Kobieta sprawdza telefon
Beata sprawdziła grupę szkolną na WhatsApp córki i przeżyła szok Photo by Michael Pointner on Unsplash

Na szkolnych grupkach jest wszystko: przeróbki zdjęć, wulgaryzmy, a nawet zachęty do przemocy. – Można "jechać" po kimś bez poczucia, że sprawia się realny ból, a następnego dnia w szkole zdziwić się, że stała się tragedia – komentuje dr Piotr Rycielski, psycholog i badacz bullyingu. Z kolei Julia Piechna z NASK mówi wprost: – Cyberprzemoc to nie jest problem technologii. To problem relacji.

REKLAMA

– "Żeby sp**ma miała lepszy smak, chłopak musi jeść dużo ananasa. S**ks analny trochę boli, ale można spróbować, jak to jest się "jeb*ać w d***ę. W ogóle ruch**ie i je***anie fajne musi być. Kto już r***chał?". To właśnie wyczytałam na grupce klasowej, do której należała córka. Miała wtedy 10 lat – opowiada nerwowo Beata, choć od tego czasu minęły ponad dwa.

To był czas, kiedy regularnie sprawdzała telefon córki. Tak ustaliły od początku: smartfon – tak, ale pod pełną kontrolą.

10 lat to nie wiek na tajemnice.

"Zostałaś usunięta z grupy"

Od początku Beacie nie podobało się, w jaki sposób dzieci się do siebie odzywają. "Jesteś debilem XD" było tam na porządku dziennym.

– Córka nie uczestniczyła w tych rozmowach, nikt jej nie oznaczał ani nie wywoływał do tablicy. Ale chciała tam być, bo "wszyscy są". Tłumaczyła, że "Jesteś debilem XD" to niemal komplement. Ale w pewnym momencie stwierdziła, że już jej się to nie podoba i przestanie tam wchodzić – opowiada Beata. – Miała mnóstwo nieodczytanych wiadomości. Pewnego wieczoru usiadałam i czytałam wszystkie, a włos jeżył mi się na głowie.

Następnego dnia porozmawiała z córką. Zapytała, kto z klasy stoi za tymi wulgarnymi wiadomościami. Był tylko nick i awatar. Beata przyznaje, że uległa stereotypom – była przekonana, że to chłopak.

Tymczasem od córki dowiedziała się, że za wulgarnymi treściami stoi dziewczynka.

Beata zrobiła zrzuty ekranu i wysłała je nauczycielce.

– Pierwsze, co pomyślałam, to że to dziecko może być ofiarą molestowania sek**alnego. Wiem, że miała rozmowy z psychologiem i pedagogiem, ale na szczęście moje przypuszczenia się nie sprawdziły. Moja córka powiedziała też, że Amelka (imię zmienione - przyp. red.) jest na co dzień miła i grzeczna. W rozmowach na WhatsAppie zmienia się w kogoś innego.

Jak zakończyła się ta sprawa?

– Były pogadanki, pani pogroziła palcem i na tym się skończyło – mówi z ironią Beata. – Wtedy podjęłam decyzję, że nie pozwolę dziecku być na tej grupie. Córka przyjęła to… z ulgą. Pytałam, czy nie czuje się wykluczona, czy nie jest na mnie zła. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że ona nie chce takich rzeczy czytać.

I dodaje: – Do dziś nie upomniała się, że chce wrócić na grupkę. Ma swoją niewielką, kameralną, z trzema koleżankami. I to jej wystarczy.

Historia Oliwki jest inna. Raz ma prawo być na grupce klasowej, raz nie. Wszystko zależy od nastroju jej koleżanki z klasy i administratorki grupy. Nie pomogły ani rozmowy z nauczycielką, ani z rodzicami Basi, która założyła grupkę.

– Jak Oliwka chodzi smutna, osowiała, to już wiem, że Basia znów ją wyrzuciła. Wieczorem nagle słyszę pisk: "Dodała mnie!" I Oliwka znów się cieszy. Tylko że to jest taka radość na chwilę.

Moja rozmówczyni proponowała swojej córce usunięcie aplikacji. Ale za każdym razem spotykała się z silnym oporem.

– Ona mówi: "Mamo, ty nie rozumiesz. Ja muszę tam być!" I ja naprawdę widzę, że ona tak to przeżywa. Basia jest taką klasową liderką. Wiem, że Oliwka czasem przymila jej się w szkole, żeby dłużej móc być na grupce – opowiada.

Podczas lockdownów w pandemii komunikatory stały się dla dzieci głównym sposobem utrzymywania relacji. I tak już zostało. Grupka szkolna na komunikatorze to kwestia przynależności.

Jeśli nie ma cię na WhatsAppie, to nie istniejesz.

Agnieszka zna PIN do telefonu swojego 14-letniego syna, ale nigdy go nie sprawdza. – Teraz zastanawiam się, czy nie powinnam? Ale dzieci zawsze znajdą sposób, by stworzyć nową grupę czy czat, do którego nie będę miała dostępu. Mam wrażenie, że im bardziej się je kontroluje, tym bardziej kombinują – uważa.

Na szkolnych grupkach jest wszystko: od niewinnych pytań o zadanie domowe, przez potoki wulgaryzmów, które nie przeszłyby dzieciom przez gardło w obecności dorosłych, aż po drastyczne filmiki i przeróbki zdjęć robionych z ukrycia na szkolnym korytarzu. Są też screeny z prywatnych korespondencji.

– Koledzy syna komunikują się słowami: "Zabij się". Syn ich broni, przekonuje, że to tylko takie powiedzenie. Mam wrażenie, że synowi taka komunikacja też się podoba – załamuje ręce mama, która prosi mnie o anonimowość.

I dodaje z niepokojem: – Obawiam się, że pewnego dnia to wszystko źle się skończy, coś pęknie.

Kasia, mama czwartoklasistki: – W grupie mojej córki dzieci opowiadały sobie, że mają myśli samb***jcze i depresję. Całe szczęście nasza reakcja była natychmiastowa. Zarówno szkoła stanęła na wysokości zadania, jak i rodzice. Okazało się, że to była tylko głupia zabawa, a nie pogorszenie stanu psychicznego dzieci.

Internet nigdy nie śpi

Zjawisko, w którym grzeczne na co dzień dzieci zamieniają się w sieci w agresorów, to dla dr. Piotra Rycielskiego, psychologa z Uniwersytetu SWPS, badacza i eksperta bullyingu, a także współautora systemu RESQL (narzędzie do przeciwdziałania przemocy rówieśniczej - przyp. red.), czytelny proces.

Ekspert nie ma wątpliwości, że winę za to ponosi specyfika internetowej grupy.

– To prosty, choć bolesny mechanizm: kiedy dzieci zostają bez nadzoru dorosłych, normy społeczne po prostu wyparowują. My, dorośli, trochę oddaliśmy to pole – nie śledzimy tego, co tam się dzieje, a dynamika grupowa jest nieubłagana – wyjaśnia dr Rycielski. – Dobra wiadomość jest taka, że większość dzieci z natury chce współpracy i utrzymania pozytywnych relacji. Ale badania wskazują na istnienie grupy – około 10 procent – która chce "więcej i szybciej".

I precyzuje: – Chodzi o prestiż, podziw i wysoką pozycję w hierarchii klasowej. Budowanie zaufania czy prawdziwej przyjaźni to proces powolny, wymagający wysiłku. Tymczasem nieuczciwe, brutalne metody dają natychmiastowy efekt. To klasyczny bullying, który w wersji online – czyli cyberbullyingu – zyskuje dodatkową, niszczycielską moc.

– Dlaczego internet tak bardzo ułatwia zadawanie bólu?– dopytuję.

– W przestrzeni wirtualnej redukcji ulega empatia. Gdy mówimy komuś coś podłego prosto w oczy, widzimy jego reakcję: łzy, ból, a czasem furię. To nas hamuje. Na grupie klasowej nie widzimy twarzy ofiary. Są tylko emotikony i krótkie komunikaty, bo dzieci nie piszą pełnymi zdaniami. Można "jechać" po kimś bez poczucia, że sprawia się realny ból, a następnego dnia w szkole zdziwić się, że stała się tragedia.

Dr Rycielski zwraca również uwagę na to, że świat cyfrowy i ten na szkolnym korytarzu są dziś nierozerwalne, co potwierdza np. badanie "Ostrołęckiego Obserwatorium Oświatowego" Uniwersytetu Warszawskiego:

– Przemoc analogowa i cyfrowa nieustannie się przenikają. Co więcej, cyberprzemoc jest samonakręcającą się spiralą. Dziecko, które doświadcza gnębienia na jednej grupie, często "uczy się" tej metody i stosuje ją w innym miejscu w sieci, by odreagować. Ofiara staje się katem, a my, jako dorośli, często nawet nie wiemy, że ta walka trwa 24 godziny na dobę. Internet nigdy nie śpi.

– Czy rodzice powinni bardziej kontrolować swoje dzieci na komunikatorach?–  pytam.

– Warto tu użyć analogii "podwórka". Kiedyś wypuszczaliśmy dzieci na dwór – bawiły się same, rozmawiały, a my nie staliśmy nad nimi, by podsłuchiwać każdą wymianę zdań. Z grupami na WhatsAppie jest podobnie. Nie chodzi o to, by cały czas zaglądać przez ramię. Złotym środkiem jest rozmowa, ale – i tu stawiam duży wykrzyknik – to nie może być przesłuchanie. Większość rodziców pyta: "Co tam w szkole?", a w odpowiedzi słyszy: "Wszystko okej, nic się nie dzieje". I na tym dialog się kończy, bo dziecko czuje, że jest pod lupą.

Julia Piechna, kierowniczka Zespołu Projektów Społecznych i Współpracy Międzynarodowej w NASK, potwierdza:

– Funkcjonujemy w takich czasach, że ciężko zabrać tę technologię. Ona powinna być lepiej uregulowana, ale dopóki będą złe relacje i brak świadomości, przemoc będzie się dziać. Musimy zrobić krok wstecz. Cyberprzemoc to nie jest problem technologii – ona ją tylko ułatwia i przyspiesza. To jest problem relacji. Widzimy, że w klasach, które nie są zintegrowane i gdzie brakuje szacunku, najłatwiej o wykluczanie, zakładanie grup przeciw komuś czy ignorowanie.

Dalsza część tekstu poniżej

Dr Piotr Rycielski zachęca, żeby rozmawiać z dziećmi niejako przy okazji, na przykład podczas gotowania czy jazdy samochodem. Zauważa, że dopiero uczymy się, jak odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości komunikatorów:

– My jako dorośli jesteśmy pierwszym pokoleniem, które musi to wypracować. Nasi rodzice nie dali nam mądrości, jak radzić sobie z hejtem na Messengerze, bo internetu po prostu nie było. Internet i media społecznościowe są teraz w fazie takiego "dzikiego zachodu". Kiedyś papierosy reklamowano jako coś świetnego, lekarze polecali je na uspokojenie. Potem przyszła refleksja i regulacje. Wszyscy robią w internecie, co chcą, a my dopiero zaczynamy rozumieć, jak bardzo bywa to toksyczne.

Specjalistka: To efekt kabiny pilota

Ekspert widzi jednak światełko w tunelu. Uważa, że dzieci potrafią same wyhamować, jeśli tylko dorośli nazwą rzeczy po imieniu:

– Dzieci świetnie reagują, gdy nazwie się mechanizmy, w których biorą udział. Kiedy na warsztatach tłumaczymy im: "Słuchajcie, ten agresor na grupie nie jest po prostu zły, on w ten sposób próbuje zaspokoić swoją potrzebę bycia ważnym, a wy go w tym napędzacie", zapada cisza. Uczniowie nagle orientują się: "Aha, to ja lajkując ten głupi żart, daję mu paliwo".

I dodaje: Często same dochodzą do wniosku, że wystarczy przestać przesyłać dalej nienawistne memy, by agresja po prostu wygasła. One potrzebują kogoś, kto pomoże im wyjść z tej grupowej dynamiki.

Dorośli często zakładają, że skoro dziecko potrafi obsługiwać smartfona, rozumie też konsekwencje swoich działań. Ale czy na pewno?

Wracam z tym pytaniem do Julii Piechny.

–To jest na tyle poważna sprawa, że gdyby dzieci były zupełnie świadome konsekwencji, to pewnie do tych kłótni, obrażania i przemocy by nie dochodziło. One czasem są świadome, a czasem nie – odpowiada. – Grupy rówieśnicze to miejsca, do których dorośli teoretycznie nie mają dostępu. Tam dzieciaki budują pozycję, tam rozgrywają się konflikty i niuanse w relacjach. Dla tych, którzy zabiegają o miejsce w grupie, atak na kogoś innego to po prostu sposób na jej zdobycie.

Ekspertka zwraca uwagę na ważny mechanizm psychologiczny, który sprawia, że w sieci łatwiej o okrucieństwo.

– To tzw. efekt kabiny pilota. Przez to, że oddziela nas ekran smartfona czy komputera, nie zawsze widzimy cierpienie i krzywdę osoby, w którą uderzamy. Wydaje nam się, że to nie jest tak dotkliwe, bo nie mamy przed oczami tego, co ta osoba w danym momencie przeżywa – wyjaśnia.

Jednym z najbardziej niepokojących zjawisk jest przesuwanie się granic tego, co młodzi ludzie uznają za akceptowalne. Przemoc zaczyna się normalizować.

– Wiemy, że 17 proc. młodzieży zapytanej o konkretne formy agresji nie potrafi określić, czy to już przemoc. To jest dla nich gdzieś na granicy żartu. Młodzi ludzie często boją się pokazać, że ich to boli. Muszą być silni, nie mogą pokazać, że hejt w nich uderza, mimo że w rzeczywistości to po prostu przemoc.

Problem pogłębia fakt, że ofiary rzadko szukają pomocy u dorosłych.

– Aż 47 proc. dzieci doświadczających cyberprzemocy nikomu o tym nie mówi. Są z tym same. Czasem się boją, czasem nie wiedzą, jak prosić o pomoc, a czasem obawiają się, że jeśli to zgłoszą, agresja środowiska uderzy w nich jeszcze mocniej. A świadkowie wolą nawet dołączyć do grupy "silnych", którzy atakują, żeby sami nie znaleźli się na celowniku – tłumaczy ekspertka.

Dzieci często nie mają świadomości, że brak reakcji czy udostępnianie agresywnych treści dalej wzmacnia sprawcę.

Jeśli nikt nie mówi: "Hej, przestań, to nie jest fajne", to sprawca czuje przyzwolenie i przekazuje agresję dalej. Musimy uczyć dzieci empatii i pracy w roli świadka. Świadek może nie zrobić nic, co wspiera sprawcę, ale może też zareagować: nie podać dalej, a nawet wesprzeć ofiarę ciepłym słowem: "Wiem, że jest ci trudno, nie zgadzam się na to". Ważne, żeby świadkowie dawali sygnał, że to nie jest okej.

Julia Piechna

kierowniczka Zespołu Projektów Społecznych i Współpracy Międzynarodowej w NASK

Przemoc cyfrowa nie kończy się wraz z ostatnim szkolnym dzwonkiem. Po powrocie do domu dziecko wciąż może pozostawać celem ataków – a co najtrudniejsze, ta przemoc często pozostaje niewidoczna dla otoczenia.

– Młodzież mówi nam czasem wprost, że woleliby, aby ktoś ich po prostu uderzył. Dlaczego? Bo siniaka widać. Wtedy wszyscy wiedzą, że coś się dzieje, a dorośli mogą zareagować. Przemoc online jest dla nauczycieli czy rodziców przezroczysta, a dziecko zostaje z nią sam na sam przez 24 godziny na dobę. Nie może się od niej odciąć, bo sprawcy są z nim cały czas, tuż pod ręką, w telefonie – podsumowuje gorzko Julia Piechna.