieczeństwo?
Dlaczego nie mogą dać im nic do jedzenia, leków? To grupa 32 osób...
Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. Tak jak wspominałem — gdyby to ode mnie zależało, dostarczyłbym im wszystko, czego potrzebowaliby. Zresztą wcześniej widzieliśmy w mediach, że dopuszczono do nich ludzi, którzy dostarczyli im śpiwory i jedzenie.
Teraz słyszymy w oficjalnych komunikatach, że to już Białoruś i dlatego nie możemy nic im dać. Nie rozumiem tego. Wydaje się, że nawet nie wpuszczając tych ludzi, można by im dostarczyć to, czego potrzebują: leki, wodę, jedzenie i na pewno nie zakłócać syrenami ich wołań.
Domyślam się, że ma to być przykład odstraszający dla innych migrantów — tak by Polskę omijali szerokim łukiem, ale cena za to wydaje się wysoka. Cierpią ci ludzie, wyraźnie ucierpiał też wizerunek Wojska Polskiego.
Na wojsko, mówiąc delikatnie, spadła ogromna fala krytyki.
W sytuacji tych chłopaków mógłby się znaleźć każdy żołnierz. Ja, kolega z plutonu, kompanii, czy znajomi z innych kompanii, batalionów, brygad. Każdy z nas. Dlatego słowa m.in. pana Frasyniuka zwyczajnie bolą...
Pan Frasyniuk nas po prostu zelżył. Staliśmy się chłopcami do bicia. A warto przypomnieć, że nie stoimy tam, bo mamy taki kaprys. Nie jesteśmy jakimiś zwyrodnialcami, którzy lubią patrzeć na cierpienie. Stoimy tam dlatego, że ktoś wydał nam taki rozkaz.
O tym, co i jak robią żołnierze, decydują ich przełożeni — politycy, bo mamy w Polsce cywilną kontrolę nad armią. Czemu, więc ludzie oburzeni tym, że żołnierze nie pomagają, nie kierują krytyki pod adresem tych, którzy wydali im takie polecenia, polityków właśnie? Łatwiej lżyć żołnierzy? Dlatego, że nie odpowiedzą, bo zwyczajnie nie mogą?
Wspomina pani tego, który sfotografował się z kartką z gwiazdkami... Wojsko jest apolityczne i takie powinno pozostać. Służy wszystkim obywatelom, nieważne, jakie mają poglądy. Moje poglądy w służbie są nieistotne, przynajmniej tak powinno być. Takie zdjęcie jak to, o którym pani wspomniała, nigdy nie powinno powstać. A ten człowiek powinien się poważnie zastanowić czy dobrze wybrał zawód.
Czy można było tę sytuację inaczej rozwiązać?
To nie jest pytanie do mnie, ale na pewno do tej sytuacji nie doszłoby, gdybyśmy nie sąsiadowali z krajem bandyckim. Łukaszenka do tej pory znany był jako prześladowca własnego narodu, a teraz postanowił swój proceder umiędzynarodowić. To on zgotował taki los migrantom.
Z informacji medialnych wiemy, że za sowite opłaty postanowił umożliwić im podróż przez zieloną granicę. Tyle że to nasza granica i trudno, żebyśmy przyglądali się temu z założonymi rękoma. A to jak sobie z tym radzimy to już niestety kwestia rządzących polityków. Zarówno żołnierze, jak i migranci stali się w tej sytuacji ich zakładnikami.
Czytaj także: