Dziś kobiety nie noszą spodni w ramach manifestu feministycznego. Wybierają je dla wygody.
Dziś kobiety nie noszą spodni w ramach manifestu feministycznego. Wybierają je dla wygody. Fot. Shutterstock

Jeden ze słuchaczy Radia Maryja stwierdził na antenie, że "kobiety w spodniach zatracają godność". To dosyć egzotyczny pogląd jak na XXI-wiek. Dziś mało która pani manifestuje swój feminizm w ten sposób. Kobiety wybierają przecież spodnie dla wygody i noszą je na równi z mężczyznami. Zdziwienie wywołują natomiast te kobiety, które przyznają, że spodni nie noszą nigdy.

REKLAMA
Ja to nazywam "uportkowienie kobiet". Zwłaszcza na jesieni, w okresie adwentu, kobiety ubierają się w spodnie. Praktycznie 90 proc. kobiet chodzi w spodniach, również kobiety w podeszłym wieku, 80-letnie. Zatracają tą swoją kobiecość, tą swoją godność i tchnienie instytucji kobiety z całym arsenałem swoich atrybutów, takich właśnie jak skromność, jak pokora, ta kobiecość. CZYTAJ WIĘCEJ

Jarosław

słuchacz Radia Maryja

Poglądy zakładające, że spodnie zaprzeczają kobiecości albo że te kobiety, które noszą spódnice zaprzeczają z kolei osiągnięciom feminizmu, wydają się w XXI-wieku egzotyczne.

– To coś groteskowego w dzisiejszych czasach. Spodnie są takim samym strojem dla kobiety, jak spódnica czy sukienka – uważa Joanna Bojańczyk, dziennikarka, znawczyni mody.

Prof. dr hab. Agnieszka Rothert, politolożka z UW, specjalizująca się w zagadnieniach gender, twierdzi, że takie spory o spódnicę mają korzenie w stereotypowym postrzeganiu kobiet i mężczyzn. – Spódnica – kobieta, spodnie – mężczyzna. W opinii niektórych kobieta, która chodzi w spodniach zaprzecza więc swojej kobiecości – zauważa prof. dr hab. Agnieszka Rothert i przypomina, że kiedy w latach 60. rodził się ruch wyzwolenia kobiet, garderoba była pewnym symbolem.

Jesteśmy trochę zapóźnieni. Dyskusje o spodniach kobiet był popularne w USA w latach 90.

prof. dr hab. Agnieszka Rothert

politolożka z UW, specjalizująca się w zagadnieniach feminizmu

– Palono wtedy staniki. W ten sposób demonstrowano równouprawnienie kobiecości. Później w ramach protestu kobiety zrezygnowały z makijażu – dodaje. Zdaniem prof. Rothert jesteśmy teraz w trzeciej fali feminizmu. – Młode feministki odrzucają formy manifestowania, które były popularne w latach 60., kiedy kobiety chodziły w spodniach, nieumalowane, z nieogolonymi nogami. Teraz jest zupełnie inaczej. Feministki przestają być ofiarami. Mogą i chcą manifestować swoją kobiecość i atrakcyjność. Chcą podkreślać atuty. Malują się, noszą atrakcyjne stroje – zaznacza.

Politolożka zwraca uwagę, że spodnie w XXI wieku nie są już formą protestu i mało która kobieta nosi je po to, żeby zamanifestować swoje poglądy. – Oczywiście inaczej patrzy na to 20-letnia dziewczyna, a inaczej 80-letnia kobieta, dla której kobieta w spodniach może stanowić problematyczną kwestię, ale to kwestia różnicy pokoleniowej, innej mody, nie feminizmu – dodaje. Chodzę tylko w spódnicy

Ciekawe jednak, że tak jak kobieta w spodniach dziwi już niewielu, zaczyna dziwić za to ta, która chodzi tylko w spódnicy czy sukience. Nie jest to jednak do końca feministyczny manifest. – To kategoria symbolizmu. Niektóre kobiety noszą spódnice i sukienki, żeby zamanifestować kobiecość – uważa prof. Agnieszka Rothert.

– Zaczęłam nosić spódnice, jak przytyłam. Uznałam, że w spodniach źle wyglądam. To był pierwszy impuls. Później schudłam, ale przyzwyczaiłam się do spódnic. Zaczęło mi się to podobać. Czuję się w nich bardziej kobieco. Inaczej się zachowuję, inaczej siadam. Poza tym w spódnicy i sukience się wyróżniam, bo mało dziewczyn i kobiet w nich chodzi – mówi Anna, która przyznaje, że od 7 lat chodzi tylko w spódnicach. Wyjątkiem, kiedy je zakłada, jest jazda na motocyklu i wyjazd w góry.

Kiedy ktoś słyszy, że Anna chodzi tylko w spódnicach jest zaskoczony i zdziwiony. – Pada: "Jak to?!" A po chwili zastanowienia: "Faktycznie nie widziałem cię nigdy w spodniach". Pytają nawet dlatego, jakby to było coś dziwnego – dodaje. Taka sama reakcja spotyka Monikę, która również nie chodzi w spodniach. – Częściej zdziwione są jednak kobiety niż mężczyźni – zauważa.

Monika przestała chodzić w spodniach, kiedy doszła do wniosku, że się sobie w nich nie podoba. – W spódnicach i sukienkach, najbardziej lubię sukienki, wyglądam lepiej, czuję się bardziej kobieco i atrakcyjnie – dodaje. Spodnie, jeansy, kupiła sobie w zeszłym roku po raz pierwszy od 10 lat. – Kobieta w spodniach wydaje mi się mało atrakcyjna, wyjątkiem jest kobieta w dobranych jeansach i szpilkach. Wygląda seksownie. Swoje jeansy zakładam bardzo rzadko. Fakt bycia w spodniach sprawia, że czuję się na tyle mało kobieco, że muszę jakoś tę kobiecość obronić. Zakładam więc szpilki albo kozaki na obcasie i np. bluzkę z dużym dekoltem – dodaje.

Zmierz spódnicy

Joanna Bojańczyk uważa, że spódnica i sukienka stają się dziś "archaizmem", bo coraz więcej kobiet nosi spodnie. – Nosimy sukienki i spódnice przy ważnej okazji. Staną się wkrótce czymś egzotycznym – twierdzi.

Nie jest to jednak zasługa działalności feministycznych bojowniczek o wolność spodni. Powód jest bardziej prozaiczny. – To kwestia wygody i funkcjonalności. Kobiety przecież normalnie pracują, śpieszą się, mają wiele spraw do załatwienia, a ubranie się w spodnie jest szybsze. Ze spódnicą jest bardziej skomplikowana sprawa. Trzeba znaleźć i dobrać rajstopy, wziąć pod uwagę temperaturę i pogodę. Rajstopy w zimie to nic miłego.

Jej zdaniem triumf spodni to po prostu "zwycięstwo pragmatyzmu". – Wszelkie zjawiska i trendy w modzie są weryfikowane przez praktyczne podejście. A kobiety są praktyczne i dlatego wybierają spodnie – podkreśla i przypomina, że jakiś czas temu była akcja producenta rajstop Gatta "Nośmy spódnice", która zachęcała do ich noszenia. – To w końcu producenci rajstop są najbardziej dotknięci zmianami, które zaszły w świecie mody. Nie sądzę jednak, żeby ktokolwiek mógł przekonać nas do powrotu do spódnic. Pewnych zjawisk nie da się cofnąć. Tak jest z popularnością spodni. Wygrywa wygoda i funkcjonalność – podsumowuje.