
– Matka dłużnika – pani w wieku ponad 75 lat – oświadczyła, że stojący na posesji motocykl crossowy należy do niej, ponieważ... regularnie na nim jeździ. Co ciekawe, pani nie posiadała uprawnień do kierowania takim pojazdem. Mimo oczywistego absurdu kobieta składała te oświadczenia do protokołu i nie chciała się z nich wycofać nawet pod groźbą odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań – opowiada Przemysław Małecki, komornik sądowy, rzecznik prasowy Krajowej Rady Komorniczej.
Aleksandra Tchórzewska: Groził ktoś kiedyś panu śmiercią?
Przemysław Małecki, komornik sądowy, rzecznik prasowy KRK: Bezpośrednio – nie. Natomiast w komentarzach internetowych jak najbardziej.
Hejt wobec nas jest zjawiskiem powszechnym.
Zgłosił pan sprawę na policję?
Zapewne pamięta pani, że nieco ponad trzy lata temu nasza koleżanka w Łukowie została zamordowana. Jako rzecznik wielokrotnie zabierałem głos w mediach na ten temat.
Po tamtych tragicznych wydarzeniach utworzyliśmy specjalną skrzynkę e-mail, na którą komornicy z całego kraju przesyłają zawiadomienia o atakach, groźbach i wszelkich negatywnych incydentach, które nas spotykają. Dokumentację tę przekazujemy następnie do Ministerstwa Sprawiedliwości oraz właściwych prokuratur. Niestety, większość tych postępowań jest umarzana.
Jeśli pyta pani o moją osobistą reakcję – nie podjąłem żadnych formalnych kroków. Po prostu przestałem czytać komentarze.
Dlaczego sprawy są umarzane? Jaka jest argumentacja śledczych?
Odnoszę wrażenie, że służby nie przykładają należytej wagi do wyjaśniania takich spraw. Często – nawet ze strony dziennikarzy – słyszymy argument, że groźby są "wpisane w specyfikę naszego zawodu" i powinniśmy się z nimi liczyć.
Absolutnie się z tym nie zgadzam.
Ja też nie. Zresztą dziennikarze również bywają obiektem nienawiści. Sama dostałam groźby po publikacjach dotyczących covidu – ktoś napisał, że mnie "zniszczy".
Niezrozumiałe jest takie podejście organów ścigania. Przykładowo: w internecie przez ponad rok widniał "wyrok śmierci" wydany na naszą koleżankę z Warszawy przez samozwańczy "sąd". Mimo to prokuratura, sąd i policja przez długi czas pozostawały bezradne w kwestii zablokowania czy usunięcia tej strony.
To dobitnie pokazuje, że jako funkcjonariusze publiczni – a komornicy sądowi nimi są – nie otrzymujemy w praktyce takiej ochrony, jaką gwarantują nam przepisy.
Status funkcjonariusza publicznego jest tożsamy ze statusem policjanta czy nauczyciela. Teoretycznie powinny płynąć z tego tytułu konkretne gwarancje bezpieczeństwa, ale z pana słów wynika, że to fikcja.
Tak, nie odczuwamy tej ochrony. Statystyki umorzonych postępowań potwierdzają, że mamy do czynienia jedynie z teorią, która nie znajduje odzwierciedlenia w rzeczywistości.
Niech to wybrzmi wyraźnie w tym wywiadzie. A czy zdarzają się inne, nietypowe próby zastraszania? Na przykład ktoś panu złorzeczy albo przeklina pana?
Z takimi metodami się nie spotkałem. Pamiętam jednak sytuację z czasów, gdy byłem jeszcze asesorem. Podczas czynności dłużnik wyciągnął nóż. Nie wyartykułował groźby wprost, ale operował tym narzędziem w taki sposób, by dać mi do zrozumienia, że może go użyć. Wycofałem się wówczas z lokalu i wezwałem asystę policji.
Gdy dłużnik uświadomił sobie, że emocje wzięły górę, a za chwilę na miejscu pojawi się patrol, natychmiast się uspokoił. Zaczął współpracować, a przy funkcjonariuszach stał się wręcz wzorowym obywatelem.
Dłużnicy chwytają się najróżniejszych sposobów, by uniknąć egzekucji. Choć komornik nie jest winien ich sytuacji i pojawia się dopiero na samym końcu pewnej historii, by wyegzekwować to, co zasądził sąd, to właśnie na nas skupia się cała agresja.
Stajemy się twarzą ich błędnych decyzji biznesowych, przeszłych potknięć czy niewyjaśnionych spraw.
To my przychodzimy im o tym wszystkim przypomnieć.
A czy wchodząc na posesję, nie czuje pan lęku?
Bywają sytuacje, w których odczuwam dyskomfort czy pewien niepokój. Jednak w większości trudnych przypadków, jak choćby przy eksmisjach, zawsze towarzyszy mi asysta policji. To gwarant bezpieczeństwa, który skutecznie tonuje agresywne zapędy.
Tam, gdzie przewiduję, że może być niebezpiecznie, zawsze korzystam z prawa do wezwania funkcjonariuszy, którzy towarzyszą mi podczas czynności.
Jak wygląda droga od długu do momentu, w którym puka pan do drzwi?
Najpierw ktoś komuś nie płaci. Wierzyciel wielokrotnie prosi o zwrot środków, wzywa do zapłaty, wysyła pisma. Następnie składa pozew, trwa proces sądowy.
Komornik zawsze działa na podstawie orzeczenia sądowego. Abyśmy mogli przystąpić do egzekucji i udzielić realnej pomocy wierzycielowi, niezbędny jest prawomocny wyrok sądu opatrzony klauzulą wykonalności. Dopiero z takim dokumentem w ręku możemy wszcząć postępowanie egzekucyjne. Bez niego nie mamy ustawowego prawa podjąć żadnych czynności, nawet jeśli sytuacja właściciela wydaje się najbardziej oczywista.
Dłużnik ma prawo odwołać się od wyroku, jeśli się z nim nie zgadza. W polskim systemie prawnym to są lata, a nie miesiące.
I na samym końcu, gdy wszystko jest już stwierdzone prawomocnym wyrokiem, pojawiamy się my. Często jesteśmy pierwszymi prawnikami, z którymi dłużnik spotyka się twarzą w twarz.
I co wtedy robi? Bierze na litość?
Powiedziałbym inaczej: dłużnicy bardzo często nadużywają przysługujących im uprawnień procesowych, by za wszelką cenę uniknąć odpowiedzialności. Doskonałym przykładem jest postępowanie prowadzone przy sądzie w Wołominie. W jego toku dłużnicy złożyli łącznie aż 956 skarg i wniosków – domagali się umorzenia postępowania, wyłączenia komornika, sędziów, a nawet całych składów orzekających. W efekcie sprawa o odzyskanie lokalu mieszkalnego trwała dziewięć lat.
To dobitnie pokazuje, że obecne przepisy dają dłużnikom zbyt szerokie pole do odwlekania tego, co zostało już prawomocnie stwierdzone wyrokiem. Jest to rażąco nieuczciwe wobec wierzyciela, który przez niemal dekadę musi czekać na odzyskanie swojego majątku.
Zdarzają się również osoby, które drastycznie wyolbrzymiają swoją trudną sytuację życiową, celowo zapominając o niewygodnych dla nich faktach.
Pamiętam sprawę o alimenty, w której zająłem dłużnikowi samochód osobowy.
I jak się skończyła?
Pan stawił się w mojej kancelarii wraz z obecną partnerką. Sporządziłem protokół zajęcia ruchomości, który oboje bez zastrzeżeń podpisali. Poinformowałem dłużnika, że może nadal korzystać z auta do czasu wypracowania porozumienia co do spłaty długu – zaznaczyłem jednak, że w przypadku braku wpłat będę musiał pojazd zlicytować. Początkowo wszystko przebiegało spokojnie.
Jednak po kilku dniach dłużnik nagle "przypomniał sobie", że ten samochód tak naprawdę... sprzedał.
I żeby było zabawniej – nabywcą miała być ta sama pani, która kilka dni wcześniej siedziała obok niego w kancelarii. Ona również doznała nagłego "olśnienia" i uznała, że kupiła to auto tuż przed dokonaniem zajęcia.
O proszę. Jaki zbieg okoliczności.
W takich sytuacjach nie pozostaje nam nic innego, jak zawiadomić prokuraturę. Usuwanie mienia zagrożonego zajęciem lub podlegającego egzekucji jest przestępstwem. Dłużnicy często nie zdają sobie z tego sprawy, traktując takie działania jako sprytny unik, a nie złamanie prawa karnego.
Niestety, w Polsce wciąż pokutuje swoiste społeczne przyzwolenie na niepłacenie zobowiązań. Z perspektywy komornika widzę to aż nazbyt wyraźnie: dłużnik bywa postrzegany jako postać pozytywna, jako ktoś zaradny, kto "oszukał system" i mu się upiekło. I jeszcze ma w tym sprzymierzeńców.
Kogo?
Pomagają rodziny, pomagają też nieuczciwi pracodawcy. Wielokrotnie spotykamy się z sytuacją, w której dłużnik wykazuje wysokie dochody na umowie o pracę, ale w momencie, gdy do firmy wpływa zajęcie komornicze, jego pensja nagle topnieje do kwoty minimalnej.
Bywa i tak, że dłużnik oficjalnie zostaje zwolniony, mimo że wierzyciel dostarcza mi zdjęcia dokumentujące, że ten człowiek codziennie stawia się w pracy. Po prostu przeszedł do "szarej strefy", a pracodawca czynnie pomaga mu ukrywać dochody przed egzekucją.
Czy alimenciarzom również pomagają w unikaniu płatności?
Im chyba najczęściej. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że tacy dłużnicy nie oszukują systemu ani mnie – oni oszukują własne dzieci. Dla mnie, jako ojca, jest to po prostu przerażające. Często słyszę w kancelarii od ojca czy matki – bo kobiety również bywają dłużniczkami alimentacyjnymi – że nie będą płacić "swojemu byłemu" czy "byłej".
Kiedy tłumaczę, że wyrok jasno wskazuje, iż są to pieniądze dla dziecka, a nie dla partnera, słyszę w odpowiedzi, że i tak nie zapłacą, bo "te środki zostaną źle spożytkowane". Konflikty dorosłych są tu bezlitośnie przenoszone na dzieci, a tak być po prostu nie powinno.
A czy zdarzyło się panu poczuć, że dzięki pana interwencji realnie zmieniło się czyjeś życie? Że faktycznie pomógł pan kobiecie w trudnej sytuacji?
Tak. Są sytuacje, w których wizyta u komornika przywraca kobiecie spokój w codziennym egzystowaniu. Często słyszę od wierzycielek, że bały się do nas zgłosić. Wstydziły się reakcji rodziny czy znajomych; pytań w rodzaju: "jak to, chcesz własnego byłego męża zgłosić do komornika?".
Miałem taką sprawę: pewna pani zwlekała ze złożeniem wniosku bardzo długo. Przyszła dopiero wtedy, gdy fizycznie nie dawała już rady pracować na kilku etatach, by utrzymać dzieci. Po czasie przyznała, że egzekucja wcale nie jest tak straszna, jak się jej wydawało.
Pieniądze ściągane z wynagrodzenia jej byłego męża pozwoliły jej w końcu odetchnąć i poświęcić czas dzieciom. Przez kilka lat żyła w przekonaniu, że jeśli zgłosi się do komornika, to ona zostanie uznana za "tą złą", a nie partner, który uporczywie uchylał się od obowiązku łożenia na dzieci.
Sama śledziłam grupy na Facebooku, gdzie dłużnicy wzajemnie się motywują i wymieniają sposobami na "obejście" komornika. Czy w pana pracy da się bezbłędnie odróżnić osobę z realnym dramatem życiowym od kogoś, kto po prostu cynicznie unika płacenia?
Oczywiście, to widać bardzo wyraźnie. Ludzie, którzy popadli w tarapaty nie z własnej woli – w wyniku ciężkiej choroby, nagłej utraty pracy czy skomplikowanej sytuacji rodzinnej – zazwyczaj jako pierwsi pojawiają się w kancelarii. Przychodzą, chcą rozmawiać, aktywnie szukają rozwiązania. Jestem głęboko przekonany, że jeśli ktoś naprawdę chce wyjść z długów, zawsze znajdzie do tego drogę.
Jeszcze nie spotkałem się z sytuacją, w której wierzyciel – wiedząc, że po drugiej stronie jest osoba uczciwie szukająca porozumienia – nie wyraziłby zgody na ugodę. Strony zazwyczaj szybko dochodzą do konsensusu, zwłaszcza gdy mediacja odbywa się za pośrednictwem komornika. My dysponujemy narzędziami, by zweryfikować stan majątkowy dłużnika w systemach.
Kiedy wierzyciel otrzymuje od funkcjonariusza publicznego potwierdzone informacje o faktycznych możliwościach płatniczych dłużnika, znacznie łatwiej podejmuje decyzję o rozłożeniu długu na raty.
Zupełnie inaczej wygląda to w przypadku osób, które unikają kontaktu, nie odbierają korespondencji lub kłamią podczas czynności, twierdząc, że posiadany majątek nie należy do nich. Takie osoby rzadko wychodzą na tym dobrze – w ich przypadku egzekucja musi być po prostu bardziej restrykcyjna.
Usłyszał pan kiedyś tak kreatywną wymówkę, że aż trudno było w nią uwierzyć?
Miałem przypadek, w którym matka i córka nosiły identyczne imiona i nazwiska. Podczas czynności dłużniczka uparcie twierdziła, że nie jest osobą wskazaną w tytule wykonawczym, lecz swoją własną córką. Próbowała podać dane osobowe córki, by uchronić majątek przed zajęciem. Kluczowa okazała się jednak weryfikacja numeru PESEL oraz asysta policji, która na miejscu potwierdziła tożsamość. Była to jedynie próba czasowego odwleczenia egzekucji; kłamstwo i tak musiało wyjść na jaw.
Innym razem matka dłużnika – pani w wieku ponad 75 lat – oświadczyła, że stojący na posesji motocykl crossowy należy do niej, ponieważ... regularnie na nim jeździ. Co ciekawe, pani nie posiadała uprawnień do kierowania takim pojazdem.
Próbowała mnie przekonać, że syn przyjechał tym motocyklem tylko po to, by skosić jej trawę. Zapomniała jednak o drobnym szczególe: był początek stycznia, panował siarczysty mróz, a podwórko przykrywała gruba warstwa śniegu.
Mimo oczywistego absurdu kobieta składała te oświadczenia do protokołu i nie chciała się z nich wycofać nawet pod groźbą odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań.
Dalsza część wywiadu poniżej
Zobacz także
Pan jest ostatnią deską ratunku dla wierzycieli, gdy wszystkie inne metody zawiodły?
Komornik to jedyne "okno" wymiaru sprawiedliwości, które może realnie i skutecznie pomóc w takich momentach. Tylko my posiadamy ustawowe uprawnienia, by zająć majątek i przekazać go drugiej stronie – bez względu na to, czy mówimy o środkach na rachunkach bankowych, wynagrodzeniu, czy nieruchomościach podlegających licytacji.
Wielokrotnie spotykałem ludzi, którzy po wyczerpującej batalii sądowej byli przeszczęśliwi, że mają już wyrok w ręku. Niestety, często okazywało się, że dłużnik, mimo prawomocnego orzeczenia, nadal nie zamierza go realizować.
Wierzyciele, mając świadomość, że po drugiej stronie jest ich były znajomy czy kontrahent, często wahają się przed pójściem do komornika. Jednak gdy w końcu podejmują tę decyzję i udaje się odzyskać środki, słyszę w ich głosie ogromną ulgę.
A jak wyglądają statystyki?
Niezbyt kolorowo. Skuteczność egzekucji w naszym kraju wynosi obecnie poniżej 25 proc.. W praktyce oznacza to, że tylko co czwarte postępowanie kończy się pełną spłatą należności. Pozostałych trzech wierzycieli, mimo przejścia tej samej, kosztownej drogi sądowej i uzyskania wyroku, nie odzyskuje swoich pieniędzy.
Kiedy eksmituje pan kogoś z mieszkania, potrafi pan oddzielić emocje od sztywnych procedur?
Całkowite odcięcie się od emocji nie jest możliwe. Wbrew powszechnemu przekonaniu komornicy to też ludzie; mamy uczucia i to, co widzimy podczas czynności, znacząco na nas wpływa. Pomaga jednak głęboka świadomość tego, co robimy i dlaczego to robimy – to pozwala nam zachować profesjonalizm.
Warto przy tym wyraźnie podkreślić, że w dzisiejszej Polsce nie istnieje pojęcie "eksmisji na bruk". Wykonując opróżnienie lokalu, muszę mieć zapewniony lokal zastępczy dla dłużnika – może to być lokal socjalny lub pomieszczenie tymczasowe wskazane przez gminę.
Dłużnik musi zmienić miejsce zamieszkania, to fakt, ale jego podstawowe potrzeby mieszkaniowe pozostają zabezpieczone.
Mimo to takie sytuacje budzą ogromne napięcie po obu stronach. Komornik występuje tu w roli bufora: wierzyciel chce odzyskać swoją własność, dłużnik za wszelką cenę chce ją zatrzymać. Moją rolą jest dopilnowanie, by cały proces odbył się nie tylko zgodnie z przepisami, ale przede wszystkim z poszanowaniem godności obu stron.
Kluczem jest dialog. Jeśli dłużnikowi rzetelnie wytłumaczy się konsekwencje i wskaże realne możliwości wyjścia z sytuacji, zazwyczaj udaje się przeprowadzić te czynności w sposób cywilizowany i jak najmniej dotkliwy.
Czy dłużnicy walczą do końca? Zamykają przed panem drzwi, barykadują się w środku?
Tak, takie sytuacje się zdarzają, choć przyznam, że często nie rozumiem motywacji, która za nimi stoi. Bywa, że ludzie nie chcą wydać lokali, w których od lat w ogóle nie mieszkają.
W zeszłym tygodniu przeprowadzałem czynność w mieszkaniu, które stało puste od trzech lat. Dłużnik regularnie odbierał korespondencję, był w pełni świadomy sytuacji, a mimo to uparcie odmawiał zwrotu kluczy.
W efekcie, aby odzyskać ten nieużywany pustostan, trzeba było zaangażować cały aparat państwa: uzyskać wyrok sądowy, skierować na miejsce komornika, policję i ślusarza. To ogromne marnotrawstwo czasu i zasobów wielu ludzi tylko po to, by otworzyć drzwi do pustego lokalu.
To zwykła gra na zwłokę?
Bardzo często. Dłużnicy unikają odbierania pism lub nagle, tuż przed egzekucją, "przypominają sobie" o nowych okolicznościach, które rzekomo nie były znane na etapie procesu. Komornik musi każdy taki sygnał zweryfikować.
Przemysław Małecki
komornik sądowy, rzecznik prasowy Krajowej Rady Komorniczej
Robił to "dla zasady". Dłużnikom często wydaje się, że ignorowanie problemu lub piętrzenie trudności sprawi, że egzekucja zostanie wstrzymana na zawsze. Jednak wcześniej czy później nadchodzi dzień konfrontacji z rzeczywistością.
Co jeszcze zdarzyło się panu zająć?
Zainteresowanych odsyłam na stronę licytacje.komornik.pl. W publikowanych tam obwieszczeniach widać pełen przekrój majątku, który trafia "pod młotek". Poza standardowymi przedmiotami, takimi jak pojazdy czy nieruchomości, przedmiotem licytacji bywają również zwierzęta.
Pamiętam sprawę jednego z kolegów, który licytował stado koni – było ich około stu. Aukcja przyciągnęła tłumy, setki osób przyjechały licytować te zwierzęta. Na takich licytacjach naprawdę można trafić na rzeczy nietuzinkowe.
Co w sytuacji, gdy dłużnik oficjalnie nie ma nic na koncie, ale obraca kryptowalutami albo posiada cenne przedmioty w grach online?
W tej chwili polskie przepisy nie są jeszcze w pełni dostosowane do prowadzenia egzekucji z kryptowalut, takich jak Bitcoin. Podobnie sprawa wygląda ze środkami przechowywanymi poza granicami kraju, na przykład w popularnych aplikacjach typu Revolut. Są to instytucje finansowe z siedzibami za granicą, a polski komornik może działać wyłącznie na terytorium Rzeczypospolitej.
Jeśli majątek znajduje się poza Polską, nie możemy po niego sięgnąć bezpośrednio – może to zrobić jedynie właściwy organ egzekucyjny państwa, w którym dany bank ma swoją siedzibę.
Jeśli chodzi o same kryptowaluty, wiem, że w Ministerstwie Sprawiedliwości trwają prace nad uregulowaniem tych kwestii. Chodzi o to, by w niedalekiej przyszłości komornicy mogli skutecznie prowadzić egzekucję również z takich cyfrowych aktywów.
Zdarzyło się, że ktoś oficjalnie deklarował brak jakiegokolwiek majątku, a w tym samym czasie chwalił się zdjęciami z pokładu luksusowego jachtu na Instagramie?
Ja osobiście nie prowadzę takiego "śledztwa", ale wyręczają mnie w tym strony postępowania. Wierzyciele bardzo często przesyłają mi zdjęcia z portali społecznościowych jako bezpośredni dowód w sprawie. Dokumentują one brutalny kontrast: dłużnik w pismach procesowych twierdzi, że nie posiada absolutnie niczego, a w rzeczywistości publikuje zdjęcia, na których jeździ drogim samochodem, wypoczywa w egzotycznych kurortach czy prezentuje luksusowy zegarek.
Wierzyciele sami wyciągają te informacje i przedkładają je komornikowi, by wykazać faktyczny poziom życia dłużnika.
Czy zdarzają się panu dłużnicy z tzw. "górnej półki" lub z pierwszych stron gazet?
Oczywiście, że tak. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że problemy finansowe mogą dotknąć każdego. Uważam, że samo posiadanie niezapłaconego zobowiązania nie jest powodem do wstydu – kluczem do sukcesu jest po prostu znalezienie konstruktywnej drogi wyjścia z takiej sytuacji.
Wielokrotnie celebryci czy osoby powszechnie znane bywały stronami postępowań egzekucyjnych – i to w obu rolach: zarówno jako dłużnicy, jak i wierzyciele desperacko starający się odzyskać swoje należności. Spektrum społeczne w naszej pracy jest pełne; dług nie wybiera ze względu na status czy wysokość pensji.
A czy sam komornik może mieć długi?
Jeśli nie reguluje swoich zobowiązań, to jak najbardziej. Proszę pamiętać, że my również mamy rodziny, a kancelarie prowadzimy na własny rachunek i własne ryzyko ekonomiczne. Państwo w żaden sposób nas nie dotuje.
Utrzymujemy się wyłącznie z prowizji od opłat egzekucyjnych. Co istotne i warte podkreślenia: opłaty, które generuję w toku postępowań, nie trafiają bezpośrednio do mojej kieszeni – stanowią one w całości dochód Skarbu Państwa, a ja otrzymuję od nich jedynie określony procent w formie prowizji.
Z tych środków muszę w pełni sfinansować działalność kancelarii: opłacić lokal, wypłacić pensje pracownikom, zakupić sprzęt i oprogramowanie. Funkcjonujemy więc jak każdy inny przedsiębiorca. Komuś może po prostu "nie wyjść" w biznesie i wówczas, jak każdy inny obywatel, musi zmierzyć się z konsekwencjami i spłatą własnych długów.
Idzie pan na imprezę, poznaje nowych ludzi. Gdy pada pytanie o zawód, odpowiada pan zgodnie z prawdą. Jakie są reakcje?
Najczęściej słyszę: "O matko, to tak wygląda komornik?!". Odpowiadam wtedy, że nie wiem, jak go sobie wyobrażali, ale tak właśnie wyglądam. Ludzie są bardzo ciekawi kulis tej pracy. Oczywiście wszyscy porównują ją do słynnego filmu "Komornik" z Andrzejem Chyrą.
Kiedy jednak uświadamiam moim rozmówcom, że ekranowa wizja to jedno, a nasza codzienność to drugie, lawina pytań dopiero się zaczyna.
Zazwyczaj też w towarzystwie znajduje się ktoś, kto miał już do czynienia z egzekucją – po jednej lub drugiej stronie – i dzieli się swoimi doświadczeniami. Zazwyczaj jestem odbierany pozytywnie i z dużym zainteresowaniem.
Dlaczego wybrał pan ten zawód?
To profesja prawnicza, która w moim odczuciu wiąże się z największą dawką pracy z drugim człowiekiem. Tu praca nie kończy się na siedzeniu za biurkiem.
Samodzielnym komornikiem jestem od 2022 roku, ale z egzekucją jestem związany znacznie dłużej – od 2009 roku. Przez lata zdobywałem doświadczenie jako asesor komorniczy.
Choć dziś egzekucja jest w dużej mierze zinformatyzowana – zajęcia rachunków czy zapytania odbywają się elektronicznie – kluczowym elementem tej pracy wciąż pozostaje teren. Wyjeżdżamy, doręczamy korespondencję, przeprowadzamy eksmisje, ustalamy majątek. To wymaga nie tylko znajomości przepisów, ale też dużej aktywności i umiejętności pracy z ludźmi.
Dla porównania: notariusz zazwyczaj czeka w kancelarii, aż klient przyjdzie do niego. My wychodzimy do ludzi.
Zależało mi na pracy, która nie jest schematyczna. Każda sprawa to inni ludzie i inne historie. I choć w statystykach wyglądają podobnie, w rzeczywistości każda jest inna.
To zawód, w którym efekty widać bardzo szybko. Widać ulgę wierzyciela, kiedy sprawa rusza do przodu. Ale – co może zaskakiwać – w ramach procedur można też realnie pomóc dłużnikom.
W jaki sposób komornik może pomóc osobie zadłużonej?
Podam konkretny przykład. Prowadzę postępowanie przeciwko dwóm panom, którzy od lat wspólnie prowadzą biznes. W długi popadli w wyniku perturbacji rynkowych w czasie pandemii. Gdy tylko dowiedzieli się o egzekucji, natychmiast stawili się w kancelarii i uczciwie przedstawili sytuację. Już od niemal trzech lat sumiennie spłacają swoje zobowiązania w ratach.
Dzięki temu, za zgodą wierzyciela, nie zlicytowałem ich majątku ani sprzętów niezbędnych do pracy. Dzięki temu oni nadal zarabiają, prowadzą firmę i sukcesywnie wychodzą z zadłużenia. To klasyczna sytuacja typu "win-win", w której obie strony ostatecznie wygrywają.
Czyli zdarza się, że dłużnik nie tylko nie żywi urazy, ale wręcz dziękuje za takie podejście?
Zdarza się. Rzadko, to prawda, ale takie sytuacje są w tej pracy najbardziej budujące.
Zabawne jest to, jak szybko potrafi zmienić się ludzka perspektywa. Miałem kiedyś dłużnika, który był skrajnie niezadowolony z postępowania. Sprawa trwała krótko, około trzech tygodni, ale w tym czasie pojawił się w kancelarii kilkanaście razy, dzwonił codziennie, pisał maile i nieustannie wyrażał oburzenie moimi działaniami.
Zakończyłem tę sprawę i zdążyłem już o niej zapomnieć. Po kilku miesiącach ten sam człowiek znów pojawił się w kancelarii. Pomyślałem: "Znowu skarga albo pretensje".
A on mówi: "Panie komorniku, mam wyrok przeciwko swojemu dłużnikowi. Chciałbym, żeby pan go wyegzekwował. Tylko wie pan… z nim to proszę bardziej stanowczo niż ze mną! Bo to jest oszust i jego trzeba docisnąć!"
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Tylko się uśmiechnąłem i powiedziałem: "Panie Marku, jakże szybko zmieniła się panu perspektywa". Zaczął tłumaczyć, że wcześniej to były emocje, a ten jego dłużnik to przypadek szczególny. Odpowiedziałem mu, że potraktuję tę sprawę z taką samą rzetelnością jak każdą inną i zrobię wszystko, by odzyskał pieniądze.
To dobitnie pokazuje, że nasze postrzeganie egzekucji zmienia się w momencie, gdy to my stajemy się tymi, którzy potrzebują pomocy państwa.
Zdarzyło się panu kiedyś wrócić do domu i płakać po interwencji?
Jest jedna sprawa, którą przeżywałem wyjątkowo długo. Nie prowadziłem jej wtedy samodzielnie – byłem jeszcze asesorem i towarzyszyłem komornikowi podczas czynności. Z informacji, które mieliśmy przed wejściem, wynikało, że to małżeństwo prowadzące dużą działalność gospodarczą, które uchyla się od spłaty zobowiązań.
Na miejscu okazało się, że rzeczywistość jest zupełnie inna. Ci państwo mieli bardzo chore dziecko i poświęcali wszystko, żeby je ratować. Ich sytuację cynicznie wykorzystali inni – pracownicy i członkowie rodziny. Okradali ich i podsuwali dokumenty, którymi zaciągali kolejne zobowiązania.
Dłużnicy podpisywali je, ufając bliskim i skupiając się na walce o życie syna. Niestety, dziecko zmarło. W tym samym czasie zaczęły zapadać wyroki sądowe. Nagle znaleźli się w sytuacji, w której stracili nie tylko dziecko, ale i dorobek całego życia.
Po naszej wizycie ruszyły pewne procesy naprawcze i zaczęli powoli wychodzić z tej sytuacji, ale świadomość tego, jak okrutny potrafi być los i jak bezwzględni bywają inni ludzie, została ze mną na długo.
To była dla nie tylko dla mnie bardzo poruszająca sprawa, ale też dla komornika, który przeprowadzał czynności.
Czy z biegiem lat człowiek w tym zawodzie mimo wszystko się znieczula?
Jestem przekonany, że gdybym się znieczulił, musiałbym zrezygnować z tego zawodu. To profesja, w której – poza przepisami – zawsze jest człowiek. Trzeba o tym pamiętać przy każdej czynności.
Jeśli ktoś przestaje to widzieć, nie powinien być komornikiem.
