Polacy odkryli, że można spacerować po zamarzniętej rzece lub jeziorze. Problem w tym, że NIE można. – Jedyny bezpieczny lód jest na sztucznych lodowiskach i w napojach chłodzących – mówi niby żartem, ale zupełnie serio Wojciech Lewko, ratownik wodny, który pracując kilkadziesiąt lat w służbach, widział już niejedną śmierć. Inny z moich rozmówców przekonuje jednak, że zamiast zakazywać chodzenia po lodzie, powinniśmy wziąć przykład ze Szwedów.
Neptun to prawie popadł w kompleksy. W Gdańsku w ostatnich dniach nie było większej atrakcji niż zamarznięta Motława. Po skutej lodem rzece spacerowały całe rodziny z dziećmi. Jedni dziarsko pchali przed sobą wózki z niemowlętami, inni prowadzili na smyczy pieski.
Niektórzy po lodzie jeździli nawet rowerami. Inni kręcili na łyżwach piruety.
Internet zalała fala filmików, na których ludzie odkrywają Motławę na nowo. Przytulają się do niewzruszonego od lat Sołdka, robią sobie z nim zdjęcia.
Zamarznięta rzeka stała się nowym miejskim deptakiem.
Służby z megafonu apelowały, żeby nie wchodzić na lód, ale kto by tam ich słuchał. Taka frajda!
Ludzie dalej robili swoje. Aż Gdański Ośrodek Sportu stracił cierpliwość i zamknął Motławę niczym rząd PIS lasy w covidowych czasach. Ci, którzy chcieli zrobić fotkę przy Sołdku i wrzucić na Instagrama, już tego nie zrobią.
Na Motławie wiszą tabliczki z zakazem, łańcuchy blokują wejście. A ośrodek sportu wytacza mocny argument w swoich mediach społecznościowych:
"Lód na Motławie jest cieńszy, słabszy i bardziej nieprzewidywalny niż wygląda. Dodajmy do tego odwilż i ogrzewane jachty - i mamy przepis na tragedię. Tabliczki wiszą po to, żeby do niej nie doszło"
Problem z głowy? Nie. Bo nie tylko Motława w mroźne styczniowe dni pełniła funkcję deptaka.
Ludzie nadal spacerują po zamarzniętych akwenach w całej Polsce. Po Wiśle, po warmińskich jeziorach. Zamarznięte rzeki i zbiorniki wodne stały się większą atrakcją niż wyjazd na narty.
Szwedzi to wiedzą, my jeszcze nie
Jeszcze przed feriami ruszyła kampania "Kruche Życie", która miała uświadamiać dzieciom i dorosłym, jak niebezpieczne są zamarznięte akweny i jak łatwo o tragedię na lodzie. Kampania miała uczyć, że lód może wyglądać na bezpieczny, a w jednej chwili się załamać.
Ale chyba jednak nie nauczyła.
Dzieci wysłuchały w szkołach i przedszkolach pogadanek, rodzice w domu pogrozili im paluszkiem, że wchodzenie na lód jest złe, a potem w po niedzielnym obiedzie sami zabrali je na lodową pułapkę.
Przykład idzie z góry. Jeśli sama zabieram dziecko na spacer po lodzie, to potem ono umówi się z koleżankami na taką wędrówkę. Na przykład przy lekko ujemnej temperaturze. I lód się pod nim załamie.
Z taką gotową tezą dzwonię do Piotra Lisockiego, wiceprezesa WOPR w Płocku.
– W Polsce zimą w wyniku załamania się lodu życie traci średnio około 20 osób. Dla porównania, latem, w sezonie od czerwca do września, utonięć jest znacznie więcej , bo woda pochłania około 400 osób. Czy latem będzie pani pisać, że zabrania ludziom wchodzić do wody? Wezwie policję, postawi żołnierzy z bronią? Przecież ofiar wtedy jest znacznie więcej.
I za chwilę uświadamia mnie, że nie tędy droga. Że ani zakazy nic nie dadzą, ani mój tekst o tym, że lód jest niebezpieczny. To nie zadziała na wyobraźnię.
Jego zdaniem, ludzie będą wchodzić na lód, tak samo, jak sięgają po używki czy pędzą autem, mimo że znają konsekwencje.
– W Szwecji każdy przeciętny uczeń odpowiadający naszej szóstej klasie szkoły podstawowej przechodzi obowiązkowe szkolenie, podczas którego świadomie wchodzi do przerębla. Zadanie polega na tym, aby samodzielnie wydostać się z wody, przebrać i poradzić sobie bez pomocy służb ratunkowych. Dzięki temu doświadczeniu dzieci i młodzież zdają sobie sprawę, jak niebezpieczna jest zimna woda, i później zupełnie inaczej zachowują się na lodzie – tłumaczy. – Bo najważniejsza jest edukacja.
Piotr Lisocki
ratownik wodny
I tłumaczy, że Polacy mają wiele do nadrobienia w kwestii bezpieczeństwa nad wodą, czy to latem czy zimą.
– W 2016 roku zadzwoniła do nas Ambasada RP w Hadze z pytaniem, czy moglibyśmy poprowadzić szkolenia dla Polaków mieszkających w Holandii. Zapytałem: dlaczego właśnie tam? Jak się okazało, w całej Holandii w 2016 roku utonęło 11 osób – dziewięcioro z nich było Polakami.
– Co powinniśmy zatem zrobić, żeby zimą było bezpiecznie?
– Wrzucajmy ludzi do zimnej wody, oczywiście w sposób kontrolowany i z pełnym zabezpieczeniem. Po prostu ich szkolmy – odpowiada. – Gdyby każdy choć raz w życiu doświadczył lodowatej wody, poczuł strach i gwałtowne przyspieszenie oddechu, zobaczył, co naprawdę dzieje się z organizmem – kto później wszedłby na lód bez przygotowania? Owszem, jeśli nie szkolisz się i wchodzisz na lód, to jesteś w grupie ryzyka. To proszę napisać.
Wystarczy pięć minut pod lodem
Nadal upieram się, że wystarczyło kilka dni mrozu, by zapomnieć, że coś takiego jak bezpieczny lód nie istnieje. Wygrały lajki, emocje i virale.
Chcę wiedzieć, jakie są najczęstsze lodowe pułapki.
– Morsy kują lód i wchodzą do wody, nie zawsze zabezpieczając przeręble, które wcześniej zrobili. W takich miejscach grubość lodu może wynosić zaledwie kilka, kilkanaście centymetrów. Lekki opad śniegu całkowicie maskuje niebezpieczeństwo. Podobnie postępują wędkarze, którzy kują lód, by łowić spod niego. Choć powinni oznaczać przeręble i zabezpieczać je, nie zawsze to robią – mówi mi Wojciech Lewko, prezes WOPR, a wcześniej szef policji wodnej w Toruniu.
A tych jest znacznie więcej.
– Każda roślinność osłabia lód, sprawiając, że staje się cieńszy i bardziej kruchy. Podobnie działają przepływające źródełka lub lekko poruszająca się woda – tam lód nigdy nie jest tak gruby, jak w miejscu stojącej wody. Dodatkowo różne substancje, na przykład resztki paliw czy innych zanieczyszczeń ropopochodnych, mogą znacznie zmieniać strukturę lodu i go osłabiać – wylicza.
Internauci zachwyceni mrozem piszą, że po takim lodzie to i auta mogą jeździć. Tylko jakim konkretnie? Problem w tym, że nie da się ocenić grubości lodu na oko. Ale internauci w komentarzach chętnie snują domysły.
Wojciech Lewko
prezes WOPR w Toruniu, były szef policji wodnej w Toruniu
A ja właśnie czytam, że strażacy z Ochotniczej Straży Pożarnej w Jarocinie przeprowadzili akcję napowietrzania stawu, by dotlenić wodę i poprawić warunki życia ryb oraz innych organizmów wodnych zimą. I zrobili przy tym przeręble.
Teraz apelują do mieszkańców: pod żadnym pozorem nie wchodźcie na staw.
I właśnie takich sytuacji internauta nie jest w stanie przewidzieć.
– My natychmiast ruszamy ratować życie i zdrowie ludzkie, ale czas działa na niekorzyść poszkodowanego – podkreśla Wojciech Lewko. – Osoba, która wpadnie do lodowatej wody, może doświadczyć hipotermii już po około pięciu minutach.
I dalej:
– Często zdarza się, że osoba próbująca ratować inną osobę sama nie potrafi udzielić skutecznej pomocy i staje się kolejną ofiarą. Dlatego przy akcji ratunkowej najlepiej pozostać w bezpiecznej odległości i użyć czegoś, czym można wyciągnąć poszkodowanego: lina, długi szalik, gałąź. Nie należy podchodzić bezpośrednio do miejsca, gdzie lód się załamał.
Pamięta sytuację z ubiegłego roku: pod wędkarzami załamał się lód. Ratownicy WOPR wyciągnęli ich niemal błyskawicznie, ze wszystkich sił reanimowali. Po 15 minutach przyleciały śmigłowce.
Wędkarze zmarli.
– Chodzenie po lodzie jest pana zdaniem bezpieczne? – wracam do Piotra Lisockiego.
– Zamarznięte rzeki to miejsce, gdzie absolutnie nie wolno wchodzić. Człowiek nie ma szans. Lód w jednym miejscu może mieć nawet pół metra grubości – teoretycznie można by po nim wjechać czołgiem – a 30 metrów dalej zaledwie 5 centymetrów. Dzieje się tak choćby tam, gdzie do rzeki trafia cieplejsza woda, na przykład z przemysłowych zrzutów.
I dalej:
– Gdybyśmy wycięli kawałek lodu i spojrzeli na niego pod światło, mogłoby się okazać, że nawet lód z różnych miejsc tego samego jeziora ma zupełnie inną strukturę. W jednym miejscu mogą być zamarznięte bąbelki powietrza, w innym resztki roślin albo warstwy śniegu i wody, które wielokrotnie topniały i ponownie zamarzały. Może się więc zdarzyć, że lód ma pozornie 15 centymetrów grubości, ale aż 7 centymetrów stanowią bąbelki powietrza albo słaba, śnieżna struktura.
Mój rozmówca upiera się, że jeśli jednak zabronimy spacerować Polakom po zamarzniętych akwenach, odbierzemy im tę zimową przyjemność. W krajach skandynawskich całe rodziny spacerują po zamarzniętych jeziorach i jest bezpiecznie.
– Co więc pan proponuje? – pytam go.
– Wejście na lód wyłącznie w kasku i z kolcami lodowymi noszonymi na szyi. To one pozwalają wydostać się z przerębla, bo samo tarcie palcami o lód zwykle nie wystarcza. Wbijając kolce i leżąc płasko na lodzie, można stopniowo wychodzić z wody.
Piotr Lisocki
ratownik wodny
I wymienia dalej: – Do tego kawałek liny przymocowany do plecaka – po wpadnięciu do przerębla można wyrzucić ją przed siebie, by umożliwić pomoc z bezpiecznej odległości.
Na koniec odwraca role.
– A teraz proszę mi powiedzieć: kogo pani widziała tak przygotowanego do wejścia na lód?
Zobacz także


