
Zakończyły się poszukiwania zaginionego helikoptera pod Olsztynem. Po wielogodzinnej akcji służby ustaliły, że tak naprawdę żaden śmigłowiec nie musiał awaryjnie lądować. Policja, wojsko, straż pożarna i Lotnicze Pogotowie Ratunkowe zostały postawione na równe nogi przez głupi wybryk nastolatka.
Zaginiony helikopter pod Olsztynem. Szokujący zwrot w sprawie
To wydarzenie postawiło na nogi nie tylko służby, ale i całą lokalną społeczność oraz media. 3 maja do hotelu w Sile pod Olsztynem zgłosiła się kobieta, która poinformowała, że z powodu problemów technicznych musi wylądować awaryjnie na terenie obiektu.
Po uzyskaniu zgody na podejście do lądowania kontakt z nią nagle się urwał. Początkowo w akcję poszukiwawczą włączyło się Lotnicze Pogotowie Ratunkowe oraz osiem zastępów straży pożarnej.
W późnych godzinach wieczornych sytuacja zaczęła się mocno komplikować. Dokładne przeczesanie okolicznych terenów z ziemi i powietrza nie przyniosło żadnych rezultatów. Do działań włączono policję oraz wojskową jednostkę PZL-Świdnik W-3WA Sokół.
W zaawansowanej fazie operacji działania prowadzono w pobliskich lasach i zbiornikach wodnych. Wykorzystano do nich dwa śmigłowce, quady, systemy termowizyjne oraz radarowe.
Zwrot akcji ws. zaginionego helikoptera pod Olsztynem
Akcja poszukiwawcza zakończyła się po 22:00. Służby zorganizowały konferencję prasową, podczas której poinformowały, że żaden śmigłowiec nie zaginął. Co stało się w Sile pod Olsztynem? Tak naprawdę nie stało się nic. Zgłoszenie stanowiło "żart" w wydaniu nastolatka, pochodzącego z Trójmiasta.
Jak podaje TVN24, służbom udało się namierzyć telefon, z którego wykonano połączenie do hotelu w Sile. Chwilę później ustalono tożsamość sprawcy. Najprawdopodobniej już 4 maja dojdzie do jego zatrzymania.
Za tego typu przestępstwo grozi nie tylko kara grzywny, ale nawet pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 8 lat.
Zobacz także
