
Pamiętacie te czasy, kiedy posiadanie niebieskiej karty parkingowej za szybą załatwiało sprawę w całej Polsce? No to w Olsztynie właśnie się skończyły. Ratusz uznał, że pora na nowoczesność, która dla wielu brzmi po prostu jak kolejny podatek od nieszczęścia. Strefa Płatnego Parkowania w stolicy Warmii i Mazur właśnie przeszła rewolucję, a w sieci rozpętała się prawdziwa burza.
Zasada jest prosta, przynajmniej według urzędników. Chcesz parkować za darmo na zwykłych miejscach w strefie? Musisz wykupić Abonament N. Koszt? 5 zł miesięcznie lub 60 zł za rok. Haczyk? Jeden abonament można przypisać tylko do jednego numeru rejestracyjnego.
"Żeby parkować za darmo na zwykłych miejscach w strefie, trzeba mieć wykupiony Abonament 'N' przypisany do konkretnego auta. W skrócie: jedna osoba posiadająca ważną niebieską KPON = jeden Abonament N = jeden pojazd" – czytamy we wpisie Urzędu Miasta Olsztyna na Facebooku.
Jeśli nie masz abonamentu, a zaparkujesz na zwykłym miejscu, musisz płacić jak każdy inny kierowca, ale o wiele mniej, bo wspomniany abonament to 5 zł miesięcznie, a nie za godzinę. Niebieska karta parkingowa (KPON) wciąż uprawnia do darmowego postoju, ale, i tu jest pies pogrzebany, wyłącznie na tzw. niebieskich kopertach, których jest po prostu mało.
"Dojenie najsłabszych" kontra "walka z oszustami"
Pod postem Miasta Olsztyn wylano wiadro pomyj i trudno się dziwić niektórym argumentom. Największy problem? Życie osoby z niepełnosprawnością rzadko kręci się wokół jednego samochodu.
"Co z osobami, których się wozi różnymi autami? Co, jeśli osoba niepełnosprawna, która nie ma swojego auta i trzeba ją wozić, a za każdym razem jeździ z kim innym innym autem?" – pyta jeden z internautów. Podobny głos podniosła kolejna osoba, zauważając, że "często jest to członek rodziny, przyjazny sąsiad, bywa różnie".
Ratusz jednak twardo stoi przy swoim, argumentując, że system był nadużywany. "Pobieramy symboliczny abonament przypisany do pojazdu, bo na miejscach ogólnodostępnych parkowały osoby, które nadużywały niebieskiej karty" – czytamy w odpowiedzi urzędu.
Potwierdzają to niektórzy mieszkańcy: "Znam przypadki, że osoba niepełnosprawna mieszka daleko od Olsztyna, a rodzina z Olsztyna posługuje się taką kartą i nagminnie to wykorzystuje".
Czy Olsztyn idzie pod prąd?
"Dramat, aby tylko kasę chapać. Tylko wymyślacie, aby doić z nas kasę i życie utrudniać" – czytamy w kolejnym z komentarzy. Inna osoba wytyka miastu brak logiki i empatii: "Opiekunowie osób z niepełnosprawnością już ledwo zipią, bo zamiast pomocy, z każdej strony mają takie kwiatki jak tu (biurokracja, dodatkowe koszty). W Warszawie karta N+ jest darmowa".
Pojawia się też kwestia dostępności: "To miasto kompletnie nie jest przystosowane do osób z niepełnosprawnością. Zimą wszystkie podjazdy zawalone śniegiem. A co z osobami, które wożone są różnymi autami!?".
Trudno nie odnieść wrażenia, że Olsztyn, chcąc ukrócić proceder "pożyczania" kart od babci czy dziadka, wylał dziecko z kąpielą. Parkowanie osób niepełnosprawnych stało się teraz procesem biurokratycznym, bo trzeba iść do urzędu, żeby pokazać dokumenty i zapłacić. Niby mało, ale dla kogoś na wózku każda taka wyprawa to wyprawa na Mount Everest.
System szczelny czy uciążliwy?
Systemy parkingowe ewoluują, a miasta się przepełniają i ludźmi i samochodami. Ale tutaj mamy do czynienia z klasycznym "komplikowaniem prostego". Jeśli celem było wyeliminowanie aut widm, które parkują na kartę zmarłych osób, co sugerowali niektórzy internauci, to system weryfikacji przy wydawaniu abonamentu ma sens.
Ale sztywne przypisanie do jednego numeru rejestracyjnego uderza w tych, którzy naprawdę potrzebują pomocy. Poza tym może warto byłoby zrobić więcej kopert, a nie karać opłatami?
Olsztyn twierdzi, że "chce podejść do tego spokojnie i edukacyjnie" i na razie nie będzie sypać mandatami. Ale niesmak pozostaje. Bo czy miasto faktycznie wzbogaci się na tych 60 złotych rocznie? Wątpię. Czy utrudni życie? Na pewno.
