
Na konto wpada nagle kilkaset złotych z nieznanego numeru. Po chwili przychodzi SMS z przeprosinami i prośbą o zwrot. Odruchem większości jest oddać środki, w końcu nikt nie chce odpowiadać za bezpodstawne wzbogacenie. Problem w tym, że taki odruch może zrobić z przypadkowego odbiorcy pośrednika w przestępstwie.
Jako pierwsza o nowym sposobie oszustów napisała wyborcza.biz. Jak opisuje redakcja, sam mechanizm zaczyna się bardzo niepozornie. Oszuści wysyłają przelew Blikiem na losowo wybrany numer telefonu, licząc na to, że po drugiej stronie trafią na kogoś przyzwoitego i zestresowanego perspektywą "przywłaszczenia" cudzego przelewu. Kwota jest na tyle wysoka, żeby wzbudzić czujność, ale na tyle niska, by nie kojarzyć się od razu z grubszą aferą.
Chwilę po przelewie kontaktuje się rzekomy nadawca. Tłumaczy, że pomylił cyfry przy wpisywaniu numeru, prosi o wyrozumiałość i szybki zwrot pieniędzy. Dodaje, że liczy na uczciwość, bo przecież każdy mógłby się znaleźć w podobnej sytuacji. Osoba, która widzi świeży wpływ na koncie, zwykle nie chce konfliktu z prawem ani z bankiem i wchodzi na swoje konto, by środki oddać. To właśnie w tym momencie zaczyna się właściwe oszustwo, a my stajemy się "słupem".
Jak działa perfidny scenariusz na Blika?
W tle całej operacji jest pierwsza, niewidoczna ofiara – klient platformy sprzedażowej. Oszuści wystawiają tam fikcyjny towar w niezwykle atrakcyjnej cenie, zbierają chętnych i podają do płatności numer telefonu osoby, którą wylosowali wcześniej jako "magazyn" na pieniądze. Kupujący płaci Blikiem, pewny, że opłaca zakup.
Pieniądze nie trafiają więc na konto przestępcy, lecz na rachunek zupełnie przypadkowej osoby. To właśnie ona po chwili dostaje wiadomość o pomyłce i prośbę o zwrot. Gdy zgadza się oddać środki, nie przelewa ich z powrotem na numer, z którego przyszły, tylko na zupełnie inny numer telefonu lub rachunek bankowy, który podaje oszust.
Efekt jest taki, że uczciwy odbiorca staje się nieświadomym pośrednikiem. De facto bierze na siebie ryzyko prawne i w razie śledztwa może być widoczny w historii przelewów jako osoba, przez którą przeszły środki z oszustwa. Z perspektywy kupującego wygląda to tak, jakby to właśnie on zapłacił tej przypadkowej osobie, a nie oszustowi ukrytemu za fałszywym kontem.
Schemat przypomina znane już praktyki z tzw. słupami, tyle że tutaj nikt nie "zatrudnia" pośrednika, nie obiecuje wynagrodzenia ani pracy zdalnej przy składaniu długopisów. Druga ofiara sama zgłasza się do pomocy, bo chce zachować się w porządku.
Prawo każe oddać pieniądze, ale nie byle komu i nie byle jak
Polskie przepisy traktują omyłkową wpłatę jako bezpodstawne wzbogacenie. Jeśli zatrzymamy pieniądze, które trafiły do nas ewidentnie przez pomyłkę, ryzykujemy spór z nadawcą – w skrajnym przypadku także sprawę sądową. To właśnie na tę wiedzę grają przestępcy: liczą, że odbiorca zadziała odruchowo i jak najszybciej się "oczyści", robiąc przelew zwrotny.
Eksperci podkreślają jednak, że uczciwość nie oznacza przelewania pieniędzy pod dyktando przypadkowego nadawcy wiadomości. Bezpieczna droga jest tylko jedna: kontakt z własnym bankiem. To on ma przejąć sprawę, namierzyć faktycznego zleceniodawcę omyłkowego przelewu i uruchomić przewidzianą procedurę zwrotu środków.
Prośba, by pieniądze przelać na inny numer telefonu lub inny rachunek niż ten, z którego wpłata wyszła, powinna być traktowana jak syrena alarmowa. Z perspektywy prawa to właśnie taki zwrot może wciągnąć nas w łańcuch niejasnych transakcji, których źródłem jest zwykłe oszustwo na platformie sprzedażowej.
Blik wygodny dla ludzi, wygodny też dla przestępców
Operator systemu płatności zwraca uwagę, że sam mechanizm przelewów na telefon jest bezpieczny i daje użytkownikom pełną kontrolę nad środkami. Gdy ktoś naprawdę się pomyli, bank może pośredniczyć w odzyskaniu kwoty – to nadawca przelewu składa wniosek, a instytucje rozliczają między sobą zwrot pieniędzy w cywilizowany sposób.
Jak informuje Adam Bednarek z portalu Spider’s Web opierając się na przesłanym przez operatora systemu Blik oświadczeniu, dotychczas do banków, organizacji branżowych i największych platform sprzedażowych nie spłynęła fala skarg dotyczących właśnie tego konkretnego scenariusza. To jednak nie oznacza, że takie zjawisko nie ma miejsca. Zawsze powinniśmy być czujni, szczególnie wtedy, gdy zapali się nam w głowie chociażby najmniejsza "czerwona lampka".
Zobacz także
