Kamp! w końcu wydał debiutancką płytę. „Jesteśmy nienasyceni”

Kamp!
Kamp! Mat. promocyjne
W końcu ukazał się debiutancki album „Kamp!”. Z krążka sączą się bezpretensjonalne, lekkie dźwięki, świetnie zmiksowana elektronika oraz nienaganna angielszczyzna. Grupa, która przed debiutem była już nazywana mianem „kultowej” udźwignęła ten ciężar i zaprezentowała materiał, który pozwala wierzyć w polskich muzyków.

Pierwsze co słychać na krążku to melancholia i dystans. To aż dziwne, biorąc pod uwagę szalone, energetyczne koncerty, które serwuje Kamp!. Grupa przyzwyczaiła nas do swojej unikalnej jak na polskie warunki muzyki, lecz debiutancka płyta jest zaskoczeniem - podobnie jak dojrzałość kompozycji w zespole, którego średnia wieku nie przekracza 30 lat. – To w jakiś sposób rekompensata dla naszych słuchaczy – mówi Tomek Szpaderski z zespołu.

Kamp! na swój debiut kazał czekać kilka dobrych lat. Swoich fanów, a mają ich naprawdę dużo, nie pozostawili jednak z niczym - co jakiś czas wypuszczali za darmo w sieci kolejne utwory, a ich duże trasy koncertowe i występy na Selectorze, Open'erze, Audioriver czy Tauron Nowa Muzyka sprawiały, że nie dało się o chłopakach zapomnieć.


Mimo melancholijności Kamp! zachowują swoje taneczne zacięcie. Robią to w najlepszym stylu. Ich wysmakowana elektronika miło odstaje od standardów wyznaczanych przez radia komercyjne. Same radia chętnie grają Kamp!. Patronat nad ich płytą, ale spokojnie można napisać, że również częściowo sukcesem, ma radiowa Trójka, która od dawna kibicuje chłopakom.


Polecamy: Nowa królowa popu? Czy Rihanna zdetronizuje Madonnę?

Kamp! jest nazywany „największą nadzieją polskiej muzyki elektronicznej”. Słusznie. Muzycy nie dość, że tworzą muzykę, która może być śmiało naszym towarem eksportowym (i zaczyna być – Kamp! zagrał już na kilku znaczących imprezach zagranicznych), to jeszcze nie uginają się przed dużymi wytwórniami. – Gdybyśmy przejmowali się presją otoczenia, to musielibyśmy już zamknąć naszą działalność, by nasz kult pozostał nienaruszony – śmieje się Szpaderski.

– Płytę wydaliśmy sami, chcieliśmy mieć pełną wolność. Mimo początkowych problemów z dystrybucją wychodzimy na swoje – mówi członek Kamp!. Na pytanie o to, czy nie boją się, że zginą wśród wielkich wytwórni odpowiada: – Jeśli zginiemy na rynku, to i tak wygramy swoją wolnością.

Swój debiut od początku do końca tworzyli metodą „do it yourself” – bez udziału dużych firm fonograficznych, często metodami chałupniczymi. Tego zupełnie nie słychać, płyta jest świetnie wyprodukowana, co jest również zasługą Bartosza Szczęsnego, połową duetu „Rebeka”, który zmiksował album. Chłopcy nie pozwolili narzucić sobie tempa pracy, nie poddali się presji fanów i sławy – zamiast wydać album szybko i na fali popularności woleli dopracować go do końca. Mimo młodego wieku dostrzega się w nich profesjonalizm i zacięcie do tworzenia dobrej muzyki, a nie tylko muzyki. To niestety ciągle rzadkość na polskim rynku.

Polecamy: Beth Ditto – grubaska, lesbijka, ikona mody, diwa

Kamp! obecnie jest w trasie koncertowej promującej album. O najbliższym koncertach możecie przeczytać na stronie zespołu. A co po trasie? – W trakcie pracy nad tym albumem zebraliśmy bardzo dużo materiału – zdradza Tomek. – Właściwie nie możemy się doczekać aż trasa się skończy. Na grudzień planujemy kolejny remiks, w styczniu wypuścimy singiel. Jesteśmy nienasyceni.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...