
Polscy piłkarze na koniec długiego i ciężkiego roku ponieśli porażkę, która będzie się za nami ciągnąć bardzo długo. Jeśli nie awansujemy na mundial, to starcie z Węgrami urośnie do rangi symbolu złych decyzji i niepotrzebnych eksperymentów. Ponoć już podczas meczu z Andorą Paulo Sousa zapłakał widząc grę swojej drużyny. Oby to nie były krokodyle łzy, bo selekcjoner gra bardzo ryzykownie.
REKLAMA
Po meczu z Węgrami wszyscy jesteśmy rozczarowani, to naturalne. Ostatni mecz w roku, rywal porządnie osłabiony i taki, któremu mamy zawsze coś do udowodnienia. Czekaliśmy, trochę jak w kinie, na happy end na koniec długiego i ciężkiego roku, który naznaczyła porażka na Euro 2020, a także notoryczny okres testów, przebudowy i innych eksperymentów. Ot, Polska w budowie.
Porażkę wziął na siebie oczywiście Paulo Sousa, ale ciężko było się spodziewać, że będzie inaczej. Poza darem mówienia o futbolu z wielkim znawstwem, swadą i barwnymi opisami, poza zdolnością wyjaśnienia każdego zjawiska na boisku, nawet tak nieprawdopodobnego, jak stracona bramka z osłabioną Andorą, Portugalczyk ma jeszcze jeden dar. I to rzadki u nas. Jest lojalny wobec piłkarzy.
Kto spodziewał się, że Paulo Sousa na konferencji zacznie rozliczać piłkarzy z fatalnej gry, ten nie rozumie pomysłu selekcjonera na zespół, na budowanie relacji i tworzenie grupy. W blasku fleszy liczy się każdy kolejny mecz, wiara w zwycięstwo i poprawę gry Biało-Czerwonych. Rozliczanie i punktowanie będzie mieć miejsce w zaciszu szatni, w prywatnej rozmowie, a może wiosną w powołaniach. Za to trenera trzeba cenić.
Tak samo jak za to, że ma pewną wizję - drużyny, gry, systemu - i się jej konsekwentnie trzyma. Potrafi zaskoczyć, modyfikuje, ale ogólne założenia się nie zmieniają. Polska kadra ma atakować, odzyskiwać piłkę i grać ofensywnie. Odważnie. Z wiarą i bez kompleksów. Poligon doświadczalny, który stał się w naszej drużynie standardem, to nie cel, ale środek do celu. I nie jest nim tylko awans na MŚ, ale w ogóle zmiana sposobu gry.
Paulo Sousa nauczył się w poniedziałek czegoś nowego o drużynie. I uczy się od marca, cytując klasyka: "cały czas". Dziś już wie, że nasz zespół potrafi grać według jego pomysłu tylko momentami, że bez liderów - a zwłaszcza Roberta Lewandowskiego - zespół jest zagubiony i chwilami bezradny. Że znalezienie nowych liderów potrwa i nie będzie tak oczywiste, jak mogło się Portugalczykowi niedawno wydawać.
Wie też, że zegar tyka, a jego praca i misja gruntownej przebudowy polskiej kadry jest zależna od wyników. Jak to w życiu trenera bywa. Żeby misję kontynuować, musi przejść dwa ciężkie etapy - wiosenne baraże. I choć mógł ułatwić sobie zadanie remisując z Węgrami, pójdzie trudniejszą ścieżką. Dla siebie i dla drużyny. Czy na własne życzenie?
Czytaj także:Cóż, ciężko uwierzyć w to, że sztab naszej kadry nie potrafi liczyć i mecz z Węgrami odpuszczono, bo trener miał fanaberię odstawienia liderów i gry zmiennikami. Ciężko też uwierzyć w to, że mając gotowego i chętnego do gry Roberta Lewandowskiego Portugalczyk powiedziałby kapitanowi stop. Tak nie mogło się stać, po prostu.
I jeśli się okaże, że baraże przegramy, to już na zawsze symbolem jego kadencji pozostanie mecz z Węgrami i jeden stracony punkt, który mógł nam dać rozstawienie w barażach i "łatwiejszą drogę do Kataru". Ale jeśli baraże wygra, dziennikarze i fachowcy będą cmokać z zachwytem nad geniuszem trenera, co to ziarno siał jesienią, a wiosną plony zbierał.
Paulo Sousa pracuje więc jak może, ma ambitny, ale czasem bardzo oporny materiał, z którym próbuje sobie poradzić, jak potrafi. Nie akceptuje Ekstraklasy i ciężko mu się dziwić. Nawet jeśli pamiętamy, jak mizerna jest nasza liga. Nie rozumie systemu szkolenia i ciężko mu się dziwić, bo ten od niemal trzydziestu lat nie przyniósł nam żadnego sukcesu międzynarodowego, co raczej przypadkiem nie jest.
Dziś Portugalczyk robi swoje, nie narzeka, za to stara się nam pokazać, że trzeba pracować, wierzyć w sukces i zaryzykować, by udało się go osiągnąć. Zagrał hazardowo, bo w barażach czeka nas droga przez mękę, ale też cenna lekcja dla zespołu. Albo się uda i piłkarze zaliczą wymagający test. Czytaj: pojadą na mundial. Albo wszystko szlag trafi i decyzje podjęte dziś nie będą miały znaczenia. Czytaj: trener zostanie zwolniony.
Ponoć w meczu z Andorą, widząc popisy naszych piłkarzy, Paulo Sousa zapłakał, bo nie mógł uwierzyć, że to wszystko wygląda tak źle. Cóż, oby to nie były krokodyle łzy i moment, w którym nasz selekcjoner zrozumiał, że zadanie nad Wisłą jest niewykonalne. Bo jeśli tak się stało, to czekają nas ciężkie miesiące, a potem rewolucja, przebudowa, testy i eksperymenty...
Czytaj także: