Mniejsza inflacja, ale i tak chwytamy się za portfele.
Żywność podrożała o 3,6 proc. Największe podwyżki objęły używki, produkty tłuszczowe i napoje. źródło: shutterstock.com

Inflacja hamuje, ale portfele i tak chudną. Choć ceny żywności wzrosły średnio o 3,6 proc., realne odczucia Polaków bywają bardzo różne. – Znam osoby, które aktywnie polują na promocje: porównują ceny w różnych sklepach, chodzą na spacer "zakupowy” z plecakiem i wybierają najtańsze oferty. W ich przypadku wzrost kosztów życia jest znacznie słabiej odczuwalny, ale wynika to z określonego sposobu funkcjonowania, a nie z ogólnej sytuacji cenowej – komentuje dla naTemat prof. Andrzej Buszko.

REKLAMA

Konia z rzędem temu, kto nigdy nie zrobił wielkich oczu na widok ceny masła. To ono wciąż pozostaje liderem podwyżek. Średnia cena masła (200 g, 82,5 proc. tłuszczu) w Polsce w pierwszych miesiącach 2025 roku wynosiła około 9,30–9,60 zł za kostkę, czyli 46–48 zł za kilogram.

Ale masło to tylko wierzchołek góry lodowej – nie tylko ceny produktów tłuszczowych każą łapać się za głowę. Mimo że ekonomiści odtrąbili sukces i ogłosili spadek inflacji, wielu Polaków wciąż przeciera oczy ze zdumienia, gdy przy kasie słyszy, ile ma zapłacić za zakupy.

I rzeczywiście – inflacja spadła. Tylko że przy kasie w sklepach Polacy odczuwają skutki drożyzny. Przynajmniej tak wyglądała codzienność Polaków w 2025 roku.

Z najnowszego raportu UCE Research i Uniwersytetów WSB Merito wynika, że codzienne zakupy zdrożały średnio o 4,2 proc., a sama żywność o 3,6 proc. Te liczby nie brzmią dramatycznie.

Problem w tym, że dla wielu rodzin są wciąż odczuwalne.

Mięso w górę, warzywa w dół

W 2025 roku to używki zgarnęły palmę pierwszeństwa w podwyżkach – zdrożały aż o 9,7 proc. Tuż za nimi uplasowały się produkty tłuszczowe (+9,2 proc.), napoje (+7,7 proc.), słodycze i desery (+7,4 proc.) oraz mięso (+6,5 proc.). O ile pierwszą kategorię można odhaczyć ku "zdrowotności Polaków", to pozostałe podwyżki mogą zaboleć.

Na szczęście nie wszystkie produkty biły nas po kieszeni. Warzywa potaniały o 2,6 proc., produkty sypkie o 0,9 proc., a dodatki spożywcze o 0,3 proc. – drobna ulga dla domowych budżetów, choć przy pełnym koszyku różnica i tak może umknąć uwadze.

Raport obejmuje aż 17 kategorii produktów – od żywności i napojów, po chemię gospodarczą, artykuły dla dzieci i karmę dla zwierząt. W sumie przeanalizowano ponad 1,1 mln cen detalicznych z wszystkich największych formatów handlowych w Polsce. Wniosek jest jasny: wzrost cen w sklepach utrzymuje się na podobnym poziomie jak rok wcześniej. W 2024 r. było to 4,3 proc., czyli praktycznie tyle samo.

I tu pojawia się paradoks, który najbardziej irytuje konsumentów.

"Niepokojące jest to, że w tym samym czasie nastąpił znaczący spadek inflacji, co powoduje, że różnica między jej poziomem a średnim wzrostem cen w sklepach się zwiększyła. W efekcie podwyżki detalistów na poziomie 4,2 proc. możemy traktować jako dość wysokie, a wielu konsumentów mogło nie odczuć spadku inflacji w swoich budżetach domowych" - zauważa dr Artur Fiks z Uniwersytetu WSB Merito. Ekonomiści tłumaczą, że statystyczna inflacja i sklepowa rzeczywistość to nie zawsze to samo. Wskaźnik CPI obejmuje szeroki koszyk dóbr i usług – także paliwa, które w ostatnich miesiącach potaniały. Problem w tym, że paliwo tankujemy raz na jakiś czas. Możemy przesiąść się na komunikację miejską. Nie wszystkie usługi też są nam niezbędne. 

Ale bez jedzenia ani rusz.

Czytaj także:

O komentarz w tej sprawie poprosiłam prof. Andrzeja Buszkę, ekonomistę, wykładowcę na UWM.

– Generalnie wzrost cen w 2025 roku nie był duży – ocenia. – Gdybyśmy mówili o skoku rzędu 10 proc., to byłby już poważny problem.

Druga sprawa – jak podkreśla ekspert – kwestia cen zawsze wiąże się z inflacją i wywołuje emocje, bo dane przedstawiane publicznie są uśrednione i dotyczą całej gospodarki.

– Nawet kiedy mówimy o żywności, jest to trochę mylące, bo w rzeczywistości każdy z nas kupuje trochę co innego – mówi prof. Buszko.

Ekonomista wyjaśnia, że w zależności od indywidualnego koszyka dóbr, wzrost cen może wyglądać zupełnie inaczej.

– Jeden je ciemne pieczywo, drugi jasne, ktoś sięga po awokado, ktoś po banana, jeden je wołowinę, a inny kurczaka. W tych grupach żywieniowych ceny mogły rosnąć różnie – mówi.

Dlatego – jak dodaje – osoby, które odczuwają u siebie większy wzrost, mają do tego pełne prawo.

– Mogą powiedzieć: "Moje pieczywo zdrożało o 10 proc., a wy mówicie, że średnia wzrosła tylko o 3,6 proc.". To indywidualne doświadczenie cenowe często wywołuje emocje i poczucie, że dane "kłamią", choć w rzeczywistości pokazują jedynie uśredniony obraz rynku – tłumaczy ekspert.

Prof. Buszko zaznacza też, że spore znaczenie mają różnice między sklepami. – Ceny w małych sklepach osiedlowych są zwykle wyższe. Tymczasem zakupy w dużym dyskoncie mogą wyglądać zupełnie inaczej. Kupując większą ilość, np. 3–4 kostki masła, można zapłacić około 4 zł za sztukę, podczas gdy kupując jedną kostkę w małym sklepie, zapłacimy nawet 8 zł. Ceny w praktyce rozciągają się więc w dużym przedziale – wyjaśnia prof. Buszko.

Do tego dochodzą różnice między miastami – w dużych aglomeracjach ceny są wyższe w centrach i w atrakcyjnych turystycznie lokalizacjach. W efekcie ceny w Polsce są mocno zróżnicowane w zależności od sklepu i lokalizacji.

prof. Andrzej Buszko

ekonomista, wykładowca

Zdaniem profesora, generalizowanie w tej sprawie nie jest dobrym rozwiązaniem.

– Kiedy zestawimy wszystko razem, każdy odbiera wzrost cen inaczej i część osób od razu się z tym nie zgadza, bo opiera się na własnych doświadczeniach i odczuciach. Tak właśnie wygląda prawdziwa, codzienna rzeczywistość zakupowa.

Będzie drożej?

A czego możemy się spodziewać w drugiej połowie 2026 roku? Jak podkreśla prof. Andrzej Buszko, Polska wchodzi w kolejne miesiące z wyraźnymi napięciami budżetowymi.

– Mamy wysokie zadłużenie państwa, które oscyluje wokół biliona złotych. To kolosalna kwota i temat bardzo niewygodny, o którym mało kto chce rozmawiać – tłumaczy.

Ekspert zwraca uwagę na rosnące koszty produkcji. – Koszty energii w Polsce są wysokie i nie widać realnego kierunku, by je obniżyć. Polityczne deklaracje o "tanim węglu" mijają się z rzeczywistością. Złoża węgla są dziś eksploatowane na głębokościach przekraczających kilometr, co nieuchronnie oznacza rosnące koszty wydobycia. Ten problem jest trudny do rozwiązania również dlatego, że wokół sektora energetycznego funkcjonują silne interesy i wpływowe lobby – tłumaczy.

Drugim poważnym wyzwaniem są rosnące koszty pracy. Coraz więcej przedsiębiorców ogranicza zatrudnienie lub rezygnuje z pracowników, ponieważ utrzymanie etatu – wraz z podatkami i składkami – staje się zbyt dużym obciążeniem. W efekcie firmy nie rozwijają się, a część działalności przenosi się do szarej strefy. Jak zaznacza ekonomista, te wszystkie czynniki mogą w drugiej połowie roku wyraźniej się uwypuklić i przełożyć na odczuwalne napięcia w gospodarce.