"Państwo w Państwie" walczy z błędami urzędników. "System jest zabójczy"

"Państwo w Państwie" walczy z urzędniczymi patologiami. "System jest zabójczy"
"Państwo w Państwie" walczy z urzędniczymi patologiami. "System jest zabójczy" Polsat / Państwo w Państwie
Ryszard Siwiec w 1968 roku podpalił się na znak protestu wobec inwazji na Czechosłowację. W niedzielę wieczorem raper Andrzej "Żurom" Żuromski oblał się płynem i podpalił na oczach widzów programu "Państwo w Państwie". Te dwie historie łączy nie tylko akt samopodpalenia, ale przede wszystkim uczucie bezsilności, które pchnęło ich do tak radykalnego zachowania. Właśnie takie osoby są bohaterami nadawanego od 2011 roku programu "Państwo w Państwie", który stał się ostatnią, a zarazem skuteczną bronią, do walki z urzędniczą patologią.

Niemalże każdy odcinek "Państwa w Państwie" szokuje widzów . Nadużywanie prawa, korupcja czy nepotyzm to tylko niektóre z patologii polskiego życia publicznego, które złamały karierę tysięcy przedsiębiorców i zwykłych ludzi. Wczorajszy odcinek programu pokazał, jak ogromną traumę mogą wywołać niektóre decyzje urzędników.

Siedem lat temu raper trafił do więzienia pod zarzutem handlu narkotykami. Podstawą do jego zatrzymania były słowa świadka koronnego, który obciążył Żuroma swoimi zeznaniami. I choć "Żurom" wygrał sprawę o przewlekłość postępowania sądowego, prokuratura do dziś zbiera dowody, które mogłyby potwierdzić wersję świadka koronnego.

– Sytuacja była dramatyczna – mówi Anna Oblicka, szefowa programu "Państwo w Państwie". – Zbliżał ‚ się koniec programu, a tu nagle wstaje człowiek, któremu towarzyszymy od roku w jego potyczce z wymiarem sprawiedliwości, oblewa się płynem i podpala. To był z jego strony akt absolutnej determinacji. Przemka Talkowskiego, prowadzącego program, wbiło w podłogę. Nas w reżyserce po prostu zmroziło, zaczęliśmy krzyczeć: "gasić ten ogień!". Tam mogło się zdarzyć wszystko – mówi nam Anna Oblicka, która podobnie jak wielu widzów programu, nadal nie może uwierzyć w to, co wydarzyło się w studiu.



– To nie było w żaden sposób wyreżyserowane – mówi prowadzący program Przemysław Talkowski, który usiłował gasić płonące ubranie swojego gościa. – Najgorzej było gdy okazało się, że Żurom nie może odpiąć suwaka, bo się stopił. Wtedy raper stracił kontrolę nad tym, co się dzieje – mówi dziennikarz. Talkowski przyznaje, że jeszcze nigdy w jego karierze nie zdarzyło się coś podobnego. – Długo nie mogłem po tym zasnąć – mówi.

– Dziś wszyscy o tym mówimy, bo jesteśmy w lekkim szoku. Podpalenie się, to działanie ostateczne – mówi nam szefowa programu. Do tej pory, program "Państwo w Państwie" dawał siłę bohaterom, którzy stali się ofiarami urzędniczej patologii. Ludzie, którzy podobnie jak ich rodziny, są na skraju wyczerpania, walczą latami o sprawiedliwość o prawdę i wciąż nie widać światła w tunelu. – System jest zabójczy – stwierdza Anna Oblicka, która co tydzień na własne oczy przekonuje się, jak ogromne konsekwencje społeczne powodują patologie urzędniczej rzeczywistości.

Czytaj także: Ponad 90 proc. urzędników nagrodzono za "szczególne osiągnięcia". Niektórych za... punktualność

– Mówimy o takich ludzkich historiach, gdzie człowiek znalazł się w sytuacji skrajnie patowej i nikt nie jest mu już w stanie pomóc. Wszyscy rozkładają ręce i nikt się nad nim nie pochyli, którego życie zostało złamane przez błędy ale też złą wolę urzędników. Trzeba zmienić ich mentalności, to oni powinni oglądać nasz program. Może wreszcie trafi do nich, że zmiany są nieuniknione. To właśnie ludzka krzywda, krzywda niezawiniona doprowadziła do kryzysu zaufania do przedstawicieli państwa – mówi Anna Oblicka.

Urzędnicy nie dają za wygraną

Twórcy "Państwa w Państwie" ujawniają urzędnicze patologie i absurdy polskiego prawa. Za pośrednictwem programu pokazywane są nie tylko dramaty zwykłych ludzi, ale także błędy konkretnych urzędników, które w innym wypadku zostałyby zamiecione pod dywan. O sile programu, który został wyróżnionym nagrodą Grand Press 2012 w kategorii publicystyka i Wektorem 2012 za odwagę świadczy najlepiej fakt, że druga stroną postanowiła uprzykrzyć życie dziennikarzom, którzy poruszają niewygodne dla urzędników tematy.

– Poruszamy historie ludzi, o których musimy opowiedzieć, bo inaczej sumienie dalej nie pozwoliłoby by nam, abyśmy prowadzili ten program – mówi szefowa "Państwa w Państwie". Sumienia urzędników są jednak zdecydowanie bardziej elastyczne, gdyż nie tylko nie ułatwiają pracy twórców programu, ale też świadomie ją utrudniają. – Mamy sygnały, że rzecznik prasowy ministerstwa finansów rozesłał "sugestię" do podległych placówek, aby z nami nie rozmawiać. To samo zrobiła prokuratura – mówi Anna Oblicka. I choć rzecznicy mówią im o tym fakcie jedynie nieoficjalnie, to odmowy wzięcia udziału w programie "z tezą" są już całkiem jawne.

– Przedstawiciel organów państwa pojawiający się w naszym programie musiałby wziąć odpowiedzialność za ewentualne błędy podwładnych, bronić ich lub wyciągać konsekwencje służbowe. Oni maja jednak nadzieję, że sprawę uda się zamieść pod dywan, a ludzie zapomną o sprawie. Nasz program mówi "nie". Będziemy dopóty drążyć te historie, dopóki coś się nie zmieni: ustawy, prawo. Na razie zaś urzędnik jawi się jako pan i władca, a przecież jest na służbie – podkreśla Anna Oblicka, która wraz z redakcyjnymi kolegami, zamierza zrobić wszystko, aby zmienić obraz kafkowskiej rzeczywistości.

Prokuratura idzie w zaparte

Notoryczna odmowa wypowiedzi i udziału w programie to nie jedyne "grzeszki" urzędników. Prowadzący program "Państwo w Państwie" twierdzi, że wieloletnie sprawy nie znajdują swojego finału, gdyż wymiar sprawiedliwości, sądy, prokuratorzy nie chcą przyznawać się do popełnionych błędów. – Prokuratura brnie w zaparte. Po kilku tymczasowych aresztowaniach i kilku latach trwania sprawy, nie mogą się przyznać do tego, że przez tak długi czas popełniali błędy. Gdy my podamy nieprawdziwe informacje, piszemy sprostowania i mówimy zwykłe ludzkie "przepraszam". Rozumiem, że nikt nie lubi przegrywać. Ale to jest brak odpowiedzialności urzędników – mówi Talkowski.

Konsekwencje takiego działania bywają dramatyczne. – Ludzie pytają się mnie, jak to możliwe, że co tydzień wytrzymuję wysłuchiwanie tych historii. A ja nie jestem w stanie przejść do porządku dziennego nad tym, że ktoś próbuje targnąć się na swoje życie – wyznaje prowadzący "Państwo w Państwie". Uczestnicy programu postanowili wspierać się wzajemnie i założyli stowarzyszenie "Niepokonani 2012".

Przemysław Talkowski zauważa, że samopodpalenie "Żuroma" tak naprawdę nie jest najbardziej dramatycznym wydarzeniem w historii programu.  – Jeden z bohaterów Witold Szybowski nie doczekał sprawiedliwości, zmarł na atak serca. Zniszczyli go ludzie, którzy wsadzili go do aresztu. Inny bohater naszego programu miał w zeszłym roku wylew i jest częściowo sparaliżowany – wymienia Talkowski.

Prowadzący "Państwo w Państwie" spodziewa się, że wiele osób może zarzucać "Żuromowi", że jego gest miał na celu wywołanie skandalu i zdobycie popularności. – Mieliśmy wiele przypadków, gdy nasi bohaterowie próbowali odebrać sobie życie. "Żurom" chciał zwrócić na siebie uwagę, ale zrobił to nie jako muzyk czy raper, a jako człowiek, który od sześciu lat walczy z bardzo wątpliwymi dowodami przeciw niemu – podsumowuje Przemysław Talkowski.

Czytaj także: "Żurom" podpalił się na antenie Polsat News. "Nie jestem chory psychicznie, wszystko robiłem na spokojnie" [wywiad]
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...