Lamborghini

W Genewie pokazano trzy wspaniałe maszyny, które u jednych powodują orgazm, u innych nadmierną potliwość. Pooglądałem, posłuchałem opinii i doszedłem do wniosku, że wszystkie są wspaniałe. Ale co się stało z nazwami? Czy producentom brakuje pomysłów?

REKLAMA
W kolejności alfabetycznej mamy tak: Ferrari LaFerrari, Lamborghini Veneno i McLaren P1. Samochody cudowne, niesamowite, pasjonujące. Choć o gustach się nie dyskutuje, to dla mnie wszystkie są piękne.
Jednak przyjrzyjmy się nazwom. Kiedyś supersamochody nazywały się lepiej niż jeździły. Nie tylko supersamochody. W USA mieliśmy Mustangi, Camaro, Chargery, Challengery i Vipery. W Europie lubimy cyferki, ale prawie zawsze coś oznaczały. Mamy jasny podział na klasy. W Japonii nigdy nie brakowało pomysłów – Mirage, Supra, Skyline, Prelude… Nie ważne co to znaczy, ważne jak brzmi.
A dziś supersamochody nazwano tak jakby były modelem telefonu komórkowego lub po prostu rodzajem gwintu żarówki. Z całym szacunkiem do najbardziej kreatywnych z całej trójki ludzi z Lamborghini, ale Veneno nie brzmi dobrze. Za dużo w tym "n" i "e". Co z tego, że po hiszpańsku oznacza truciznę czy jad? Po pierwsze Lamborghini to włoski samochód. Po drugie nie każdy zna hiszpański. Czy tylko Hiszpanom ma się podobać? Zresztą co za różnica co oznacza? Ma dobrze brzmieć. A gdyby Lamborghini było polskie? Lamborghini Trucizna nadal brzmi kiepsko. Ferrari Trucizna? A może Porsche Jad…
logo
Wyjątkowy samochód o wyjątkowo nieudanej nazwie - VENENO Lamborghini

Veneno nawet gdy nie wiadomo co oznacza, brzmi fatalnie. Bardziej przywodzi mi to na myśl coś w rodzaju odchodów. Można pomylić z producentem części do samochodów – Valeo. Veneno to mogłoby być mydło do prania, ale nie superauto. Można nazwać samochód naprawdę fajnie i w taki sposób aby pasowało do jego mocy i włoskości. Diablo, Murcielago i Aventador brzmią bardzo dobrze. A Miura, Espada lub Countach – świetnie. To są superauta.
Jednak Lambo i tak wyszło zwycięską ręką. Ich najwięksi w historii konkurenci z Maranello to dopiero ludzie bez pomysłu. Samochód, za który miałbym zapłacić ponad milion euro po prostu nie ma nazwy. Już Enzo (imię pana Ferrari) było moim zdaniem totalną kompromitacją. To jakby Porsche nagle stwierdziło, że nazwie samochód Ferdynand, a kolejne modele: Aloisa, Ferry i Louise. Ferrari nigdy nie wymyślało porywających nazw, ale F355 czy F550 coś przynajmniej oznaczało. Pradziadek najnowszego dzieła z Maranello nazywał się F40, co oznaczało F jak Ferrari zbudowane na 40. rocznicę marki. 10 lat później powstało F50. Kolejne dziesięciolecie później brak pomysłu i Enzo. A teraz po prostu zapomnieli o tym porozmawiać i gdy zapytano co to za auto, ktoś powiedział LaFerrari i tak zostało. I mamy Ferrari LaFerrari, jakby Porsche DasPorsche albo Ford TheFord.
logo
Gdyby ktoś nie wiedział, to jest Ferrari. Jaki model? LaFerrari - naprawdę Ferrari

W inną stronę poszedł Ron Dennis – szef McLarena. Jemu też zabrakło pomysłu i wylosował sobie jedną literkę i jedną cyfrę. I tak nie było łatwo, bo wiele literek i cyferek jest już zarezerwowanych. Jest przecież Citroen C4, Alpina B5, BMW M6, państwa z grupy G7 i Audi S8, itp.
logo
McLaren P1. Jest jeszcze czas na wymyślenie nazwy McLaren

Wcześniejszy model F1 mówił jasno o powiązaniach marki z Formułą 1. Zresztą był szybszy od tych bolidów. Później był model MP4-12C, znów odwołanie do Formuły 1, bo podobnie nazywają się kolejne bolidy stajni z Woking. A teraz P1. Przecież P1 to równie dobrze mógłby być numer drogi, albo oznaczenie klasy wielkości wykałaczek. P1 dla samochodu o mocy 900 koni mechanicznych wartego milion euro? Gdyby to był Fiat z silnikiem o pojemności 900 cm3 to rozumiem. A tu samochód, który wygląda jak wściekły szerszeń i jeździ szybciej niż najszybszy motocykl, a nosi nazwę P1.