"Wichrowe wzgórza" to piękna katastrofa. Fani powieści będą wychodzić z kina
Recenzja filmu "Wichrowe wzgórza" Emerald Fennell z Margot Robbie i Jacobem Elordim Fot. Warner Bros. Pictures. Montaż: naTemat

Film "Wichrowe wzgórza" w reżyserii Emerald Fennell to przerost formy nad treścią. Kusi przepiękną warstwą wizualną, ale jako adaptacja jest zaledwie pustą skorupą powieść gotyckiej Emily Brontë traktującej o pożądaniu, uprzedzeniach i wielopokoleniowej traumie, a nie o miłości, do której warto aspirować.

REKLAMA

Cytując książkową Cathy: "To nie jest mój Heathcliff. Mojego wciąż będę kochać i zabiorę go ze sobą, jest w mojej duszy". "Wichrowe wzgórza" w kamerze Emerald Fennell, która postanowiła odtworzyć swoje nastoletnie wyobrażenia z czasów, kiedy pierwszy raz sięgnęła po lekturę, nie były mi pisane. Ani nikomu, kto trzyma blisko serca jedyną powieść w dorobku Emily Brontë.

Recenzja filmu "Wichrowe wzgórza" Emerald Fennell

Luźne adaptacje rządzą się własnymi prawami, zmiany względem materiału źródłowego są oczywiście nieuniknione, tyle że reżyserka "Obiecującej. Młodej. Kobiety" i "Saltburn" w imię kampu (dalekiego od tego w wykonaniu Baza Luhrmanna, który od tygodni pojawia się w dyskursie o tych "Wichrowych wzgórzach") powierzchownie traktuje bogatą w niuanse prozę angielskiej pisarki, a jej niewiarygodnego narratora – mam tutaj na myśli Nelly – nosi na plecach niczym tarczę.

Fennell z powieści gotyckiej, którą ochrzciła w materiałach promocyjnych mianem "największej historii miłosnej wszech czasów", uczyniła harlekin. Ni to eklektyczny film, ni to teledysk do hyperpopowych piosenek Charli XCX. Reżyserka myli pożądanie z miłością, w finale romantyzując relację między wzajemnie wyniszczającymi się Cathy i Heathcliffem. Estetyka ponad głębię.

logo
Margot Robbie i Jacob Elordi w filmie "Wichrowe wzgórza". Fot. Warner Bros. Pictures

Scenariusz filmu obejmuje tylko pierwszą połowę "Wichrowych wzgórz", bez drugiego pokolenia Earnshawów, Heathcliffów i Lintonów. Seans zaczyna się więc w momencie, w którym pan Earnshaw przygarnia sierotę w Liverpoolu, a kończy, gdy dorosły już Heathcliff wypowiada do dogorywającej Cathy słowa: "Tylko nie zostawiaj mnie w tej otchłani, gdzie nie mogę cię znaleźć".

Fennell usuwa z "Wichrowych wzgórz" źródło traumy, jakim była dyskryminacja Heathcliffa ze względu na jego pochodzenie (pan Linton, sugerował, że może być lascarem, czyli marynarzem z Indii, a czytelnicy zwykle utożsamiali go z kulturą Romów). Ponadto Hindley, okrutny starszy brat Cathy, nie istnieje na ekranie w formie cielesnej – jego charakter zespojono z duszą głowy rodziny Earnshawów, co zupełnie mija się z zamysłem oryginału.

Dlaczego pan ponurej posiadłości w hrabstwie Yorkshire znęca się nad chłopakiem? Czemu Heathcliffem tak gardzi zarówno klasa średnia, jak i służba? Tego do końca nie wiemy, gdyż analiza wątku hierarchii społecznej jest u Fennell taka, jak w "Saltburn". Pobieżna i dokonana z unoszącej się wysoko w powietrzu bańki. W takich momentach budzi się we mnie tęsknota za czasami, gdy w kinie brytyjskim wybrzmiewały głosy twórców z klasy robotniczej.

Niegrzeczny film z Margot Robbie i Jacobem Elordim

W nowej adaptacji Fennell odsłania to, co mogło kryć się między wierszami u Brontë. Na srebrnym ekranie oglądamy zatem pocięte akty miłosne. Przez swój niejednoznaczny styl filmowczyni nie może zdecydować się, czy chce je ująć w ramach czarnej komedii, melodramatu, a może horroru psychologicznego.

Cathy i Heathcliff beztrosko podchodzą do krawędzi klifu, pod którym roztacza się upadek moralny. Postaci te z założenia miały być nieznośne, ale tu nabrały telenowelowych wręcz barw. Czytając oryginał, byliśmy jeszcze w stanie jakkolwiek je usprawiedliwiać.

Zabrakło mi tutaj motywu pogody jako pełnoprawnej bohaterki. Fennell próbowała poprzez dwa domy – Wichrowe Wzgórza i Drozdowe Gniazdo – oddać emocje ich mieszkańców, niemniej ambitne dekoracje reżyserki wydawały się pomysłami rzuconymi ot tak, które ostatecznie nie łączyły się w jedną całość.

Margot Robbie ("Barbie") jest świetną aktorką komediową, aczkolwiek Cathy w jej wykonaniu jest raczej niepotrzebną karykaturą. Jacob Elordi ("Frankenstein") niczym czająca się w cieniu postać byronowska wypada nieco lepiej od swojej ekranowej partnerki, jednak oboje cierpią z powodu scenariusza, który działa dobrze tylko tam, gdzie bezpośrednio cytuje powieść z 1847 roku.

logo
Margot Robbie w filmie "Wichrowe wzgórza". Fot. Warner Bros. Pictures

Jako widzkę ucieszyły mnie jedynie baśniowe zdjęcia Linusa Sandgrena, absurdalna – momentami gilliamowska i coppolowska – scenografia oraz wir szaleństwa, który dopiero w ostatnich minutach naszego pobytu w Yorkshire zacina tak, że aż oczy pieką.

Rewelacyjnie ogląda się też aktorstwo Hong Chau ("Wieloryb") i Alison Oliver ("Rozmowy z przyjaciółmi"), mimo że reżyserka potraktowała postać Izabeli Linton potwornie, depcząc powiązany z nią wątek przemocy domowej i tym samym wybielając antybohatera granego przez Elordiego.

W trakcie seansu "Wichrowych wzgórz" trzy razy łapałam się na tym, że mam ochotę wstać z siedzenia i po prostu wyjść z sali kinowej, nie oglądając się za siebie. Choć adaptacja Fennell mnie w pewnym sensie zirytowała, cieszę się, że reakcje na nią są skrajne. Bez zajadłych dyskusji, w których dwie zupełnie przeciwne opinie mogą być prawdą, kino nie miałoby magii. Byłoby wróżką bez motylich skrzydeł. Rozumiem decyzje artystyczne Fennell (m.in. pokój ze skóry), lecz "to nie jest mój Heathcliff".