Emily Rudd i Iñaki Godoy w 2. sezonie serialu "One Piece"
Recenzja 2. sezonu serialu "One Piece". To jazda bez trzymanki Fot. materiał prasowy / Netflix

"One Piece" wypłynął na szerokie wody. W drugim sezonie Załoga Słomkowego Kapelusza przechodzi samą siebie, choć w trakcie rejsu wciąż napotyka problemy. Aktorskie remake'i mang oraz anime są wyzwaniem samym w sobie, ale Netflix zatriumfował, zachowując duszę twórczości Eiichirō Ody.

REKLAMA

Zasiadając do seansu 2. sezonu serialu "One Piece", widzowie powinni wrzucić na luz i dać się ponieść fali japońskiego kampu rodem z anime, którym ten remake live action zasadniczo jest. Bo wyobraźcie sobie poważną aktorską adaptację "JoJo’s Bizarre Adventure". Brzmi kuriozalnie, prawda? Do dzieła Eiichirō Ody nie da się podejść z kijkiem sami-wiecie-gdzie. Próba uchwycenia jego twórczości w absolutnych ramach zachodnich standardów telewizji jest zwyczajnie w świecie niemożliwa.

Netflixowi wiele rzeczy można zarzucić – czy to przy przenoszeniu na mały ekran prozy Andrzeja Sapkowskiego, czy przy próbie ożywienia "Awatara: Legendy Aanga". "One Piece" wyciągnął lekcje z poprzedniej odsłony, której tempo pozostawiało wiele do życzenia, a bohaterowie wydawali się sztywni jak drewno (oczywiście w porównaniu z oryginałem). Matt Owens i Steven Maeda wreszcie wydobyli z mangi Ody to, co najistotniejsze. Jej wielkie serce.

Recenzja 2. sezonu "One Piece'a". Widok z góry na Grand Line

W pierwszych odcinkach Załoga Słomkowego Kapelusza odwiedza Logue Town, miejsce egzekucji słynnego króla piratów Gold Rogera, który przed śmiercią rzucił wilkom morskim wyzwanie nie do odrzucenia. "Co chcecie, moje skarby? Weźcie je sobie. Jeśli tylko zdołacie dotrzeć tam, gdzie ukryłem wszystkie bogactwa tego świata" – powiedział chwilę przed ścięciem. Pobyt w mieście przypomina nam dokładnie, jaki jest cel podróży Monkey D. Luffy'ego i jego przyjaciół, bez nadmiernej ekspozycji.

Stawka, o jaką grają bohaterowie, staje się jeszcze większa, gdy na horyzoncie pojawia się syndykat przestępczy Baroque Works, który zamierza zdestabilizować Królestwo Alabasty, przy okazji zatapiając palce w planach Załogi Słomkowego Kapelusza.

logo
Iñaki Godoy jako Monkey D. Luffy w 2. sezonie serialu "One Piece". Fot. materiał prasowy / Netflix

"One Piece" ponownie bije po oczach rozmachem, który tym razem jest bardziej poukładany i lepiej radzi sobie z epizodyczną strukturą zeszytów mangi. Przede wszystkim drużyna nie rozbiega się na wszystkie strony świata, dzięki czemu scenariusz odzyskuje panowanie nad rozwojem akcji i jej konsekwencjami. Dynamika między postaciami tylko na tym zyskuje, a zalety i wady każdego członka mogą w pełni wybrzmieć.

Iñaki Godoy od początku miał potencjał, by być wykapanym Luffym – z cwanym uśmieszkiem przyklejonym do twarzy, sercem na dłoni i magnesem na kłopoty. W drugim rozdziale meksykański aktor poszedł o krok dalej, w naturalny sposób stając się siewcą chaosu i oswajając swoją wielką osobowość tak, by nie spychała ona na drugi plan ekranowych partnerów.

Nami (w tej roli Emily Rudd) nadal kombinuje, jak zdobyć więcej pieniędzy, jednocześnie ugruntowując swoją pozycję jako mózg operacji. Zoro w wykonaniu Mackenyu wciąż pozostaje stoikiem, ale w tej odsłonie pozwala sobie na więcej emocji. Usopp Jacoba Gibsona kłamie tak, jak kłamał wcześniej, a Sanji w rękach Taza Skylar bez przerwy flirtuje. Każda z tych postaci jest przerysowana, ale w końcu odnajduje złoty środek między karykaturalnym pierwowzorem a aktorskim – i jakby nie patrzeć ludzkim, bo nie mamy już do czynienia z animacją – występem.

logo
Emily Rudd, Iñaki Godoy i Mackenyu w 2. sezonie serialu "One Piece". Fot. materiał prasowy / Netflix

Tony Tony Chopper, wieloryb Laboon i już wiesz, że będziesz płakać

Drugi sezon "One Piece'a" zrzuca nam na głowy kolejny worek ekscentrycznych postaci – od palącego dwa cygara naraz Smokera i nadzorcy latarni morskiej Crocusa, który marzy o spokoju, a nie może go zaznać, aż po hipnotyzującą królewnę Nefertari Vivi i strzelającego kozami z nosa Mr. 5. Absurdalna paleta barw, która – jeśli tylko lubi się dystans, na którym stoi anime – sprawdza się znakomicie.

Objawieniem tej części są Miss All Sunday, zastępczyni przywódcy Baroque Works, której osoba jeszcze przez chwilę będzie owiana tajemnicą, oraz duet lekarzy: sympatyczny dr Hiriluk i "wiedźma" Kureha, którą gra znana ze "Świata według Bundych" Katey Sagal. Ich obecność na ekranie czyni fabułę ciekawszą, nawet jeśli wydaje się to już mało prawdopodobne.

logo
Lera Abova jako Miss All Sunday w 2. sezonie serialu "One Piece". Fot. materiał prasowy / Netflix

Widzowie niezaznajomieni ani z mangą Ody, ani z anime nareszcie mają okazję poznać Tony'ego Tony'ego Choppera, renifera z niebieskim noskiem, który zjadł diabelski owoc pozwalający mu na przemianę w pół-człowieka. Myślałam, że wystarczająco łez wylałam przy wątku malca w animacji, ale Netflixowi udało się niemożliwe. To samo tyczy się zresztą wieloryba Laboona, który lata temu wrył mi się w pamięć i od tamtej pory nie chce z niej wyjść. Sceny z nimi pokazują najdobitniej, o czym tak naprawdę jest "One Piece" i dlaczego tylu ludzi w sobie rozkochał.

Remake "One Piece'a" z wyprzedzeniem przedstawia widzom postaci, które w oryginale pojawiają się znacznie później. Co ciekawe, twórcy wykorzystują chronologię wydarzeń, serwując nam przypadkowe, lecz wielce prawdopodobne spotkania Załogi Słomkowego Kapelusza m.in. z Bartolomeem i Brookiem.
logo
Tony Tony Chopper w 2. sezonie serialu "One Piece". Fot. materiał prasowy / Netflix

Miło już było, pora na zderzenie z rzeczywistością

"One Piece" jako historia broni się sama. Nie można jednak przejść obojętnie obok pewnych niedociągnięć technicznych, które tylko podsycają krytyczne głosy, że serial Netflixa wygląda jak szkolny projekt lub zlot cosplayerów.

Na tle ośmiu odcinków pierwszy wypada najgorzej, co jest dość zadziwiające, skoro to on ma zachęcić widzów do dalszego oglądania. Notoryczny brak płynnego przejścia między klatkami, odznaczający się czepek od peruki (nie u jednej, a u kilku osób) i problemy z nagłośnieniem, które aż proszą się o uszczypliwe porównanie do polskiego udźwiękowienia – to zaledwie szczyt góry lodowej. Z CGI jest zdecydowanie lepiej, ale innych zgrzytów nie udało się twórcom wyeliminować.

"One Piece'a" można się czepiać i są ku temu powody. Niezależnie od tego drugi sezon i tak prze do przodu, a jego siłą napędową jest miłość do twórczości Ody, którą widać gołym okiem. Serial o Załodze Słomkowego Kapelusza pod grubą warstwą głupotek skrywa opowieść o przyjaźni, marzeniach, pokonywaniu przeciwności losu. Brzmi banalnie, ale czy życie nie polega właśnie na tak znaczących "banałach"?