Zbigniew Ziobro ucieka pod węgierski parasol, Mateusz Morawiecki mówi: "Niech mnie tutaj sądzą".
Zbigniew Ziobro ucieka pod węgierski parasol, Mateusz Morawiecki mówi: "Niech mnie tutaj sądzą". Fot. TomaszKudala, shutterstock; Kancelaria Premiera, flick; montaż: naTemat

Zbigniew Ziobro korzysta z azylu na Węgrzech, Mateusz Morawiecki odrzuca taką możliwość dla siebie i zapowiada walkę "na ubitej ziemi". To dwie twarze jednej opozycji i dwa sposoby mierzenia się z prokuraturą.

REKLAMA

W tym samym momencie, gdy Zbigniew Ziobro ogłasza, że otrzymał azyl polityczny na Węgrzech i stawia "opór postępującej dyktaturze", były premier Mateusz Morawiecki wybiera zupełnie inną linię. W rozmowie z dziennikarzami RMF FM podkreśla, że nie zamierza uciekać z Polski ani szukać ochrony za granicą.

– Na pewno się nie będę starał nigdzie o żaden azyl. Niech mnie tutaj sądzą, jak mają ochotę – stwierdza, jednocześnie akceptując ewentualną perspektywę procesu przed krajowym sądem.

To zderzenie dwóch postaw w szeregach tej samej formacji pokazuje, jak głębokie jest dziś pęknięcie wśród byłych ludzi władzy. Ziobro buduje narrację o politycznym prześladowaniu i "kryptodyktaturze", Morawiecki również ostro krytykuje rząd, ale jednocześnie deklaruje, że chce toczyć ten spór na polskim gruncie.

"Demokratura" i "gierkizm". Morawiecki o państwie Tuska

Pytany o oświadczenie Ziobry, w którym były minister sprawiedliwości opisuje Polskę jako kraj dryfujący w stronę dyktatury, Morawiecki nie odcina się od oceny wymiaru sprawiedliwości, ale stawia własne akcenty. Mówi o systemie "pomiędzy dyktaturą a demokracją", nazywając go "demokraturą".

Były premier porównuje metody obecnej władzy do epoki Edwarda Gierka. Widzi w działaniach rządu mieszankę propagandy sukcesu i represji wobec przeciwników politycznych. W jego ocenie narracja, którą buduje gabinet Donalda Tuska, ma wiele wspólnego z PRL-owskim sposobem zarządzania informacją. Z tą jednak różnicą, że dziś bronią są media społecznościowe i wyrafinowany marketing polityczny.

Najostrzejsze słowa Morawieckiego padają pod adresem samego premiera. Były szef rządu przekonuje, że Donald Tusk jest "absolutnym mistrzem" w mydleniu oczu opinii publicznej, a legendarny rzecznik rządu PRL Jerzy Urban mógłby "brać u niego lekcje". To mocne porównanie ma pokazać, że w oczach Morawieckiego problem nie kończy się na pojedynczych decyzjach prokuratury, ale dotyczy całego sposobu sprawowania władzy.

Mateusz Morawiecki: "Niech mnie tutaj sądzą"

W przeciwieństwie do Ziobry, który tłumaczy swój wyjazd zagrożeniem ze strony "politycznie sterowanej" prokuratury, Morawiecki stara się pokazać jako polityk gotowy wziąć odpowiedzialność na siebie – przynajmniej na poziomie deklaracji. Podkreśla, że w razie potrzeby stawi się "tam, gdzie trzeba", nawet jeśli będzie to oznaczało ryzyko aresztu.

Były premier chce uchodzić za kogoś, kto nie chowa się za granicą, tylko pozostaje w kraju, by "walczyć na ubitej ziemi z tym rządem". Jednocześnie nie rezygnuje z tezy, że prokuratura jest upolityczniona i ściga opozycję z przyczyn politycznych. Różnica polega na tym, że w jego narracji odpowiedzią ma być nie azyl, lecz publiczna konfrontacja przed polskim sądem.

Wybory kopertowe wracają. O co oskarżany jest Morawiecki?

Morawiecki ma już postawione zarzuty, które dotyczą wydarzeń z 2020 roku – z czasu pandemii i planów przeprowadzenia wyborów prezydenckich wyłącznie korespondencyjnie.

Prokuratura zarzuca mu, że jako urzędujący premier przekroczył swoje uprawnienia, zlecając Poczcie Polskiej przygotowania do tzw. wyborów kopertowych bez wystarczającej podstawy prawnej. Państwo poniosło ogromne koszty organizacji głosowania, które ostatecznie się nie odbyło: wybory przesunięto, a Polacy głosowali w tradycyjnych lokalach.

Były szef rządu stawił się w prokuraturze, by usłyszeć zarzuty, ale odmówił składania wyjaśnień. Wcześniej sam zrzekł się immunitetu, podkreślając, że nie chce korzystać z parasola ochronnego, który standardowo przysługuje posłom.