Buldog francuski w wózku
Zwierzęta są dziś traktowane jak członkowie rodziny. Fot. Shutterstock

– W pewnym momencie przestałam się wyrabiać. To były tysiące złotych miesięcznie. Napisałam do Michała, że to przecież nasz kot, że może się dołoży. Stwierdził, że to już "mój problem" – opowiada rozgoryczona Maja, która po rozstaniu musiała sama dźwigać koszty leczenia zwierzaka. Czy można otrzymać alimenty na psa lub kota?

REKLAMA

Razem jeździli do schroniska, wyprowadzali psy na spacery. W końcu w jednym z nich zakochali się bez pamięci. Proces adopcji trochę trwał, ale było warto – Keks, początkowo nieco wystraszony kundelek o ciemnych oczach, szybko stał się pełnoprawnym członkiem rodziny.

"Keks, nasz Keks" – mawiał Piotrek, dziś już były mąż Eweliny.

Głaskał go, bawił się z nim i chętnie pozował do wspólnych zdjęć. Z dumą opowiadał znajomym o każdej nowej sztuczce, której go nauczył.

"Nie będzie finansował jakiegoś kundla"

Wszystko zmieniło się, gdy pies poważnie zachorował. Nagle okazało się, że Keks jest już "tylko" Eweliny. Kiedy kobieta złożyła pozew rozwodowy, Piotr zachowywał się tak, jakby rozstawał się nie tylko z żoną, ale i z psem.

– Wyprowadziłam się na stancję razem z Keksem, który ma przewlekłą niewydolność nerek – opowiada Ewelina. – Diagnozę usłyszeliśmy jeszcze razem. Na początku nie do końca rozumiałam, co ona oznacza. Myślałam, że dostanie jakieś tabletki i jakoś to będzie. Ale to był dopiero początek.

Szybko okazało się, że leczenie jest znacznie bardziej skomplikowane. Keks musiał przejść na specjalistyczną dietę – kluczowe było ograniczenie fosforu i białka. Zwykła karma z dyskontu nie wchodziła w grę. Do tego doszły suplementy, środki wspomagające pracę nerek oraz leki na nadciśnienie.

Na początku Piotr kiwał ze zrozumieniem głową. Ale to Ewelina regularnie jeździła z psem do weterynarza na badania krwi i moczu, kroplówki oraz kontrole nefrologiczne.

Kiedy zamieszkała oddzielnie, Keks przestał Piotra w ogóle już interesować.

W lepszych miesiącach, gdy nie działo się nic nagłego, utrzymanie psa kosztowało ją około 2 tysięcy złotych. Tymczasem czynsz za wynajmowane mieszkanie wynosił kolejne 2,5 tysiąca. Jej budżet gwałtownie się skurczył – zaczęło brakować nawet na podstawowe potrzeby.

W końcu postanowiła schować dumę do kieszeni i poprosiła byłego męża o partycypację w kosztach. Reakcja Piotra była jednak natychmiastowa i jednoznaczna.

– Oburzył się. Jak to, ja "rozbiłam małżeństwo", wyprowadziłam się, a teraz jeszcze oczekuję, że "będzie finansował jakiegoś kundla"? – relacjonuje Ewelina.

– Nie mogłam uwierzyć, że to ten sam człowiek, który sam wyszedł z pomysłem adopcji psa – denerwuje się. –  Nie dość, że czuję bezsilność, bo Keks jest ciężko chory, to jeszcze  potworną niesprawiedliwość. 

Czasy, w których pies pilnował podwórka, a kot chodził własnymi ścieżkami, dawno minęły. Dziś zwierzęta są dla nas jak bliscy – śpią z nami w łóżku, jeżdżą na wakacje i mają swoje miejsce w rodzinnym albumie. Mówimy do nich z czułością, a ich obecność jest czymś równie oczywistym, jak obecność partnera czy dziecka. 

Dopóki zwierzę jest zdrowe, wszystko wydaje się pod kontrolą. Schody zaczynają się wtedy, gdy pojawia się choroba przewlekła, wypadek albo konieczność specjalistycznej diety. Wtedy rachunki od weterynarza potrafią zachwiać domowym budżetem. 

W takich momentach opieka nad "członkiem rodziny" przestaje być tylko przyjemnym obowiązkiem: staje się dużym kosztem i często niestety zalążkiem kłótni.

Prawdziwy problem zaczyna się jednak przy rozstaniu. Kiedy związek się kończy, wspólny dotąd pies czy kot nagle przestaje być "nasz", a zaczyna być… czyjś. 

"Żeby Zygmunt wreszcie zdechł, to będzie ci lżej"

Majka uśmiecha się na wspomnienie, gdy wzięła go na ręce pierwszy raz. Był taki maleńki, taki kruchy. Wybłagała partnera, żeby z nimi został. Znajoma przyszła z trzema kociętami w koszyku, a Maja nie miała serca odmówić. Wzięła chociaż jednego. 

– To nie był nasz wspólny wybór – przyznaje Maja. – Ale Michał pokochał Zygmunta niemal od razu. 

Po malusim kocie nic nie zostało, nabierał apetytu i rósł w oczach. Dorósł. Kładł się Michałowi na kolanach i mruczał, kiedy ten go głaskał. 

Po siedmiu latach Zygmunt przestał przypominać siebie. Stracił apetyt, stał się apatyczny, coraz więcej spał. 

– Weterynarz uspokajał, że to pewnie nic poważnego, jakaś infekcja – wspomina Maja. – Podleczył go i nawet na chwilę było lepiej.

Drugi raz było już inaczej.

– Zygmunt schudł, ale jednocześnie jego brzuch zrobił się nienaturalnie duży. Wiedziałam, że coś jest bardzo nie tak.

Diagnoza padła szybko: FIP z zapaleniem otrzewnej. Jeszcze kilka lat temu oznaczało to wyrok. Dziś są terapie, które dają szansę na dłuższe życie, ale wymagają ogromnych nakładów finansowych.

W tym samym czasie rozpadł się związek Mai.

– Wyprowadziłam się z Zygmuntem. Nie było nawet dyskusji, że ma zostać z Michałem, bo on ma taką pracę, że częściej go nie ma w domu, niż jest – uzasadnia. – Problem zaczął się później.

Codzienne leczenie, zastrzyki, badania, specjalistyczna opieka. Koszty rosły z tygodnia na tydzień.

– W pewnym momencie przestałam się wyrabiać. To były tysiące złotych miesięcznie. Napisałam do Michała, że to przecież nasz kot, że może się dołoży. Stwierdził, że to już "mój problem". Wypomniał mi też, że w ogóle go wzięliśmy. I że skoro go namówiłam, to ja mam za niego płacić.

Kiedy się zaczęli o to kłócić, napisał jej SMS-a: "Żeby Zygmunt wreszcie zdechł, to będzie ci lżej".

Wspomina, że było jej już tak ciężko, że była blisko tego, żeby założyć zrzutkę. Ale bardzo się wstydziła. Chciała też udowodnić byłemu partnerowi, że świetnie sobie radzi.

Nawet przez myśl jej nie przeszło, żeby zrezygnować z leczenia.

– Walczyłam do końca. Ale nie udało się – mówi smutno.

Historia Pameli jest inna: nie rozstała się z partnerem i nie musiała dźwigać kosztów utrzymania chorego na nowotwór psa sama. Ale, jak przyznaje, to właśnie choroba czworonoga stała się momentem przełomowym dla ich relacji.

– To właśnie kiedy Miko zachorował, nasze małżeństwo zaczęło przeżywać kryzys – przyznaje.

Początkowo oboje skupili się na jednym: walce o zdrowie psa. Wizyty u weterynarzy, badania, konsultacje, kolejne terapie. Robili wszystko, co w ich mocy, żeby ich czworonożny przyjaciel przeżył. Szybko jednak okazało się, że emocje to jedno, a finanse drugie.

Zaczęły się przepychanki o partycypację w kosztach, o "sprawiedliwy podział", o to, kto i ile dokłada w tym miesiącu.

– Nagle okazało się, że trzeba zacząć bardzo dokładnie liczyć pieniądze i z wielu rzeczy zrezygnować – wspomina. – Z takich drobnych przyjemności, z wyjść, z rzeczy, na które moglibyśmy sobie przed chorobą psa pozwolić.

Domowy budżet zaczął się kurczyć, a razem z nim pojawiało się coraz więcej frustracji. Stres związany z leczeniem psa coraz bardziej przenosił się na ich relację.

– Byliśmy już bardzo blisko decyzji, żeby się rozstać – wspomina ten trudny czas. – I wtedy przemknęło mi przez głowę: co będzie z psem? Przecież sama nie udźwignęłabym kosztów leczenia.

Czy można dostać alimenty na psa lub kota? Prawniczka wyjaśnia

Czy po rozstaniu partnerów można domagać się współfinansowania utrzymania wspólnego zwierzęcia – zwłaszcza gdy jego leczenie kosztuje kilka tysięcy złotych miesięcznie? Takie sytuacje zdarzają się coraz częściej, ale polskie prawo wciąż nie nadąża za społecznymi zmianami.

– Polskie przepisy jasno określają, komu przysługują alimenty, i niestety zwierzęta nie mieszczą się w tej kategorii – tłumaczy dr hab. mec. Olga Piaskowska, prof. USWPS. – Choć w praktyce traktujemy psa czy kota jak członka rodziny, z punktu widzenia prawa nim nie jest. Zwierzę nadal uznawane jest za mienie, czyli przedmiot własności, a nie podmiot prawa – dodaje.

To oznacza, że nie istnieje coś takiego jak "alimenty na zwierzę". Nie oznacza to jednak, że koszty jego utrzymania są całkowicie pomijane.

– Jedyną możliwością jest uwzględnienie takich wydatków w ramach tzw. usprawiedliwionych potrzeb osoby uprawnionej do alimentów – wyjaśnia prawniczka. – Jeśli ktoś otrzymuje alimenty, może argumentować, że koszty leczenia czy utrzymania zwierzęcia są elementem jego codziennych wydatków. Ale to nadal są alimenty dla człowieka, nie dla zwierzęcia – podkreśla.

Dalszy ciąg tekstu poniżej

W takich sprawach często pojawia się spór o zasadność wydatków. Jedna ze stron może próbować przekonywać, że koszty utrzymania zwierzęcia powinny zostać ograniczone. Czy druga strona może argumentować, że należy je zmniejszyć, na przykład poprzez zakup tańszej karmy? 

– Takie argumenty rzeczywiście padają, podobnie jak w sprawach dotyczących dzieci – mówi Piaskowska. – Na przykład, że można kupować tańsze jedzenie czy rezygnować z części wydatków. Ostatecznie jednak to sąd ocenia zarówno usprawiedliwione potrzeby uprawnionego, jak i możliwości finansowe zobowiązanego. Nie można więc dowolnie narzucić obniżenia standardu życia – tłumaczy.

– Czy w takich sprawach potrzebna jest opinia biegłego weterynarza? – dopytuję. 

– Co do zasady nie jest to konieczne, choć w szczególnych przypadkach można sobie wyobrazić sytuację, w której taka opinia byłaby pomocna – np. przy bardzo wysokich kosztach leczenia lub w przypadku zwierząt o dużej wartości, np. hodowlanych – odpowiada prawniczka. 

Co w sytuacji, gdy para wspólnie przygarnęła psa, a po rozstaniu tylko jedna osoba ponosi koszty jego utrzymania?

Kluczowe znaczenie ma to, kto formalnie zobowiązał się do opieki nad zwierzęciem. Przy adopcji ze schroniska zazwyczaj podpisywana jest umowa. Jeśli zrobiły to obie osoby, można argumentować, że obie ponoszą odpowiedzialność. Natomiast dochodzenie takich roszczeń nie jest ani łatwe, ani standardowe.

dr hab. mec. Olga Piaskowska, prof. USWPS

prawniczka, wykładowczyni

Ciekawym rozwiązaniem, które pojawia się w praktyce, jest opieka naprzemienna nad zwierzęciem.

– Wbrew pozorom to się zdarza – mówi Piaskowska. – Może niekoniecznie w orzeczeniach sądowych, ale w prywatnych ustaleniach między byłymi partnerami. Co ciekawe, czasami łatwiej jest im porozumieć się w sprawie zwierzęcia niż dzieci – dodaje.

Ekspertka przyznaje jednak, że prawo w tym obszarze pozostaje w tyle za rzeczywistością społeczną.

– Zwierzęta coraz częściej pełnią rolę członków rodziny. Pojawiają się też przypadki bardzo kosztownego leczenia czy hodowli przynoszących dochód. To wszystko sprawia, że prędzej czy później ustawodawca będzie musiał się tym tematem zająć – ocenia

Na razie jednak osoby znajdujące się w takiej sytuacji muszą liczyć się z tym, że dochodzenie pieniędzy na utrzymanie zwierzęcia od byłego partnera może być trudne – a w wielu przypadkach wręcz niemożliwe.