
W polskiej polityce przyzwyczailiśmy się do ostrych słów. Jednak tym razem padły ciosy w naprawdę najbardziej czułe miejsce: rodzinę, pamięć i własną historię. W przeciwnych narożnikach znaleźli się Anna Maria Żukowska z Lewicy i Dariusz Matecki z PiS.
Spór Anny Marii Żukowskiej z Dariuszem Mateckim o projekt zadośćuczynień dla ofiar powojennych zbrodni podziemia zamienił się w brutalną wojnę o to, kto ma prawo mówić w imieniu "prawdziwych bohaterów", a kto zdradza ich pamięć. Za emocjami kryje się jednak konkretny projekt ustawy, który może zmienić sposób, w jaki państwo traktuje tych, którzy po 1945 roku stali się ofiarami "naszych" żołnierzy.
Awantura, która wybuchła od jednego wpisu
Iskrą był projekt Lewicy, a konkretniej ustawa o zadośćuczynieniach dla ofiar i rodzin ofiar przestępstw popełnionych w latach 1945-1946 przez oddziały zbrojnego podziemia, w szczególności na tle narodowościowym, religijnym lub rasowym. W założeniu chodzi o ludzi, którzy nie stanęli po żadnej stronie wielkiej polityki – byli po prostu wiejskimi nauczycielami, rolnikami, prawosławnymi sąsiadami czy mniejszością narodową, która znalazła się na linii ognia.
Dla prawicy właśnie ten punkt okazał się nie do przyjęcia. Poseł PiS Dariusz Matecki w mediach społecznościowych zaatakował Lewicę, nazywając ją "czerwoną bandą" i "antypolską hordą", która rzekomo chce płacić "sowieckim kolaborantom". Lista zarzutów była długa: od "plucia w twarz ofiarom komunizmu" po sugestię, że zanim państwo zacznie wypłacać odszkodowania, powinno najpierw wyegzekwować reparacje wojenne od Niemiec, Rosji czy za zbrodnie na Wołyniu.
"Antypolska banda chce wypłacać pieniądze sowieckim kolaborantom! Wnioskodawcy z Lewicy - czerwona Banda - powinni bić się w piersi za zbrodnie swojego systemu, a nie pluć w twarz milionom ofiar komunizmu. Ten projekt to etyczna ohyda, która musi natychmiast trafić do śmietnika historii!" - napisał na portalu X Dariusz Matecki.
Odpowiedź Anny Marii Żukowskiej była równie osobista, jak atak. Posłanka Lewicy nie tylko wytknęła Mateckiemu język rodem z wojennej propagandy, ale do dyskusji wciągnęła rodzinne życiorysy. Przypomniała, że jej własny dziadek walczył w AK i WiN, brał udział w rozbiciu więzienia UB w Kielcach i przez lata był traktowany jak klasyczny Żołnierz Wyklęty.
Z kolei przy rodzinie Mateckiego odwołała się do ujawnianych wcześniej informacji o związkach z powojennymi strukturami bezpieczeństwa – KBW i SB. W efekcie sejmowa debata błyskawicznie przeniosła się na poziom: "czyja rodzina ma czystszy życiorys".
Zobacz także
Wyklęci między pomnikiem a aktem oskarżenia
W centrum tego sporu nie stoi wcale jedna posłanka i jeden poseł, tylko cały mit Żołnierzy Wyklętych. Prawica od lat buduje go na prostym kontraście: oni – niezłomni bohaterowie, i "druga strona mocy" – komuniści, zdrajcy, kolaboranci. W takiej narracji nie ma miejsca na szarości, na sprzeczne świadectwa, na dramat ludzi, którzy stali między liniami albo w ogóle nie chcieli brać udziału w żadnej wojnie.
Projekt Lewicy wchodzi dokładnie w tę ranę. Uzasadnienie ustawy przypomina, że państwo polskie już dziś hołubi i nagradza część formacji powojennego podziemia, ale milczy o tych, którzy padli ofiarą ich akcji – zwłaszcza wtedy, gdy ofiarami była ludność białoruska, ukraińska czy prawosławni mieszkańcy Podlasia czy Bieszczad. Przykład Romualda Rajsa "Burego", którego działania IPN kilka lat temu sam określił jako spełniające znamiona ludobójstwa, jest tu symbolem: dla jednych bohater, dla innych człowiek odpowiedzialny za spalenie wsi i śmierć cywilów.
Lewica nie proponuje burzenia pomników ani odbierania statusu kombatanta. Proponuje coś znacznie bardziej politycznie wybuchowego: uznanie, że w powojennym lesie nie było tylko chwały i honoru, ale też zbrodnie, za które ktoś powinien otrzymać zadośćuczynienie. Że państwo, które czci pamięć o jednym żołnierzu, ma obowiązek spojrzeć w oczy także rodzinie nauczycielki czy dziecka, które zginęło tylko dlatego, że mówiło w domu innym językiem albo chodziło do innego kościoła.
