
"Ludzie, których spotykamy na wakacjach" to komedia romantyczna, która niczym ciepły kocyk ogrzała mnie tej mroźnej zimy. Dzięki ekranizacji powieści Emily Henry mogłam odwiedzić Nowy Orlean oraz Toskanię, i poznać historię, która w przeciwieństwie do "Jednego dnia" ma happy end. Emily Bader i Tom Blyth to duet idealny.
Zaliczyłam pierwszy upadek na oblodzonej ulicy, zapomniałam założyć rękawiczek, co sprawiło, że moje dłonie wyglądają jak ręce boksera, jednym zdaniem – zima dopiero się zaczęła, a już dała mi w kość. Gdy zaczęłam na poważnie marzyć o ciepłej pogodzie, Netflix podsunął mi pod sam nos komedię romantyczną "Ludzie, których spotykamy na wakacjach", która dała mi upragnioną namiastkę lata.
Recenzja filmu "Ludzie, których spotykamy na wakacjach"
Poppy Wright jest dziennikarką podróżniczą, która nie potrafi zatrzymać się w jednym miejscu na zbyt długo. Tego samego nie można powiedzieć o jej najlepszym przyjacielu Alexie Nilsenie, który gdyby tylko mógł, nigdy nie ruszyłby się z miasta Linfield w stanie Ohio. Ogień i woda, poszukująca przygód ekstrawertyczka i pragmatyczny introwertyk.
W trakcie collage'u przyjaciele obiecują sobie, że każdego lata będą wspólnie spędzać wakacje. Przez chwilę taki niezobowiązujący układ im odpowiada, aż w końcu silniejsze uczucie zaczyna pukać do ich drzwi, a sprawy robią się coraz bardziej skomplikowane.
W pierwszej połowie "Ludzi, których spotykamy na wakacjach" reżyser Brett Haley ("Prawie jak gwiazda rocka") serwuje nam wspaniale skrojony rom-com, uwypuklając różnice między dwójką głównych bohaterów, a także pozytywny wpływ, jaki mają one na ich irytujące nawyki. Poppy pozwala sztywnemu Alexowi odkryć drzemiące w nim pokłady spontaniczności, a on daje jej poczucie bezpieczeństwa.
Taka przepaść między postaciami sprawia, że scenariusz pisze się sam, a żarty sytuacyjne bawią niczym komediowe perełki sprzed ponad dekady. Jest miło, śmiesznie, wzruszająco i przede wszystkim bardzo naturalnie, za co większe podziękowania należą się piekielnie utalentowanej Emily Bader, która niewymuszonym humorem zachwyciła mnie w skasowanym, niestety, serialu "Moja lady Jane", i Tomowi Blythowi, odtwórcy młodego Coriolanusa Snowa w "Igrzyskach śmierci: Balladzie ptaków i węży".
Ekranowa chemia między aktorami utrzymuje ten film przy życiu, gdy w końcowej fazie scenariusz zaczyna lecieć na łeb na szyję. "Ludzie, których spotykamy na wakacjach" swoją formułą, chcąc nie chcąc, przypominają książkę "Jeden dzień" Davida Nichollsa i dlatego też lepszym wyborem dla tej ekranizacji byłby miniserial – Haley dość mocno pociął oryginał, a zrobione przez niego dziury widać gołym okiem.
Film zasypuje widzów retrospekcjami i dobrze, że poświęcono im tyle czasu, aczkolwiek sekwencjom rozgrywającym się w teraźniejszości nie dano tyle samo uwagi. Finalnie mogły one wybrzmieć lepiej, gdyby zostały bardziej rozbudowane.
"Ludzie, których poznajemy na wakacjach", choć nie są pozbawieni wad, tak czy siak bronią się jako komedia romantyczna. Są okazją do odetchnięcia, zapomnienia o śniegu za oknem i pośmiania się.
Zobacz także
