
– Na mojej imprezie pożegnalnej załoga rozdała t–shirty z napisem “Nie płakałem po papieżu, płakałem po Ewie Wanat”. Po moim nazwisku była gwiazdka, a poniżej dopisek “może to syndrom sztokholmski”. Wtedy wydawało mi się to śmieszne. Dziś wręcz przeciwnie – mówi Ewa Wanat, była redaktorka naczelna Radia TOK FM, która na Facebooku przeprosiła swoich podwładnych za to, że na nich krzyczała.
Anna Dryjańska: Warto było przepraszać? Dla części internautów twoje przeprosiny to dowód na to, że świat zwariował.
Ewa Wanat: Szef nie powinien zarządzać krzykiem. Teraz to rozumiem, jednak przez 9 lat mojej pracy w Toku było inaczej. Bywały sytuacje gdy się darłam na podwładnych nie czekając na wytłumaczenie.
Reagowałam bardzo emocjonalnie, gdy coś nie szło jak w zegarku. Dojście do tego, że tak nie można, było procesem, który trwał latami. Zmieniłam się ja, zmienił się świat.
Chcę powiedzieć jasno i wyraźnie: nie usprawiedliwiam się. Dla takiego zachowania nie ma usprawiedliwienia. Dlatego przepraszam wszystkie osoby, które skrzywdziłam. Bez żadnego "ale".
Oczywiście to nie było tak, że krzyczałam non–stop. Na co dzień mieliśmy normalne relacje, z częścią osób po latach nadal się koleguję. Jednak nawet gdybym zrobiła tak jeden raz, byłby to o jeden raz za dużo.
Z drugiej strony są też komentarze, że swoje przeprosiny możesz sobie w buty wsadzić.
Ludzie mają prawo tak uważać i mają prawo o tym pisać. Nie mogę cofnąć czasu. Nie sprawię, by pewne rzeczy się "odstały", choć bardzo bym chciała. To, co mogę zrobić, to przeprosić.
Dlaczego na Facebooku?
Przez redakcję przewinęło się mnóstwo osób: od dziennikarek, przez dźwiękowców, po stażystów… Nie pamiętam ich wszystkich, nie pamiętam też wszystkich sytuacji, więc wysyłanie prywatnych wiadomości nie było opcją, gdyż przeprosiny nie dotarłyby do części adresatów. Zresztą nie do wszystkich mam kontakt. Dlatego napisałam o tym publicznie.
Czy był taki moment, gdy będąc szefową pomyślałaś: "przegięłam"? Dostrzegłaś, że ktoś się ciebie boi, że ktoś przez ciebie płacze?
Nie przypominam sobie. Bardzo dobrze natomiast mam w pamięci moment odejścia z radia. Na imprezie pożegnalnej załoga rozdała t–shirty z napisem “Nie płakałem po papieżu, płakałem po Ewie Wanat”. Po moim nazwisku była gwiazdka, a poniżej dopisek “może to syndrom sztokholmski”.
Wtedy wydawało mi się to śmieszne. Dziś wręcz przeciwnie.
Mierzenie się z przeszłością było dla mnie procesem. To trwało kilka lat. Przełomem był wywiad z Karoliną Korwin–Piotrowską w "Wysokich Obcasach" o toksycznych zachowaniach szefów. Pomyślałam: “stara, musisz się z tym skonfrontować”.
Dlaczego krzyczałaś na pracowników?
Powtórzę: nie ma usprawiedliwienia i nie będę się usprawiedliwiać. To nie ma znaczenia.
Ale ja chcę zrozumieć.
Sama wiesz, że w mediach jest nerwowo: presja czasu, parcie na wynik, dużo ruchomych elementów i sytuacji, gdy coś może pójść nie tak. Z niszowego radyjka staliśmy się znaną rozgłośnią. Ciśnienie rosło.
Wtedy myślałam, że nie mamy prawa do potknięć, że wszystko musi być idealnie. Nawet najdrobniejszą pomyłkę odbierałam jako osobistą porażkę, dowód mojej niekompetencji.
Teraz mam świadomość, że przemawiał przeze mnie syndrom oszustki, typowy dla kobiet na kierowniczych stanowiskach. Każdą niezręczność przypłacałam atakiem paniki: “O Jezu, przecież oni wszyscy zobaczą, że nic nie potrafię!”. I wtedy zaczynałam krzyczeć.
Ania, napisz proszę jeszcze raz, że się nie usprawiedliwiam. Chciałaś zrozumieć mechanizm – to wyjaśniłam.
Przy czym zastrzegam: tak było u mnie. Gdy popatrzymy na toksyczną kulturę pracy, powody mogą być różne. Jedni mogli wynieść krzyk z domu – rodzice na nich krzyczeli, więc oni krzyczą na swoich podwładnych, bo to dla nich normalna metoda komunikacji.
Inni mogli doświadczyć darcia się jako osoby początkujące w zawodzie i na zasadzie fali drą się, gdy sami zostają szefami. To skomplikowany problem: można być i sprawcą, i ofiarą, czasem nawet jednocześnie.
Dużą rolę grają relacje władzy – firmy z bardzo rozbudowaną hierarchią mają z tym zazwyczaj większy problem. Dlatego niektóre korporacje zaczynają spłaszczać strukturę, rotować funkcje w zespole.
Doświadczyłaś mobbingu?
Tak, od członka zarządu. Przypłaciłam to depresją. Skończmy jednak ten wątek, bo nie chcę się nad sobą roztkliwiać.
Pamiętasz pierwszy raz, gdy szef się na ciebie wydarł?
Pamiętam, ale zaznaczam, że to nie dlatego sama krzyczałam na swoich podwładnych.
Pewnego dnia – a było to na początku mojej pracy w Toku – dostałam telefon od Adama Michnika, który zresztą nie był moim szefem. No ale wiadomo, autorytet. Wrzeszczał na mnie. Już nie kojarzę, o co chodziło.
Byłam tym strasznie roztrzęsiona, ale nie postrzegałam tego wtedy jako czegoś niewłaściwego. Wszyscy wiedzieli, że Michnik się drze.
To nie jest tylko polski problem. W Niemczech, gdzie obecnie mieszkam, nadal słyszę od znajomych, że doświadczają tego od swoich szefów, choć dyskusja o problemie zarządzania krzykiem trwa od lat. W Polsce dopiero się zaczyna.
Liczysz na to, że po tobie pojawią się następne wpisy skruszonych szefów?
Nie. Uważam, że ten czas dopiero nadejdzie, tak jak z #MeToo, którego de facto w Polsce jeszcze nie było. Po prostu zrozumiałam, że muszę przeprosić – i tyle.
