Państwowy Tinder. Czy rząd naprawdę mógłby nas połączyć?
Państwowy Tinder. Czy rząd naprawdę mógłby swatać Polaków? Fot. shutterstock.com\ montaż naTemat.pl

Rządowy Tinder nie istnieje. Ale wyobraźmy sobie, że powstał – nie dla zysku, jak popularne aplikacje, które żerują na singlach, lecz po to, żeby naprawdę połączyć samotne serca. W takim świecie pary byłyby szczęśliwe, rodziłyby się dzieci, a Polska mogłaby wreszcie zażegnać kryzys demograficzny. Żylibyśmy długo, szczęśliwie i… stadnie. A teraz? Czas się obudzić.

REKLAMA

Ostatnio nagłówki rozgrzało hasło "państwowy Tinder". Bo jak to, rząd uruchamia aplikację randkową? A od kiedy? Jak będzie wyglądała? I czy rząd będzie odtąd zaglądał nam do łóżek?

Otóż nie będzie, bo taka aplikacja nie powstała. 

Wszystko zaczęło się od Anny Gromady, socjolożki, która w swoim eseju pisanym dla  "Polityki Insight”, powołując się na twarde dane, dowiodła, że Tinder jest średnio skuteczny. Bo choć aż 70 proc. ludzi szuka miłości w wirtualnym świecie, to jedyne 9 proc. udało się stworzyć stały związek. 

A jak nie ma z tego stałej relacji, małżeństwa, to trudno o dzieci. Jak nie ma dzieci, to zaczyna się kryzys demograficzny. W Polsce jest już źle, a będzie jeszcze gorzej.

Dane GUS nie pozostawiają złudzeń: współczynnik dzietności spadł w ubiegłym roku do rekordowo niskiego poziomu 1,099. Jeśli trend się utrzyma, do 2060 roku w Polsce zamieszkiwać będzie zaledwie 28,4 mln Polaków. A na dodatek taplamy w uporczywej samotności, czego współczuje nam regularnie dziennikarz Polsat News, Grzegorz Jankowski. 

Przytulamy się do psów, głaszczemy koty i zajadamy popcorn przed Netflixem. 

Jak to wszystko uratować? Otóż na łamach Klubu Jagiellońskiego pojawiła się myśl, że może nasza samotność jest winą komercyjnych aplikacji randkowych, które wcale nie chcą nam pomóc odnaleźć miłości życia. Którym wcale nie zależy, żebyśmy z kimś byli.

Ja to wiem już od socjologa prof. Tomasza Szlendaka, którego "Miłość nie istnieje" przeczytałam jednym tchem, a niedługo pokażę Wam wywiad z nim. Uwierzcie, on nie owija w bawełnę: mówi bez ogródek, że aplikacje randkowe to zwykły biznes. 

I zaczęło się gdybanie: jeśli powstałaby niekomercyjna, państwowa aplikacja randkowa, to czy pomogłaby nam połączyć się w pary? Byłaby lekiem na samotność, niską dzietność, życiowe porażki w życiu prywatnym? Czy taka platforma miałaby szansę stworzyć relacje, które przetrwają?

I internet zawrzał.

Jeszcze goręcej zrobiło się, gdy Mateusz Łakomy, autor książki Demografia jest przyszłością, w rozmowie z Klubem Jagiellońskim podkreślił, że gdyby powstała platforma matchmakingowa, powinna ona łączyć ludzi w oparciu o kryteria naukowo powiązane z trwałością związku i możliwością założenia rodziny. Bo zdjęcia to za mało.

Jego zdaniem kluczowe znaczenie mają status społeczno-ekonomiczny, wykształcenie, zawód, dochody oraz subiektywna pozycja w społeczeństwie.

Każdy użytkownik wypełniałby szczegółową ankietę: wiek, wartości, plany życiowe, wykształcenie, zainteresowania i inne dane. Algorytm na ich podstawie selekcjonowałby ograniczoną, dobrze dopasowaną pulę profili, zamiast pozwalać na bezkresne przeglądanie setek przypadkowych osób – co, jak tłumaczy Łakomy, prowadzi tylko do frustracji i ciągłego niezadowolenia.

Łakomy podkreślił, że platforma musiałaby być atrakcyjna dla użytkownika. Zaznaczył, że jeśli wyglądałaby jak strona urzędu skarbowego, nikt by w nią nie kliknął, natomiast nowoczesny, przyjazny interfejs sprawiłby, że przestałoby mieć znaczenie, kto stoi za serwisem.

Niekomercyjne aplikacje matchmakingowe nie są niczym nowym. Cieszą się dużym powodzeniem na przykład w Azji czy USA. Dlaczego więc Polska nie miałaby pójść tą drogą?

Rolnik szuka żony

Jako że eksperci puścili wodze fantazji na temat rządowego Tindera, postanowiłam zrobić to samo. Gdyby rzeczywiście powstała taka niekomercyjna aplikacja, to czy zwiększyłaby liczbę par w Polsce? I czy miałaby szansę stać się skuteczną, państwową swatką?

O to pytam prof. Piotra Szukalskiego, demografa i gerontologa z Uniwersytetu Łódzkiego.

– To nie działa w tak prosty sposób – mówi wprost. – W praktyce większość aplikacji randkowych jest wypełniona profilami w pewnym stopniu upiększonymi i często niewiele mającymi wspólnego z rzeczywistością. Trzeba też pamiętać, że dla zdecydowanej większości osób poszukiwanie partnera ogranicza się do relatywnie bliskiej przestrzeni. Niewielu ludzi jest gotowych spotykać się nawet z kimś idealnym, jeśli mieszka on na drugim końcu kraju. Najczęściej akceptowany dystans to kilkadziesiąt kilometrów – powiedzmy 20–50 km – w którym ktoś jest gotów sprawdzić, czy taka relacja ma sens.

Profesor zwraca uwagę, że w Polsce występują bardzo duże różnice w liczbie wolnych kobiet i mężczyzn w zależności od miejsca zamieszkania. – Programy telewizyjne pokazujące samotnych chłopaków z Podlasia, którzy szukają żony, nie biorą się znikąd. Z wielu obszarów wiejskich młode kobiety wyjeżdżają częściej niż mężczyźni, co prowadzi do niedoboru kobiet na tych terenach.

– Z kolei w największych miastach i powiatach je otaczających sytuacja jest odwrotna – tłumaczy profesor. – Wśród osób około trzydziestoletnich, które zaczynają poważnie myśleć o trwałym związku, kobiet jest często o 10–20 procent więcej niż mężczyzn w tym samym wieku. Pojawia się więc problem niedopasowania przestrzennego. Skupiska młodych kobiet znajdują się przede wszystkim w dużych miastach, podczas gdy tereny peryferyjne to miejsca, gdzie na stu mężczyzn przypada zaledwie 80–85 kobiet w tej grupie wieku.

Co mogłoby więc zrobić państwo, żeby pomóc nam stworzyć parę?

– Być może część działań mogłyby podejmować samorządy – odpowiada prof. Szukalski. – Proste inicjatywy, jak organizowanie wydarzeń integracyjnych czy imprez tanecznych dla osób między 25. a 35. rokiem życia stanu wolnego, tworzą przestrzeń, w której ludzie o podobnym etapie życia mogą się spotkać i poznać.

Profesor podkreśla jednak, że władze publiczne mają większe możliwości nie tyle w kojarzeniu ludzi, ile w zachęcaniu do formalizowania związków.

W Polsce około jednej dziesiątej par to związki niesformalizowane, które statystycznie mają mniej dzieci niż małżeństwa. Dlatego warto rozwijać instrumenty sprzyjające zawieraniu małżeństw. Niektóre już istnieją, np. możliwość wspólnego rozliczania podatku, korzystna dla par o dużej różnicy dochodów, pozwalająca uniknąć wyższego progu podatkowego.

prof. Piotr Szukalski

demograf

– Innym przykładem mogą być rozwiązania mieszkaniowe – kontynuuje demograf. – Podobne mechanizmy funkcjonowały już ponad 20 lat temu: kredyt mieszkaniowy z częściową dopłatą państwa do odsetek, pod warunkiem że było to pierwsze mieszkanie kupowane przez parę małżeńską lub pierwsze własne mieszkanie każdego z partnerów w takim związku. Takie rozwiązania tworzą dodatkową zachętę do zakładania i stabilizowania związków.

Czyli rządowy Tinder nie poprawiłby demografii?

– To nie takie proste, bo bardzo wyraźnie rośnie skala dobrowolnej bezdzietności i małodzietności – zauważa prof. Szukalski. – Jeśli mówimy o poprawie sytuacji demograficznej, kluczowe znaczenie mają nie tyle pierwsze dzieci, ile drugie i trzecie. Decyzja o pierwszym dziecku rządzi się innymi prawami niż decyzja o kolejnych – przy kolejnych bardzo silnie działają czynniki materialne, zwłaszcza warunki mieszkaniowe.

I dodaje:

– Schemat jest powtarzalny. Rodzina wyprowadza się z dużego miasta, buduje dom lub kupuje większe mieszkanie i w krótkim czasie pojawia się drugie, a czasem trzecie dziecko, które wcześniej było odkładane. To pokazuje, jak duże znaczenie mają warunki mieszkaniowe przy decyzjach o powiększeniu rodziny o kolejne dziecko.

Czytaj także:

W powodzenie rządowego Tindera nie wierzy także Żaneta Rachwaniec, socjolożka i psycholożka. Jak zauważa, w Polsce pojawiło się już kilka prób poprawy dzietności, chociażby program 500+.

– Trzeba się zastanowić, dlaczego Polacy, a przede wszystkim Polki, nie chcą mieć dzieci. Nie chodzi ani o pieniądze, ani o brak miejsc, gdzie można się poznawać. Problem leży gdzie indziej – między innymi w braku podstawowego poczucia bezpieczeństwa socjalnego – uważa.

Ekspertka dodaje, że gdyby powstała rządowa aplikacja randkowa, najpewniej przyciągnęłaby tylko specyficzną grupę osób.

– W Polsce mamy wyraźnie podzielone społeczeństwo. Jeśli jedna jego część korzystałaby z takiej aplikacji, druga mogłaby patrzeć na nią z podejrzliwością. Z kolei część osób popierających rząd również nie chce ingerencji państwa w życie prywatne – tłumaczy.

Rachwaniec zaznacza, że nawet gdyby rządowy serwis oferował mniej profili niż komercyjne aplikacje, samo to nie zmieni sytuacji.

Badania pokazują, że poznawanie się przez internet stosunkowo rzadko prowadzi do trwałych związków. Statystycznie więcej par powstaje w pracy, w środowisku lokalnym czy w innych miejscach offline. Parowanie online rzadko okazuje się skuteczne w długotrwałych relacjach. Założenie, że samo poznawanie się ludzi w aplikacji automatycznie przełoży się na stałe związki i dzieci, jest moim zdaniem błędnym myśleniem przyczynowo- skutkowym.

Żaneta Rachwaniec

socjolożka i psycholożka

"Nasze związki nie będą wyglądały tak jak u naszych dziadków"

Co naprawdę pomaga budować trwałe relacje? Zdaniem Żanety Rachwaniec kluczowe są przede wszystkim wspólne wartości i podobna wizja życia.

– Jeśli dążymy do tego samego i mamy podobne priorytety, łatwiej budować trwałą relację. Można próbować łączyć ludzi według podobnego profilu ekonomicznego, ale to nie oznacza jeszcze wspólnych wartości. Dla jednych priorytetem może być kariera zawodowa, dla innych rodzina – i to ma ogromne znaczenie dla trwałości związku – tłumaczy.

Rachwaniec zauważa również, że częste kontakty zwiększają szanse na zbudowanie relacji.

– Statystycznie więcej związków powstaje między ludźmi, którzy spotykają się na co dzień – w pracy, w kościele, na uczelni czy w sąsiedztwie. W pewnym sensie działa tu mechanizm podobny jak w przypadku muzyki: lubimy to, co znamy – mówi.

Ekspertka zwraca też uwagę na znaczenie wspólnych pasji i podobnego środowiska społecznego.

– Dzięki temu mniej rzeczy trzeba ustalać na bieżąco, a więcej elementów jest wspólnych już na starcie. Choć różnice mogą fascynować na początku, w dłuższej perspektywie badania pokazują, że podobieństwa zwiększają trwałość związku. Jeśli jedna osoba jest bardzo aktywna, a druga domatorem, początkowo mogą się sobą zachwycać, ale z czasem różnice w stylu życia zaczynają prowadzić do konfliktów – wyjaśnia.

W debacie publicznej coraz częściej pojawia się pojęcie "epidemii samotności". Wielu komentatorów zwraca uwagę na rosnącą liczbę singli i zmieniające się modele życia rodzinnego. 

Żaneta Rachwaniec podkreśla jednak, że bycie singlem nie oznacza automatycznie samotności.

– To, że nie wchodzimy w tradycyjne relacje na całe życie, nie oznacza, że jesteśmy samotni. Wiele osób spotyka się regularnie z przyjaciółmi, znajomymi z pracy i funkcjonuje w różnych kręgach społecznych – mówi.

– To bardzo smutna i uproszczona wizja. Współczesne kobiety i mężczyźni wiedzą, że nie muszą wchodzić w związek kosztem własnego komfortu czy wartości. Kiedyś niezamężna kobieta była określana jako "stara panna", a kawaler jako "stary kawaler". Dziś ludzie mają większą swobodę decydowania o tym, jak chcą żyć – podkreśla.

Socjolożka zwraca też uwagę, że zmienia się sam sposób budowania relacji.

– Musimy się pogodzić z tym, że nasze związki często nie będą wyglądały tak jak u naszych dziadków czy rodziców. Coraz częściej relacje przyjmują różne formy, a ludzie zaspokajają różne potrzeby w kontaktach z różnymi osobami – mówi. – Z jedną dobrze spędza się czas, z inną uprawia sport, z jeszcze inną buduje bliskość czy planuje rodzicielstwo. Można oczywiście dyskutować, czy to dobre, czy złe, ale jest to zjawisko, które po prostu obserwujemy.

Socjolożka zaznacza również, że związek nie zawsze oznacza decyzję o dziecku.

– Można być w stałej relacji, a mimo to nie decydować się na potomstwo, choćby z powodów mieszkaniowych czy zawodowych. Z drugiej strony są osoby samotne, które bardzo chcą mieć dziecko i rozważają różne drogi do rodzicielstwa – podsumowuje.