
Ukraińskie służby antykorupcyjne uderzają w kolejną aferę w parlamencie. Tym razem na celowniku ma być była premier Julia Tymoszenko, której ugrupowanie przeżyło całą noc przeszukania. Oficjalnie mowa o kupowaniu głosów w Radzie Najwyższej. Nieoficjalnie natomiast o politycznej wojnie tuż przed możliwymi wyborami.
Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy i Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna poinformowały o rozpracowaniu kolejnego mechanizmu korupcyjnego w Radzie Najwyższej. Według komunikatu przewodniczący jednej z frakcji miał oferować pieniądze parlamentarzystom spoza własnego klubu w zamian za głosowanie zgodne z ustalonym wcześniej scenariuszem – "za" albo "przeciw" konkretnym projektom ustaw.
Choć w oficjalnym komunikacie nie padło żadne nazwisko, ukraińskie redakcje nie czekały długo z własnymi ustaleniami. Publiczny portal Suspilne jako pierwszy wskazał, że wspomnianym szefem frakcji ma być Julia Tymoszenko – była premier i obecna liderka Batkiwszczyny. Te informacje w krótkim czasie potwierdziły również Radio Swoboda i telewizja Espreso.
Tymoszenko od lat jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci ukraińskiej sceny politycznej, a jej ugrupowanie uchodzi za opozycyjne wobec obecnych władz w Kijowie. To sprawia, że sprawa natychmiast zyskała dodatkowy, polityczny wymiar – nie tylko jako kolejna afera korupcyjna, lecz także test na to, jak konsekwentnie państwo potraktuje zarzuty pod adresem tak silnej postaci.
Nocne przeszukanie i oskarżenia o "szturm"
Sama Tymoszenko szybko przeszła do kontrataku. Na oficjalnym profilu ogłosiła, że w biurze jej partii przez całą noc trwały "pilne działania śledcze". Opisała je jako wejście kilkudziesięciu uzbrojonych funkcjonariuszy, którzy mieli de facto przejąć budynek i uniemożliwić pracownikom swobodne opuszczenie siedziby.
Była premier porównała tę scenę do czasów Janukowycza i Rewolucji Godności, sugerując, że zamiast standardowej procedury procesowej mamy do czynienia z pokazową akcją, która ma wywołać efekt zastraszenia. Według jej relacji służby nie odnalazły dowodów na korupcję, a jedynie zabrały telefony służbowe, dokumenty parlamentarne i oszczędności wykazywane w oficjalnych oświadczeniach majątkowych.
W interpretacji Tymoszenko cała operacja ma więc wymiar polityczny, a nie karny – ma świadczyć o tym, że władze szykują się do kampanii wyborczej i chcą wcześniej osłabić konkurentów.
Kupowanie głosów w Radzie Najwyższej nie jest niczym nowym
Pod koniec grudnia te same instytucje (NABU i SAP) ujawniły działanie zorganizowanej grupy, która miała zajmować się kupowaniem głosów w ukraińskim parlamencie. Według tamtego śledztwa deputowani otrzymywali od 2 000 do 20 000 dolarów w zamian za głosowanie zgodne z ustalonym z góry schematem. Media informowały wówczas, że podejrzenia dotyczą m.in. przedstawicieli prezydenckiej partii Sługa Narodu.
Obecne doniesienia o roli Julii Tymoszenko pokazują, że podejrzenia korupcyjne rozlewają się bardzo szeroko, obejmując zarówno obóz władzy, jak i silną opozycję. Walka z "kupowaniem przycisków" w Radzie Najwyższej staje się więc jednym z najważniejszych frontów wewnętrznych, gdy państwo wciąż broni się przed pełnoskalową agresją.
Czy sprawa Julii Tymoszenko okaże się przełomem w oczyszczaniu ukraińskiej polityki, czy raczej zostanie wpisana w logikę przedwyborczego konfliktu? To rozstrzygną dopiero wyniki śledztwa i transparentność jego dalszego przebiegu. Na razie wiadomo jedynie, że w kraju, który liczy na miliardy euro wsparcia i marzy o wejściu do Unii Europejskiej, koszt politycznych gier wokół korupcji będzie liczony nie tylko w sondażach, lecz także w zaufaniu zagranicznych stolic.
Zobacz także
