
Inflacja hamuje, ale portfele i tak chudną. Choć ceny żywności wzrosły średnio o 3,6 proc., realne odczucia Polaków bywają bardzo różne. – Znam osoby, które aktywnie polują na promocje: porównują ceny w różnych sklepach, chodzą na spacer "zakupowy” z plecakiem i wybierają najtańsze oferty. W ich przypadku wzrost kosztów życia jest znacznie słabiej odczuwalny, ale wynika to z określonego sposobu funkcjonowania, a nie z ogólnej sytuacji cenowej – komentuje dla naTemat prof. Andrzej Buszko.
Konia z rzędem temu, kto nigdy nie zrobił wielkich oczu na widok ceny masła. To ono wciąż pozostaje liderem podwyżek. Średnia cena masła (200 g, 82,5 proc. tłuszczu) w Polsce w pierwszych miesiącach 2025 roku wynosiła około 9,30–9,60 zł za kostkę, czyli 46–48 zł za kilogram.
Ale masło to tylko wierzchołek góry lodowej – nie tylko ceny produktów tłuszczowych każą łapać się za głowę. Mimo że ekonomiści odtrąbili sukces i ogłosili spadek inflacji, wielu Polaków wciąż przeciera oczy ze zdumienia, gdy przy kasie słyszy, ile ma zapłacić za zakupy.
Przypomnijmy, że jesienią ubiegłego roku sam premier Donald Tusk triumfował, że sytuacja z 2022 roku, gdy inflacja wynosiła 17,9 proc. rok do roku, odeszła w zapomnienie.
I rzeczywiście – inflacja spadła. Tylko że przy kasie w sklepach Polacy odczuwają skutki drożyzny. Przynajmniej tak wyglądała codzienność Polaków w 2025 roku.
Z najnowszego raportu UCE Research i Uniwersytetów WSB Merito wynika, że codzienne zakupy zdrożały średnio o 4,2 proc., a sama żywność o 3,6 proc. Te liczby nie brzmią dramatycznie.
Problem w tym, że dla wielu rodzin są wciąż odczuwalne.
Mięso w górę, warzywa w dół
W 2025 roku to używki zgarnęły palmę pierwszeństwa w podwyżkach – zdrożały aż o 9,7 proc. Tuż za nimi uplasowały się produkty tłuszczowe (+9,2 proc.), napoje (+7,7 proc.), słodycze i desery (+7,4 proc.) oraz mięso (+6,5 proc.). O ile pierwszą kategorię można odhaczyć ku "zdrowotności Polaków", to pozostałe podwyżki mogą zaboleć.
Na szczęście nie wszystkie produkty biły nas po kieszeni. Warzywa potaniały o 2,6 proc., produkty sypkie o 0,9 proc., a dodatki spożywcze o 0,3 proc. – drobna ulga dla domowych budżetów, choć przy pełnym koszyku różnica i tak może umknąć uwadze.
Raport obejmuje aż 17 kategorii produktów – od żywności i napojów, po chemię gospodarczą, artykuły dla dzieci i karmę dla zwierząt. W sumie przeanalizowano ponad 1,1 mln cen detalicznych z wszystkich największych formatów handlowych w Polsce. Wniosek jest jasny: wzrost cen w sklepach utrzymuje się na podobnym poziomie jak rok wcześniej. W 2024 r. było to 4,3 proc., czyli praktycznie tyle samo.
I tu pojawia się paradoks, który najbardziej irytuje konsumentów.
"Niepokojące jest to, że w tym samym czasie nastąpił znaczący spadek inflacji, co powoduje, że różnica między jej poziomem a średnim wzrostem cen w sklepach się zwiększyła. W efekcie podwyżki detalistów na poziomie 4,2 proc. możemy traktować jako dość wysokie, a wielu konsumentów mogło nie odczuć spadku inflacji w swoich budżetach domowych" - zauważa dr Artur Fiks z Uniwersytetu WSB Merito. Ekonomiści tłumaczą, że statystyczna inflacja i sklepowa rzeczywistość to nie zawsze to samo. Wskaźnik CPI obejmuje szeroki koszyk dóbr i usług – także paliwa, które w ostatnich miesiącach potaniały. Problem w tym, że paliwo tankujemy raz na jakiś czas. Możemy przesiąść się na komunikację miejską. Nie wszystkie usługi też są nam niezbędne.
Ale bez jedzenia ani rusz.
O komentarz w tej sprawie poprosiłam prof. Andrzeja Buszkę, ekonomistę, wykładowcę na UWM.
– Generalnie wzrost cen w 2025 roku nie był duży – ocenia. – Gdybyśmy mówili o skoku rzędu 10 proc., to byłby już poważny problem.
Druga sprawa – jak podkreśla ekspert – kwestia cen zawsze wiąże się z inflacją i wywołuje emocje, bo dane przedstawiane publicznie są uśrednione i dotyczą całej gospodarki.
– Nawet kiedy mówimy o żywności, jest to trochę mylące, bo w rzeczywistości każdy z nas kupuje trochę co innego – mówi prof. Buszko.
Ekonomista wyjaśnia, że w zależności od indywidualnego koszyka dóbr, wzrost cen może wyglądać zupełnie inaczej.
– Jeden je ciemne pieczywo, drugi jasne, ktoś sięga po awokado, ktoś po banana, jeden je wołowinę, a inny kurczaka. W tych grupach żywieniowych ceny mogły rosnąć różnie – mówi.
Dlatego – jak dodaje – osoby, które odczuwają u siebie większy wzrost, mają do tego pełne prawo.
– Mogą powiedzieć: "Moje pieczywo zdrożało o 10 proc., a wy mówicie, że średnia wzrosła tylko o 3,6 proc.". To indywidualne doświadczenie cenowe często wywołuje emocje i poczucie, że dane "kłamią", choć w rzeczywistości pokazują jedynie uśredniony obraz rynku – tłumaczy ekspert.
Prof. Buszko zaznacza też, że spore znaczenie mają różnice między sklepami. – Ceny w małych sklepach osiedlowych są zwykle wyższe. Tymczasem zakupy w dużym dyskoncie mogą wyglądać zupełnie inaczej. Kupując większą ilość, np. 3–4 kostki masła, można zapłacić około 4 zł za sztukę, podczas gdy kupując jedną kostkę w małym sklepie, zapłacimy nawet 8 zł. Ceny w praktyce rozciągają się więc w dużym przedziale – wyjaśnia prof. Buszko.
prof. Andrzej Buszko
ekonomista, wykładowca
Zdaniem profesora, generalizowanie w tej sprawie nie jest dobrym rozwiązaniem.
– Kiedy zestawimy wszystko razem, każdy odbiera wzrost cen inaczej i część osób od razu się z tym nie zgadza, bo opiera się na własnych doświadczeniach i odczuciach. Tak właśnie wygląda prawdziwa, codzienna rzeczywistość zakupowa.
Będzie drożej?
A czego możemy się spodziewać w drugiej połowie 2026 roku? Jak podkreśla prof. Andrzej Buszko, Polska wchodzi w kolejne miesiące z wyraźnymi napięciami budżetowymi.
– Mamy wysokie zadłużenie państwa, które oscyluje wokół biliona złotych. To kolosalna kwota i temat bardzo niewygodny, o którym mało kto chce rozmawiać – tłumaczy.
Ekspert zwraca uwagę na rosnące koszty produkcji. – Koszty energii w Polsce są wysokie i nie widać realnego kierunku, by je obniżyć. Polityczne deklaracje o "tanim węglu" mijają się z rzeczywistością. Złoża węgla są dziś eksploatowane na głębokościach przekraczających kilometr, co nieuchronnie oznacza rosnące koszty wydobycia. Ten problem jest trudny do rozwiązania również dlatego, że wokół sektora energetycznego funkcjonują silne interesy i wpływowe lobby – tłumaczy.
Drugim poważnym wyzwaniem są rosnące koszty pracy. Coraz więcej przedsiębiorców ogranicza zatrudnienie lub rezygnuje z pracowników, ponieważ utrzymanie etatu – wraz z podatkami i składkami – staje się zbyt dużym obciążeniem. W efekcie firmy nie rozwijają się, a część działalności przenosi się do szarej strefy. Jak zaznacza ekonomista, te wszystkie czynniki mogą w drugiej połowie roku wyraźniej się uwypuklić i przełożyć na odczuwalne napięcia w gospodarce.
Zobacz także
