Pani sprzątająca zniesmaczona skarpetką. Kolaż
Panie sprzątające zdradzają, co widzą w polskich domach i mieszkaniach Fot. Shutterstock

– Są ludzie, którzy przepraszają od progu. Mówią: "Nie mam czasu na porządki", "mam depresję", "zostawił mnie partner". Oczywiście nie powinni tego robić, bo od tego jesteśmy, ale wtedy widzi się w tym bałaganie człowieka. Ale są też osoby, które po prostu płacą i jakby nie wiązali siebie w ogóle z tym brudem – mówi Joanna, która jak pozostałe bohaterki mojego tekstu zajmuje się sprzątaniem domów i mieszkań.

REKLAMA

– Nie tyle wstydziłam się bałaganu, co tego, że mieszkam w starym PRL-owskim mieszkaniu po babci – zaczyna swoją opowieść Kaśka.

Przez pół roku nosiła się z myślą o zamówieniu sprzątania.

– Zawsze wydawało mi się, że na "panią do sprzątania" mogą sobie pozwolić ludzie z apartamentów i z prestiżową pracą. A ja po prostu przestałam dawać radę.

Czarne fugi

Jej codzienność to dwójka małych dzieci, bieganie między przedszkolem a szkołą, praca, kot-przybłęda i schorowana mama mieszkająca na drugim końcu miasta. Wieczorem Kasia, mrużąc oczy ze zmęczenia, zbiera porozrzucane zabawki, wrzuca do bębna pralki ciuchy i przeciera lepką od soków podłogę.

Na nic więcej nie ma siły.

– Weekendy wyglądały tak, że zamiast odpocząć albo pobyć z dziećmi, nadrabiałam sprzątanie. W poniedziałek byłam bardziej zmęczona niż po całym tygodniu pracy. Pamiętam, że kiedyś pół dnia sprzątałam kuchnię, a chwilę później syn rozsypał płatki śniadaniowe. I normalnie chciało mi się płakać.

Do tego, żeby skorzystać z pomocy pani sprzątającej, namówiła Kaśkę jej koleżanka. Sama korzysta od kilku lat. Tyle że ona ma duży dom urządzony nowocześnie w bielach i beżach, ogród i męża. 

– A ja? Samotna matka z kotem w mieszkaniu po babci. To mi kompletnie nie pasowało do obrazka osoby, która zatrudnia sprzątaczkę – wyznaje.

Jej lęki się potwierdziły:

– Gdy pani weszła do kuchni, zrobiła wielkie oczy. Dwa razy pytała, czy na pewno dobrze trafiła. Zaczęłam się tłumaczyć: że zbieram na remont, że kafelki są stare, a fugi czarne od lat i nie da się ich już doczyścić. Czułam się jak uczennica wezwana do odpowiedzi, mimo że przecież to ja płaciłam za tę usługę.

Ale, jak opowiada, po trudnych początkach przyszła ulga. Dziś pani sprzątająca przychodzi do niej raz na dwa tygodnie i stała się kimś więcej niż tylko pomocą do ogarniania mieszkania.

Kiedy Kaśka nie miała z kim zostawić młodszego syna, usłyszała: "Proszę jechać, spokojnie, ja z nim posiedzę"

– Wtedy pierwszy raz pomyślałam, że to prawdziwe wsparcie – uśmiecha się.

Biały kołnierzyk i brudne okna

Basia pracuje w ubezpieczeniach. Na zdjęciu na firmowej stronie wygląda jak ktoś, kto ma wszystko pod kontrolą: biała koszula, elegancka marynarka, perfekcyjny uśmiech. W pracy – i owszem. Ale po powrocie do domu ten perfekcyjny obraz szybko się rozpada.

– U mnie w domu wiecznie jest chaos – mówi bez ogródek. – Kiedyś teściowa rzuciła: "Ja to bym się wstydziła, żeby ktoś obcy sprzątał moje brudy". I to we mnie zostało. Dlatego o tym, że raz w tygodniu przychodzi do nas pani Halinka, wie tylko mój mąż.

Na początku chodziło tylko o okna. – Nie miałam już siły ich myć po pracy. A jak widziałam smugi, to mnie trafiało.

Później Basia zauważyła, że bałagan generuje w niej potężny stres. Jeszcze później, że przekłada się na problemy z mężem. Pamięta, jak kiedyś przed rowerową wycieczką szukali kluczyka do zapięcia rowerowego i strasznie się o to pokłócili. W końcu mąż w sobotnie słoneczne południe sam wyruszył w trasę, a ona została i próbowała zapanować nad domem.

O tym, że potrzebują pomocy, zdecydowali razem. Basia nie wstydzi się, że ktoś "sprząta jej brudy", tylko tego, że nie jest w stanie samodzielnie tego zrobić. Traktuje to jak porażkę.

Joanna ma wielu takich klientów. Sprząta domy od pięciu lat.

– Są tacy, którzy przepraszają od progu. Mówią: "Nie mam czasu na porządki", "mam depresję", "zostawił mnie partner". Oczywiście nie powinni tego robić, bo od tego jesteśmy, ale wtedy widzi w tym bałaganie człowieka. Ale są też osoby, które po prostu płacą i jakby nie wiązali siebie w ogóle z tym brudem. Sprzątałam kiedyś u biznesmena, który miał taki syf, że jego klienci nigdy by nie uwierzyli. Nie miał żadnych kompleksów.

Mówi, że często widzi więcej niż sami właściciele mieszkań. Nie chodzi nawet o sam brud, tylko o to, co ludzie próbują ukryć.

– Wiele osób myśli, że jak postawi świeże kwiaty na stole i przetrze blat, to jest porządek. A potem pod obrusem są stare plamy, których nikt nie ruszał miesiącami.

Dalsza część tekstu poniżej

Najbardziej zaskakuje ją jedno: jak często luksus rozmija się z podstawową higieną.

– Miałam klientkę z pięknym domem. Wszystko jak z Instagrama: podświetlane lustra, modne płytki, świeczki zapachowe. Ale w łazience był kosz pełen starych podpasek. Nie chce pani znać szczegółów.

Wtóruje jej Monika, moja kolejna rozmówczyni, która sprząta razem z Joanną: – Niektórzy mają piękne łazienki, marmury, złote baterie. A  pod deską klozetową kamień i żółte zacieki tak stare, że trzeba prawie skrobać. 

Podobnie jest z lodówkami.

– Otwierasz, a tam mięso po terminie, które napuchło jak balon, sos skapujący po półkach i pojemniki, których nikt nie otwierał od miesięcy. Raz znalazłam pieczarki tak stare, że zamieniły się w pył – kontynuuje swoją opowieść Joanna. 

– Najgorsze są odpływy pod prysznicem. Ludzie myślą, że jak spłynie woda, to problem znika. A tam potrafi być zbity kołtun włosów wymieszanych z mydłem i wydzielinami z nosa – wzdryga się na samo wspomnienie Monika.

Sandra też zaczęła przygodę ze sprzątaniem: – Ludzie często sprzątają tylko to, co widać. A góra szafek kuchennych? Tam to dopiero dramat. Lepki tłuszcz zmieszany z kurzem. Jak przejedziesz ręką, to jakbyś w smar włożyła.

Czego się wstydzimy?

Zapytałam kilku kobiet, czego się wstydzą w swoich mieszkaniach. Dlaczego tylko kobiet? Dlatego że mężczyźni nie chcieli ze mną rozmawiać na ten temat.

– Szafy z ubraniami – mówi Aneta, księgowa i mama trójki dzieci. – Jak ktoś otwiera drzwi, wszystko dosłownie wypada na podłogę. Są tam rzeczy za małe, za duże, "na kiedyś". Czasem rano szukam bluzki i płaczę ze złości, bo nic nie mogę znaleźć.

– Kubki po kawie stoją przy laptopie po trzy dni, pranie tygodniami czeka na złożenie, a krzesło w sypialni służy za wieszak – wylicza Beata, dziennikarka, która pracuje zdalnie. – Nie jestem w stanie nad tym zapanować.

Joanna zauważa, że bardzo często nie wstydzą się ci, co powinni. Opowiada, że często słyszy tłumaczenia za rzeczy, które w ogóle nie powinny być powodem do wstydu. Za stare meble, za porysowaną podłogę, za to, że dzieci rozrzucają zabawki.

Jedna klientka przepraszała nawet za odrapany czajnik. Inna tłumaczyła się, że jest tak zmęczona, że już nie daje rady. Kiedy zobaczyła posprzątane mieszkanie, to popłakała się ze szczęścia.

Sprzątaczki mówią jednak jasno: ten wstyd często nie ma nic wspólnego z samym brudem.

– Ludzie boją się oceny – zauważa Monika. – Że ktoś pomyśli: leniwa, zaniedbana, nieogarnięta. A prawda jest zwykle dużo prostsza. Są zmęczeni. Samotni. Pracują po 10 godzin dziennie. Albo są w kryzysie i nie mają siły ogarnąć codzienności.

Joanna przypuszcza, że to wszystko "przez ten internet".

– W internecie wszyscy pokazują świece, beżowe kanapy i idealne kuchnie. A potem człowiek siedzi wieczorem na kanapie, rozgląda się, widzi bałagan i myśli, że tylko on tak żyje.

Na koniec Joanna dodaje coś, co słyszała też od kilku osób w tej branży: – Sam brud nie jest najgorszy. Najgorsze jest to, jak bardzo ludzie próbują udawać, że ich życie jest idealne.