Kolaż ilustrujący zestresowanego mężczyznę
Dziś nawet małe problemy nazywamy triggerem albo traumą. Eksperci uważają, że to szkodliwe zjawisko Fot. Shutterstock

Zabraliśmy ofiarom przemocy i wojny triggery. Coś, co było zarezerwowane dla weteranów wracających z frontu i osób, które przeżyły tragedie, stało się dziś modnym dodatkiem do codziennego narzekania. W 2026 roku "odpalamy się" właściwie o wszystko. – Język przestaje odróżniać dyskomfort od rzeczywistego, niszczącego dramatu – zauważa dr n. med. Elżbieta Krawczyk-Pasławska, psycholog, specjalistka psychologii klinicznej, psychoterapeutka.

REKLAMA

Nie odpisywał jej przez pół godziny. Zablokowała go. Nie chce takiej relacji.

Kiedy ktoś jej nie odpisuje, wtedy się "odpala". To ją triggeruje. Nigdy nie zapomni, jak kiedyś, w przedszkolu, podeszła do koleżanki, a ta nie chciała się z nią bawić.

Poczuła się jak wtedy, przed laty, przy małej drewnianej kuchence wciśniętej w kąt, kiedy naburmuszona Ewelinka zabrała plastikowy garnuszek i poszła bawić się z kimś innym.

Ale on nawet nie zna tej historii. I nie zdąży już poznać.

Ależ to mnie triggeruje

Kogoś innego triggeruje krupnik. W dzieciństwie go nie znosił – fuj, ble. Babcia zawsze wciskała mu tę zupę, a on nie chciał. Dlatego wystarczy zapach tej zupy, żeby się odpalił. Z miejsc, gdzie podają krupnik, natychmiast wychodzi.

Nie chce już w swoim życiu nigdy, przenigdy czuć krupniku.

Albo rodzynki w serniku. Wyjmujesz małe wredne suszone winogrona jak przed laty. Od razu wspomnienie: meblościanka u cioci na imieninach i jej pełne litości spojrzenie, że tak się nie je.

Triggeruje cię to. 

W zasadzie unikasz sernika albo zamieniasz ją na szarlotkę na ciepło. 

Albo w ogóle unikasz ciast. Tak jest lepiej, bezpieczniej.

Kiedyś "trigger" uruchamiał się np. u żołnierzy wracających z frontu czy ofiar wypadków. Wyzwalaczem mógł być zapach prochu albo pisk opon. Coś, co przypominało traumatyczne, tragiczne zdarzenie.

Dziś triggerem może być wszystko.

"Nie pójdę z tobą na zakupy, bo w dzieciństwie mama mnie ciągała ze sobą i mi się nudziło. Triggeruje mnie to"

"Weź mi nie opowiadaj o tym, bo mnie to triggeruje"

"Świetnie się bawiłaś? Ale mnie to triggeruje. Bo ja kiedyś na pewnym weselu źle się bawiłam"

Witamy w 2026 roku, gdzie odpalamy się w zasadzie już przy wszystkim. I się tym chwalimy.

Dalsza część tekstu poniżej

Czym jest trigger?

– W znaczeniu czysto klinicznym używamy sformułowania "bodziec wyzwalający". Trigger to nic innego jak spust – ten jeden element, który po "naciśnięciu" uruchamia całą, skomplikowaną maszynerię reakcji. Choć początkowo sformułowanie to nie brzmiało stricte profesjonalnie, w psychologii klinicznej przyjęło się jako trafna metafora mechanizmu wyzwalania reakcji potraumatycznej – tłumaczy dr n. med. Elżbieta Krawczyk-Pasławska, psycholog, specjalistka psychologii klinicznej, psychoterapeutka. 

Ekspertka podkreśla, że pierwotnie termin ten był nierozerwalnie związany z zaburzeniami typu PTSD. Chodziło o bodziec tak silnie zakotwiczony w przeżytej traumie, że mimo upływu czasu automatycznie uruchamiał on w człowieku reakcję emocjonalną i fizjologiczną o ogromnym natężeniu.

Ciało ofiary zaczynało reagować tak, jakby sytuacja zagrożenia życia trwała tu i teraz, mimo że realne niebezpieczeństwo dawno minęło.

Trauma to sytuacja ekstremalna, związana z realnym ryzykiem zagrożenia zdrowia lub życia. Jeśli ktoś np. przeżył tragiczne zdarzenie na łące, to po latach każdy zapach maku może stać się spustem, uruchamiającym kaskadę potwornego lęku. To jest mechanizm precyzyjny i niszczący – dodaje dr n. med. Elżbieta Krawczyk-Pasławska.

Ekspertka nie ma wątpliwości: obecnie mamy do czynienia z niepokojącą inflacją pojęć. Bo coraz częściej "wyzwalaczem" zaczynamy nazywać codzienne irytacje.

Dr n. med. Krawczyk-Pasławska zauważa, że współczesna moda na psychologizowanie języka sprawiła, że triggerem stać się może... właściwie wszystko.

– Dziś słowo to przestało oznaczać specyficzny mechanizm, a zaczęło opisywać zwykły dyskomfort, irytację czy napięcie. Gdy słyszymy: "to mnie triggeruje", najczęściej oznacza to po prostu: "to mnie wkurza", "tego nie lubię" – zauważa ekspertka.

Zdaniem psycholog, to zjawisko jest niebezpieczne z dwóch powodów. 

Po pierwsze, dewaluuje to osoby z realnymi, głębokimi urazami. Ich cierpienie zostaje spłaszczone, bo w języku potocznym zrównuje się je z chwilowym spadkiem nastroju, co odbiera ich doświadczeniom należytą wagę.

Po drugie, tracimy zdolność do różnicowania własnych przeżyć.

– Język przestaje odróżniać dyskomfort od rzeczywistego, niszczącego dramatu. Dotyczy to triggera, traumy, ale też depresji czy uzależnień. Dziś wszystko jest uzależnieniem, nawet oglądanie Netflixa. To zjawisko widać już u najmłodszych. Dziecko, które słyszy, że nie wolno zadawać prac domowych, a jednak musi coś dokończyć, mówi z pełnym przekonaniem: "mam traumę". To przerażające, bo niszczy wagę słów – zauważa dr n. med. Krawczyk-Pasławska.

Dlaczego jednak tak chętnie sięgamy po takie sformułowania? Odpowiedź, według ekspertki, jest smutna: zwykłe słowa straciły swoją społeczną siłę przebicia.

– Ludzie już nie umieją powiedzieć: "nie podoba mi się to zadanie". To nie ma już mocy. Trzeba powiedzieć: "to jest dla mnie trauma". Używamy wielkich słów, by nadać swoim przeżyciom rangę "mocnych", bo boimy się, że zwykły dyskomfort zostanie przez otoczenie zignorowany – podsumowuje dr n. med. Elżbieta Krawczyk-Pasławska.