Wynajem krótkoterminowy stał się furtką do polskiej wizy.
Wynajem krótkoterminowy stał się furtką do polskiej wizy. Fot. Serhii Ivashchuk, Shutterstock.com

Rezerwacja mieszkania na kilka tygodni, opłacony pobyt, papier do wniosku o wizę lub pobyt czasowy, a potem anulowanie w ostatnim terminie. Wynajem krótkoterminowy stał się dla części cudzoziemców wygodnym sposobem na udokumentowanie miejsca pobytu w Polsce, a dla właścicieli mieszkań źródłem olbrzymich strat. O sprawie pisze "Gazeta Wyborcza".

REKLAMA

Aby dostać wizę do Polski lub zezwolenie na pobyt czasowy, cudzoziemiec musi udowodnić, gdzie będzie mieszkał. W dokumentach może podać adres hotelu, mieszkania na wynajem albo osoby, która go przyjmie.

Jak podaje "Gazeta Wyborcza", coraz częściej wybór pada na lokale oferowane w najmie krótkoterminowym – te same, które do tej pory służyły głównie turystom i osobom w delegacji.

Dla urzędników liczy się formalny dowód: rezerwacja, potwierdzenie zakwaterowania, adres. System opiera się na założeniu, że skoro ktoś opłacił pobyt na kilka czy kilkanaście tygodni, faktycznie zamierza tam zamieszkać na czas studiów czy pracy. Jak pokazują relacje branży, nie zawsze tak jednak jest.

Rezerwuje, płaci, anuluje. Schemat uderza we właścicieli

Praktyka opisywana przez zarządzających mieszkaniami powtarza się w bardzo podobny sposób. Obcokrajowiec rezerwuje lokal na platformie, często na 8-12 tygodni. Pieniądze wpływają, kalendarz się blokuje, właściciel odmawia innym chętnym, bo ma "pewnego" gościa na dłuższy pobyt.

Jak opisuje "Wyborcza", kulminacyjny moment przychodzi wtedy, gdy kończy się termin bezpłatnego anulowania. To właśnie w tym momencie część takich rezerwacji znika – gość rezygnuje, korzystając z regulaminu serwisu. Dokument potwierdzający zarezerwowany pobyt zdążył już jednak trafić do wniosku wizowego lub do urzędu wojewódzkiego jako dowód miejsca zamieszkania.

Dla właścicieli mieszkań oznacza to nie tylko utratę kilku czy kilkunastu tygodni potencjalnych rezerwacji, ale też poczucie, że ich lokale stają się narzędziem do omijania przepisów, choć wszystko odbywa się w ramach obowiązującego prawa.

Kalendarze zablokowane, a urzędy patrzą głównie na papierek

Właściciele i firmy zarządzające najmem krótkoterminowym skarżą się, że takie "wizowe rezerwacje" trudno odróżnić od normalnych. Dla systemu są po prostu długimi bookingami, które nagle znikają. Platformy turystyczne nie mają obowiązku weryfikowania, do jakich celów wykorzystywane jest potwierdzenie noclegu.

Po stronie państwa kontrola również jest ograniczona. Ministerstwo Spraw Zagranicznych otwarcie przyznaje, że autentyczność deklarowanego miejsca pobytu cudzoziemców sprawdza tylko wtedy, gdy urzędnik zacznie coś podejrzewać. Standardem są więc procedury formalne, oparte na dokumentach dołączonych do wniosku, a nie na systematycznych wyjazdach kontrolnych czy weryfikacji każdej rezerwacji.

Urzędy wojewódzkie dopuszczają przy wnioskach o pobyt czasowy różne formy potwierdzenia lokum – od umowy najmu po rezerwację hotelową. To otwiera furtkę, z której korzystają osoby chcące jak najszybciej "domknąć" sprawę, nawet jeśli rzeczywiste plany mieszkaniowe są zupełnie inne.

Ryzyko dla cudzoziemców to utrata zezwolenia i wywiad Straży Granicznej

Z perspektywy przepisów sprawa nie jest jednak całkowicie obojętna. Jeżeli w postępowaniu wyjdzie na jaw, że cudzoziemiec podał nieprawdziwe dane dotyczące miejsca pobytu, to grozi mu cofnięcie zezwolenia. Teoretycznie Straż Graniczna może prowadzić wywiad środowiskowy, sprawdzając, czy w danym lokalu ktoś faktycznie mieszka.

Problem jednak w tym, że są to narzędzia stosowane wyrywkowo. Ani resort dyplomacji, ani wojewodowie, ani Straż Graniczna nie podają danych o skali wykrytych fikcyjnych rezerwacji. Nie wiadomo więc, czy mówimy o pojedynczych przypadkach, czy o zjawisku, które stało się nieformalną "instrukcją" dla większej grupy zagranicznych studentów i pracowników.

Luka systemowa czy koszt uboczny otwartości?

Przepisy Schengen i polskie regulacje wymagają od osób spoza Unii rzetelnego udokumentowania celu i warunków pobytu, w tym właśnie zakwaterowania. Z perspektywy państwa zapis o "rezerwacji hotelowej" czy "adresie zakwaterowania" ma chronić przed anonimowym napływem osób bez planu na pobyt. Z perspektywy rynku najmu krótkoterminowego stał się jednak luką, którą część cudzoziemców wykorzystuje do własnych celów.

Na razie to właściciele mieszkań biorą na siebie skutki takiej kreatywności – zablokowane kalendarze, anulacje w ostatniej chwili i brak pewności, czy długie rezerwacje faktycznie dojdą do skutku. A państwo balansuje między potrzebą kontroli a ograniczonymi zasobami do weryfikowania każdej deklaracji składanej w konsulacie czy urzędzie wojewódzkim.