
Wojskowy Lockheed C-130 Hercules rozbił się 23 marca tuż po starcie z Puerto Leguízamo w kolumbijskim departamencie Putumayo. Według najnowszego bilansu zginęło co najmniej 66 osób, 57 rannych trafiło do szpitali, jeden żołnierz wyszedł z katastrofy bez obrażeń, a 4 wojskowych uznaje się za zaginionych.
Katastrofa wydarzyła się kilka sekund po starcie samolotu z Puerto Leguizamo, miasta położonego przy granicy z Peru, w odległym i słabo skomunikowanym rejonie Putumayo. Według komunikatu kolumbijskich sił powietrznych samolot FAC 1016 wystartował o 09:54 czasu lokalnego na trasie Puerto Leguízamo-Puerto Asís i niemal natychmiast runął na ziemię. Maszyna mogła uderzyć w ziemię w rejonie końca pasa, a następnie zahaczyć skrzydłem o drzewo, co doprowadziło do pożaru i detonacji części przewożonej amunicji.
W pierwszych godzinach po katastrofie pojawiały się rozbieżności co do liczby osób na pokładzie. Wstępny komunikat Fuerza Aeroespacial Colombiana mówił o 11 członkach załogi i 110 żołnierzach, czyli o 121 osobach. Później dowódca sił zbrojnych Hugo Alejandro López Barreto skorygował bilans do 128 osób: 115 wojskowych z armii lądowej, 11 członków sił powietrznych i 2 funkcjonariuszy policji narodowej.
Bilans ofiar rósł przez cały dzień
Władze przez wiele godzin mówiły najpierw o dziesiątkach rannych, potem o 34 ofiarach, a dopiero wieczorem podniosły liczbę zabitych do 66. Miasteczko Puerto Leguízamo ma tylko dwie lokalne kliniki, a część rannych trzeba było natychmiast ewakuować do większych ośrodków. Przy aktualnym bilansie 66 zabitych, 57 uratowanych i 4 zaginionych jeden żołnierz nie odniósł obrażeń.
Akcja ratunkowa była bardzo trudna
Putumayo to nie jest miejsce, do którego służby ratunkowe docierają tak sprawnie jak do katastrofy w pobliżu dużego miasta. Puerto Leguizamo leży w amazońskiej części kraju, a lokalna baza medyczna jest bardzo ograniczona. Znajdują się tam tylko dwie kliniki. W pierwszej fazie ratowania rannych ogromną rolę odegrali sami mieszkańcy, którzy ruszyli do wraku jeszcze zanim na miejscu znalazły się większe siły wojskowe i ratownicze.
W takich warunkach o skali tragedii decyduje nie tylko samo uderzenie, ale też czas dotarcia pomocy. Ranni trafiali najpierw do lokalnych placówek, a dopiero później byli transportowani do większych miast. Katastrofa samolotu wojskowego w takim regionie od razu staje się testem nie tylko dla armii, lecz także dla zdolności państwa do działania w obszarach peryferyjnych.
Czy to mógł być zamach?
W pierwszych godzinach po katastrofie, jak zwykle w przypadku wojskowego lotu w rejonie aktywności grup zbrojnych, pojawiło się pytanie, czy maszyna mogła zostać trafiona. Kolumbijskie władze dość szybko zaczęły to jednak wykluczać. Dowódca sił zbrojnych przekazał, że nie ma informacji ani sygnałów wskazujących na sabotaż. Po spotkaniu z dowództwem minister obrony Pedro Sánchez również stwierdził, iż na obecnym etapie nie ma przesłanek świadczących o zamachu.
To nie znaczy, że przyczyna została już ustalona. Oficjalna linia władz jest obecnie bardzo ostrożna. Samolot miał problem chwilę po starcie, ale dokładna sekwencja zdarzeń wciąż jest ustalana. Śledczy będą musieli odpowiedzieć, czy zawiódł napęd, układ sterowania, masa ładunku, konfiguracja startowa, czy kombinacja kilku czynników. Na razie scenariusz ataku został odsunięty, ale scenariusz techniczny nadal wymaga twardych ustaleń.
Zobacz także
Dlaczego ten samolot był tam tak potrzebny?
Żeby zrozumieć wagę tej katastrofy, trzeba wyjść poza samą liczbę ofiar. Herculesy są w Kolumbii regularnie wykorzystywane do przerzutu żołnierzy i zaopatrzenia w ramach działań prowadzonych na tle ponad 60-letniego konfliktu wewnętrznego. Putumayo, podobnie jak inne obszary południowej i południowo-wschodniej Kolumbii, to regiony trudne terenowo, słabo skomunikowane drogowo i położone przy granicach z Peru i Ekwadorem. W takich warunkach duży samolot transportowy jest podstawowym narzędziem wojskowej mobilności.
Nie chodzi tu wyłącznie o przywiązanie do starej platformy, ale o jej przydatność w kraju o trudnej geografii i rozległych obszarach słabo obsługiwanych przez infrastrukturę lądową. Lockheed Martin od lat opisuje Herculesa jako samolot zaprojektowany do działania z krótszych i bardziej wymagających lotnisk, czyli właśnie tam, gdzie potrzebny jest szybki transport ludzi i sprzętu między odległymi punktami.
Stary samolot nie znaczy automatycznie zaniedbany
Po katastrofie szybko wrócił argument, że Kolumbia lata na sprzęcie z minionej epoki. To częściowo prawda, ale nie oddaje całego obrazu. Rozbity samolot był jednym z egzemplarzy przekazanych Kolumbii przez Stany Zjednoczone w ostatnich latach i przeszedł duży remont w 2023 r., obejmujący m.in. przegląd silników i kluczowych podzespołów.
Prezydent Gustavo Petro bardzo szybko nadał katastrofie także polityczny wymiar. Obarczył on winą "biurokratyczne opóźnienia" w modernizacji armii i zapowiedział, że nie pozwoli już na dalsze zwlekanie, bo stawką jest życie młodych ludzi. W Kolumbii od dawna trwa spór o tempo modernizacji sił zbrojnych i o to, czy administracja wystarczająco szybko realizuje wojskowe potrzeby sprzętowe.
Katastrofa Herculesa natychmiast stała się więc paliwem dla większego konfliktu. Zwolennicy Petro mówią o latach zaniedbań i o tym, że armia za długo działała na wysłużonym sprzęcie. Krytycy odpowiadają, że obecna administracja również nie zapewniła wojsku stabilnych warunków do utrzymania pełnej gotowości operacyjnej.
